Siatkarskieligi app
 

Artykuły

Jak stoper Varsovii stał się atakującym PGE Projektu. Historia Bartosza Gomułki

Był środkowym obrońcą w klubie, który wychował Roberta Lewandowskiego, ale siatkówka wzięła górę. Dostał nagrodę przez... pomyłkę. Podczas pandemii trener wymyślił im „Kompanię Braci". W dwóch najważniejszych meczach mistrzostw Polski zdobył 74 punkty. W Legii trener pokazywał mu na wideo ataki Bartłomieja Bