Jest w BOGDANCE LUK Lublin od 10 lat. „Marzenia o mistrzostwie Polski byłyby abstrakcją"
Gdy Maciej Kołodziejczyk rozpoczynał pracę w Pszczółce Lublin, bo tak nazywał się klub, przez rok nie zarabiał pieniędzy. Był asystentem trenera, a jednocześnie wolontariuszem. W drużynie studenci, pracownicy parku trampolin i listonosz. Dziś BOGDANKA LUK Lublin to aktualny mistrz Polski, który jest o mecz od obrony tytułu. Jak klub pokonał tę niezwykłą drogę? Kiedy Kołodziejczyk uwierzył, że naprawdę uda się ściągnąć do Lublina Wilfredo Leona? Jakimi trenerami są Massimo Botti, Stephane Antiga i Nikola Grbić, u którego w reprezentacji Polski Kołodziejczyk też jest asystentem? Czy Marcin Komenda to najlepszy polski rozgrywający? Zapraszamy na dużą rozmowę.
JAKUB RADOMSKI: Zacząłeś pracę w klubie z Lublina 10 lat temu. Gdyby ktoś ci wtedy powiedział, że po dziewięciu latach osiągnięcie mistrzostwo Polski, a w kolejnym sezonie będziecie o jeden mecz od obrony tytułu, to jakbyś zareagował?
MACIEJ KOŁODZIEJCZYK (drugi trener BOGDANKI LUK Lublin, asystent Nikoli Grbicia w reprezentacji Polski): Puknąłbym się w czoło, po prostu, mimo że jestem osobną bardzo ambitną. Tego typu marzenia byłyby wtedy totalną abstrakcją.
Jak 10 lat temu wyglądały realia?
Cała Lubelszczyzna przez lata była bardzo uboga w siatkówkę. Kiedy byłem nastolatkiem, w naszym regionie była praktycznie tylko Avia Świdnik. Przez kilka lat istniał i coś tam grał Cukrownik Lublin. Pamiętam, że jako młody człowiek, gdy zaczynałem pracę w Pszczółce Lublin, bo tak w 2016 roku nazywał się zespół, często jeździłem na mecze do Radomia, Rzeszowa, Warszawy czy Bełchatowa. Chciałem na żywo podziwiać PlusLigę, która w tamtym momencie była dla mnie czymś niemożliwym, nieosiągalnym. Nie wierzyłem, że podobne spotkania mogą za jakiś czas być rozgrywane w Lublinie.
Kiedy zespół grał w III lidze, był zbieraniną kumpli. Jeszcze w 2015 roku jego trenerem był obecny prezes, Krzysztof Skubiszewski. Oszczędzano pieniądze do tego stopnia, że wszystkie spotkania rozgrywano na wyjeździe, bo było taniej. Nie trzeba było płacić np. za sędziów.
Rozpocząłem tu pracę, gdy zespół rozgrywał swój drugi sezon na trzecim szczeblu. Warunki były, co tu dużo mówić, mocno drugoligowe. Tylko kilku siatkarzy zarabiało pieniądze. Myślę, że dostawali maksymalnie po 1500 złotych. Część grała w formie wolonariatu, z samej chęci rozwoju albo zostania przy tej dyscyplinie. Ja sam, jako drugi trener i statystyk, w pierwszym sezonie byłem wolontariuszem. Do tego niektórzy zawodnicy łączyli granie ze swoją docelową pracą. Kilku chłopaków pracowało w parku trampolin. Jeden był zatrudniony w Pszczółce, na cukrowni. Inny siatkarz był listonoszem. I jeszcze kilku studentów. Mieszanka wybuchowa, ale tworzyliśmy zespół, który trzymał się również poza boiskiem.
Spora część zawodników była od ciebie starsza. Oni grali, ty już byłeś trenerem. Dlaczego w młodym wieku zrezygnowałeś z grania w siatkówkę?
Pochodzę ze Świdnika i całą swoją siatkarską drogę przeszedłem właśnie tam, w Avii. Byłem przyjmującym, ale trochę brakowało mi warunków fzycznych, dlatego starałem się jak najbardziej pomagać zespołowi w przyjęciu i obronie. Miałem całkiem niezłą zagrywkę, ale w ataku i bloku brakowało mi centymetrów. Byłem takim „pstrykaczem": gościem, który szuka na boisku miękkich rozwiązań, a nie decyduje się uderzanie z całej siły. Pamiętam natomiast, że nigdy się nie opierdzielałem i mocno przeżywałem, gdy nie mogłem być na boisku.
Podaj jakiś przykład.
Moim pierwszym trenerem w Świdniku był Norbert Kołodziejczyk.
Tata, wujek?
Nie każdy w to wierzył, ale zbieżność nazwisk była totalnie przypadkowa (śmiech). Za dzieciaka miałem w szkole 10 godzin sportu tygodniowo, z czego siedem to była siatkówka, a trzy – ogólnorozwojówka. Nigdy nie zapomnę, jak zbliżały się mistrzostwa Polski w Zabrzu w kategorii czwórek, a ja przed zawodami złamałem palec. Nie brałem udziału w treningach, a trener powiedział: „Byłoby nie w porządku, gdybym zabrał cię na turniej. To byłoby nie ok w stosunku do chłopaków, którzy wywalczyli promocję na te zawody i ciężko się do nich przygotowywali".
Rozumiałem jego decyzję, ale to bardzo bolało. Przepłakałem dwie noce. Wiesz, Zabrze to była wtedy najbardziej prestiżowa impreza, jeśli chodzi o minisiatkówkę. Jechały tam najlepsze ekipy z każdego województwa, o tytuł biło się 16 drużyn. Koledzy wywalczyli trzecie miejsce, zdobyli brąz mistrzostw Polski. Z jednej strony cieszyłem się ich sukcesem, ale trzecia przepłakana noc brała się z ciągłej myśli, że ja tego medalu nie mam.
Wróćmy do seniorskiej siatkówki.
Jako gracz spędziłem w niej trzy sezony: dwa w II lidze i jeden w I lidze. W pewnym momencie Avia zaczęła mieć problemy finansowe. Pojawiły się pytania, czy klub w ogóle będzie dalej funkcjonował, a ja kończyłem akurat studia z wychowania fizycznego. Zastanawiałem się, czy szukać grania gdzie indziej, czy jednak zostać przy siatkówkę, którą kocham od zawsze, ale w innej roli. Myślałem o pójściu w stronę trenerki, ale też statystyki, którą się trochę bawiłem. Pisałem na Dacie Volley (program służący do analizy statystycznej – przyp. red.), chciałem się tego nauczyć. Finalnie poszedłem w trenerkę.
Gdy obroniłem licencjat z wychowania fizycznego, zrobiłem uprawnienia instruktora piłki siatkowej. Wiceprezes wojewódzkiego związku, Jacek Rutkowski, wyszedł z propozycją: „Maciek, jeśli rzeczywiście rozważasz zakończenie grania, możesz w Lublinie objąć klasę siatkarską przy Siatkarskich Ośrodkach Szkolnych". Zdecydowałem się na ten krok.

Ile miałeś wtedy lat?
23. Dotykałem jeszcze siatkówki jako zawodnik, ale to było już takie bardziej amatorskie granie. Tymczasem w 2015 roku Pszczółka – klub nazywał się tak, bo sponsorem była fabryka słodyczy - awansowała właśnie z III do II ligi. W zespole pojawił się szkoleniowiec Sławek Czarnecki, z którym się znałem, bo był moim trenerem w juniorach w Świdniku. Rok później zapytał, czy nie chciałbym mu pomóc w treningach i tak zostałem jego asystentem i jednocześnie statystykiem. W sezonie 2016/207 zdarzało się, że ze względu na problemy zdrowotne czy wynikającą z czegoś innego nieobecność kilku graczy na zajęciach, zakładałem krótkie spodenki, nakolanniki i wchodziłem na boisko. Rozegrałem nawet kilka meczów dla Pszczółki w II lidze, ale już wtedy wiedziałem, że chcę przede wszystkim rozwijać się jako trener.
Ile osób przychodziło na wasze mecze?
Garstka, a doping był w formie piknikowej. To był czas, gdy klub kibica dopiero się zawiązywał. Na Pszczółkę przychodziło 100-150 kibiców, chyba że rywalizowaliśmy w derbach Lubelszczyzny z Avią. Wtedy pojawiało się dwa razy więcej osób.
Jest lato 207 roku, masz 25 lat i dowiadujesz się, że działacze chcą, byś został pierwszym trenerem zespołu. Co czułeś?
Pozytywne zaskoczenie, bo nie jest łatwo powierzyć 25-latkowi zespół, w którym jest sporo starszych zawodników. Było tak: spotkaliśmy się i usłyszałem od prezesów, że trener Czarnecki zmienia klub, a oni chcą powierzyć mi rolę pierwszego trenera. Ucieszyłem się, nie potrzebowałem nawet specjalnie czasu do namysłu. Powiedziałem, że bardzo dziękuję i zdaję sobie sprawę, że może to być odbierane jako ryzyko. Wiedziałem, że chcę się tego podjąć.
Byłeś gotowy?
Wtedy myślałem, że tak. Ale gdy dziś, jako osoba, która przez 10 lat pracowała z różnymi trenerami i zawodnikami, patrzę na mój bagaż doświadczeń i na siebie z tamtego czasu, to wiem, że nie byłem. Ale miałem pomysł na prowadzenie drużyny. Opierał się na współpracy z zespołem. Chciałem, żeby oni widzieli, że ja chcę im pomóc - indywidualnie i drużynie - ale też sam liczyłem na ich pomoc i doświadczenie. W moim debiutanckim sezonie nie udało nam się wywalczyć awansu do I ligi. Nie weszliśmy nawet do turnieju półfinałowego. Avia okazała się lepsza.
Bolało, nawet bardzo, choć miałem świadomość, że w stawce są zespoły mocniejsze kadrowo i z większym budżetem. Zaczęliśmy z prezesami działać. Nasz budżet stał się znacznie wyższy i mogliśmy zbudować ciekawy zespół na kolejny sezon. Przekonaliśmy kilku zawodników z doświadczeniem pierwszoligowym, by przenieśli się do nas, do II ligi. Oni uwierzyli w ten projekt. Wykorzystaliśmy też fakt, że rozpadła się drużyna z Sanoka. Pozyskaliśmy z niej trzech zawodników. W zespole rosła wiara, że możemy awansować.
Zadałem kiedyś to pytanie Kryspinowi Baranowi, prezesowi klubu z Zawiercia. Teraz zadam tobie: który moment w całej tej drodze z III ligi do mistrzostwa Polski był dla klubu z Lublina najważniejszy?
Wskazałbym dwa – awans do I ligi w 2019 roku i promocja do PlusLigi dwa lata później. Ten pierwszy otworzył duże możliwości dla klubu, jeśli chodzi o pozyskiwanie sponsorów. My też bardzo dobrze zaprezentowaliśmy się w pierwszym sezonie w I lidze, zajmując trzecie miejsce. Dużo osób wtedy zrozumiało, że warto w nas inwestować, bo mocno idziemy do przodu. A awans do PlusLigi warto szczególnie docenić, bo w sezonie 2020/2021 I liga była bardzo mocna. Kilka ekip jasno deklarowało, że biją się o awans do elity: Gwardia Wrocław, BBTS Bielsko czy Chemik Bydgoszcz. W każdej z tych drużyn byli zawodnicy z doświadczeniem plusligowym, a nawet międzynarodowym. A jednak to my okazaliśmy się najlepsi.

Ale w momencie awansu do PlusLigi znów byłeś asystentem. Jak zareagowałeś, gdy w styczniu 2021 roku, w trakcie sezonu, działacze postanowili zatrudnić doświadczonego trenera, Dariusza Daszkiewicza? Szło wam do tego czasu bardzo dobrze, wygrywaliście zdecydowaną większość spotkań.
To było bardzo, bardzo trudne. Pamiętam, że mocno walczyłem wtedy z samym sobą. Prezesi tłumaczyli to tak: „Maciek, jesteśmy w takim momencie sezonu, że mamy duże, realne szanse na awans do PlusLigi. Chcielibyśmy dołączyć do sztabu doświadczonego szkoleniowca, aby dać jeszcze większy bodziec zespołowi i zrobić ten awans". Od razu dodali, że to nie jest żadne negowanie mojej pozycji, że oni chcą, bym został i pomagał Darkowi jako asystent. Ale to bardzo bolało, było ukłuciem w dumę. Wróciłem do mieszkania i zastanawiałem się, czy powinienem dalej brać udział w tym projekcie. W głowie znaki zapytania i pytania: Jak zakończy się ten sezon? Czy, gdybym zrezygnował, będę miał szansę prowadzić jakiś zespół? Będę musiał cofać się do II ligi?
Darek do mnie zadzwonił i zaczął przekonywać, żebym został, bo jemu nie będzie łatwo wejść do zespołu w trakcie rozgrywek i uczyć się go, a ja świetnie znam chłopaków. Dziś w takich okolicznościach podjąłbym pewnie inną decyzję, ale wtedy uznałem, że schowam dumę do kieszeni. Zacząłem na to patrzeć przez pryzmat przyszłości i swojego rozwoju. Zostałem i nie żałowałem. Trener Daszkiewicz dość szybko zdiagnozował, czego potrzebuje klub, żeby wejść na wyższy poziom. To był ważny moment, bo po raz pierwszy człowiek z doświadczeniem w PlusLidze wskazywał, co musi się zmienić w organizacji pracy i klubu. Dobrze mi się z nim współpracowało. Trener Daszkiewicz nauczył mnie ludzkiego podejścia w tym zawodzie, spokoju i tego, kiedy warto wprowadzić luz, żeby obniżyć ciśnienie.
W 2020 roku, gdy jeszcze graliście na zapleczu PlusLigi, trafił do was serbski libero Neven Majstorović. Ten gość rok wcześniej został mistrzem Europy. Jak udawało wam się zakontraktować takich zawodników?
Na pewno ważny był budżet, ale też fakt, że klub jasno deklarował: bijemy się o PlusLigę. Poza tym, kiedy trafił do nas Neven, w zespole byli już zawodnicy, którzy pozwalali realnie myśleć o awansie: Grzesiek Pająk, Kuba Wachnik, do tego Szymon Romać czy Wojciech Sobala. Ograni w PlusLidze, nawet jako podstawowi zawodnicy, niektórzy za granicą. Neven miał świadomość, że teksty o pragnieniu awansu to nie są tylko jakieś puste slogany. Poza tym słyszał od nas, że jego rola ma być kluczowa w tym wszystkim.
Mówiłeś o Dariuszu Daszkiewiczu. A jakim trenerem jest Massimo Botti, który prowadził zespół w latach 2023-2025 i osiągnął rok temu niespodziewane mistrzostwo Polski? Teraz pracuje w Asseco Resovii Rzeszów, która znów zawiodła i wiele osób widzi w tej porażce sporo jego winy. Ale w Lublinie mu wyszło.
Massimo, trafiając do Lublina, obejmował pierwszy zagraniczny klub w karierze. To nie było dla niego łatwe, musiał się uczyć ligi. Był zaskoczony, że występuje w niej tak wielu dobrych Polaków, o których istnieniu nie miał pojęcia, bo nie byli powoływani do reprezentacji. To człowiek, który bardzo fajnie zarządzał grupą. Dbał o atmosferę, odpowiednie relacje między sztabem i zawodnikami. Był wymagającym trenerem, ale bazował na dialogu z graczem. Potrafił dać zawodnikowi wolną rękę do wykonania danego elementu. Mówił: „Ok, rób w ten sposób, ale masz wykonywać to na 100%". W tym ostatnim, świetnym sezonie miał też nosa. Większość zmian, których dokonywał, okazywała się trafiona. Wiele razy było tak, że zmieniał kogoś i nagle fik! Ruszyło. Śmialiśmy się na ławce, że to jakiś szarlatan (śmiech).

Teraz w BOGDANCE LUK pracuję ze Stephane'em Antigą, a w reprezentacji Polski jestem asystentem Nikoli Grbicia. Każdy z tej trójki ma inny warsztat i kładzie nacisk na różne aspekty.
Na co kładzie Antiga?
Nie zostawia niczego przypadkowi. Myślę, że w tym roku spędziłem z nim więcej godzin w biurze niż z moją partnerką w domu.
Typ pracoholika?
Tak, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Na pewno jest perfekcjonistą. Ma swoją wizję, którą zaraża chłopaków, przekonuje ich do niej. Pod kątem merytorycznym to wybitny fachowiec. Każdy trening, mecz, jest rozłożony na czynniki pierwsze. Często robi burzę mózgów, która skutkuje jasnym planem działania. Dla Stephane'a najważniejsze są argumenty taktyczno-techniczne, a atmosfera jest do tego dodatkiem.
A Nikola? Jakie masz z nim pierwsze skojarzenie?
Mega konsekwentny trener. U niego jak jest powiedziane, że ma być „a", to jest „a" i nie ma miejsca na kompromis. To też trener, który wymaga niesamowicie dużo od zawodników na treningu. Wchodzisz na zajęcia i widzisz, że każdy wie, co ma robić. Nie ma miejsca na jakieś niepotrzebne dialogi, żarty, tylko jest fokus na pracę. Nikola ma swój pomysł na pewne aspekty techniczno-taktyczne, które np. Stephane widzi zupełnie inaczej. Kiedy w ubiegłym roku po swoim pierwszym sezonie z kadrą przyjechałem do klubu i rozpocząłem pracę z Antigą, zorientowałem się – mówię to trochę w żartach – że to, co u Grbicia jest złe, u Stephane'a jest dobre. Chodzi m.in. o pracę na linii blok-obrona. Tu są największe różnice.
Jak zareagowałeś, gdy po raz pierwszy usłyszałeś, że do Lublina może trafić Wilfredo Leon?
Siedzieliśmy w biurze. Nagle przychodzi prezes i mówi coś w stylu: „Poszło zapytanie o Wilfredo". Na początku ciężko było nam uwierzyć w takie nazwisko, tym bardziej, że w tamtym momencie mieliśmy już zbudowany zespół bez Leona. Odbieraliśmy to więc jako coś praktycznie niemożliwego. Ale prezes konsekwentnie zaglądał do biura i nas informował. Mówił: „Pierwsza rozmowa została nawiązana", a później: „Omawiamy szczegóły". Zaczęliśmy mówić między sobą: „Kurde, może rzeczywiście jest coś na rzeczy". A kiedy oznajmiono nam decyzję, to był trochę szok, że taki zawodnik wzmocni nas w kolejnym sezonie.

Jak duży jest mentalny wpływ Leona na zespół?
To jest świetny facet. Gość, którego szyja może rozboleć od dźwigania medali, które wywalczył, ale on w ogóle tego nie pokazuje. Leon to totalny profesjonalista, który niezwykle dba o to, żeby być w jak najlepszej formie, daje z siebie wszystko na treningach, ale też kładzie nacisk na regenerację. Jest w tym aspekcie dla innych chłopaków wzorem do naśladowania.
Wilfredo to też zawodnik, który pracował z wieloma świetnymi trenerami i od każdego z nich wziął coś dla siebie. Ma bardzo dużą wiedzę o siatkówce i pewne przekonania, jak dane rzeczy powinny wyglądać. Dlatego, gdy przygotowujemy zespół taktycznie, czasami sam dzieli się swoimi spostrzeżeniami, które my również bierzemy pod uwagę.
Kiedy w ubiegłym sezonie po raz pierwszy uwierzyłeś w mistrzostwo Polski?
Tak realnie, to po przejściu półfinału, kiedy wyeliminowaliśmy Jastrzębski Węgiel. Wiedziałem, że skoro znaleźliśmy się w wielkim finale, to mamy szansę pokonać w nim Zawiercie i powiesić złoto na szyi. Ale wcześniej były dwa inne momenty, które zbudowały nas jako drużynę.
Pierwszy to oczywiście zdobycie Pucharu Challenge, po pokonaniu Cucine Lube Civitanova. A drugi to rywalizacja w ćwierćfinale play-off z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle. Myślę, że paradoksalnie tamten ćwierćfinał był dla nas trudniejszy niż mecze w półfinale. Mieliśmy plan, by poprawić wynik z sezonu 2023/2024, kiedy zajęliśmy piąte miejsce. Pragnęliśmy awansu do czwórki, dlatego ten ćwierćfinał był dla nas kluczowy. Tymczasem przegraliśmy pierwsze spotkanie u siebie i jechaliśmy do Kędzierzyna-Koźla trochę z poczuciem, że nie wiadomo, co będzie. Ale przeszliśmy ZAKSĘ. To sprawiło, że takie trochę negatywne ciśnienie z nas zeszło i zaczęliśmy bawić się siatkówką. W najważniejszych meczach świetnie grał Wilfredo, ale znakomitą dyspozycję złapali też m.in. Mikołaj Sawicki czy Fynnian McCarthy.
Gdy stało się jasne, że w tym roku w finale PlusLigi znów zagracie z Zawierciem, słyszałem w środowisku opinię, że chyba leżycie im swoim stylem gry. Że dla Zawiercia lepiej grać o złoto z wami, niż z PGE Projektem Warszawa. Tymczasem po czterech spotkaniach jest remis 2:2 i o wszystkim zadecyduje piąty mecz w Sosnowcu.
Takie głosy mogą się brać z tego, że Zawiercie i Warszawa to podobne zespoły, jeśli chodzi o sposób grania, a my mamy trochę inną charakterystykę. Oni grają rewelacyjnie w przyjęciu i obronie. Radzą sobie też z wystawianiem wysokiej piłki i atakowaniem w takich sytuacjach.
Pamiętam dwa mecze ćwierćfinału Ligi Mistrzów, w którym ulegliśmy Projektowi. Strasznie się frustrowaliśmy, że idziemy na zagrywkę, strzelamy 115 km/h, a oni przyjmują na 12. metr, ale ktoś wystawia do Bartosza Bednorza piłkę na siatkę i on może z tego robić wszystko: uderzyć miękko, nabić na blok. Grając z takimi zespołami, czasami nie jesteś w stanie ukłuć ich bezpośrednio asem. Robisz dobrą robotę na zagrywce, a oni i tak doprowadzają piłkę do siatki. Ciężko jest też z takimi drużynami rywalizować w długich wymianach, bo to zespoły, które bardzo dobrze bronią, świetnie się asekurując.
My jesteśmy drużyną trochę bardziej fizyczną, opierającą się na ofensywie. Można powiedzieć, że bazujemy bardziej na bloku niż obronie. Czasami tak jest, że gdy wyłącza się nam jakiś element ofensywny, gra nam się bardzo ciężko. Dlatego Zawiercie mogło myśleć przed początkiem finałów, że nasza charakterystyka jest dla nich bardziej odpowiednia, bo np. zagrywką łatwiej grać z nami niż z Projektem. Pierwszy mecz o złoto, w którym łatwo ograli nas 3:0, mógł to potwierdzać. Ale ja zgadzam się z Mateuszem Malinowskim, który powiedział, że po przejściu Projektu w półfinale trochę za bardzo doceniliśmy ten sezon. Pomyśleliśmy sobie: „Mamy Puchar Polski, Superpuchar, w lidze właśnie awansowaliśmy do finału. To już jest dobry sezon". Poczuliśmy się syci i Zawiercie to wykorzystało.
Po pierwszym spotkaniu odbyliśmy poważną rozmowę. Powiedzieliśmy sobie: „Panowie, wynik był, jaki był, ale to nie jest tak, że my nie możemy grać z nimi w siatkówkę". Oglądałem później na spokojnie tamto spotkanie i widziałem wyraźnie, że jeden babol po naszej stronie gonił drugi. Wiele sytuacji mogliśmy rozwiązać inaczej. Myślę, że sami zawodnicy też powiedzieli sobie swoje w szatni. Na kolejne mecze wyszliśmy już z innym nastawieniem. W trzecim spotkaniu Zawiercie moim zdaniem za bardzo zaryzykowało zagrywką. Chcieli nas złamać tym elementem, ale popełniali wiele błędów i efekt był taki, że świetnie broniący zespół nie dał sobie szansy, by bronić piłki i nas kontrować. W środę mogliśmy zamknąć rywalizację u siebie, w czwartym spotkaniu, ale wiedziałem, że to będzie bardzo, bardzo ciężki mecz, bo doceniam klasę przeciwnika i wiem, że po drugiej stronie siatki też są charakterni goście. Mamy jeszcze jedną szansę i zrobimy wszystko, żeby wygrać w Sosnowcu.

Marcin Komenda to obecnie najlepszy polski rozgrywający?
Tak.
Z czego wynika ten jego wielki postęp w ostatnich dwóch, trzech latach?
To bardzo inteligentny gość, i w sferze życiowej, i jeśli chodzi o rozumienie siatkówki. Dzięki temu Marcin wszedł na poziom, w którym każde zagranie wynika z czegoś, co wydarzyło się chwilę wcześniej. To cecha najlepszych rozgrywających na świecie. Komenda potrafi też kreować liderów. Wiadomo, że mamy Wilfredo Leona i w większości meczów to on bierze ciężar gry na siebie. Ale cofnijmy się np. do finałów rok temu. Marcin potrafił wykreować Kewina Sasaka czy Mikołaja Sawickiego. Teraz jest podobnie – w najważniejszych meczach często błyszczy Mateusz Malinowski.
Zobacz, gramy w Pucharze Polski z Jacksonem Youngiem na boisku. W play-offach też to on jest w szóstce. To fajny zawodnik, na pewno jeszcze rozwojowy, natomiast to nie jest siatkarz klasy premium w skali świata. Komenda potrafi jednak tak prowadzić dystrybucję piłek, że chowa trochę Jacksona w meczach, ale jednocześnie trzyma go pod prądem i wystawia mu piłki, gdy rywal raczej się tego nie spodziewa. I to jest właśnie to, o czym mówię – najlepsi rozgrywający potrafią to robić, a ci troszkę niższej klasy mają z tym duży problem.
Rozmawiał: Jakub Radomski
Autor jest dziennikarzem serwisu Weszlo.com.
Powrót do listy


![Thales Hoss: Życie w Polsce jest bezpieczne i lepsze niż w Brazylii [WYWIAD]](/dl/711449/inline/scalecrop=496x330/ee7b8b/WhatsApp_Image_2026-02-27_at_14.08.03_fot._3.jpeg)





![Stéphane Antiga: Ludzie często nie rozumieli moich decyzji [WYWIAD]](/dl/715589/inline/crop=0x54x1519x1067,scalecrop=496x330/86f2df/20260111-SUM_8440.jpg)
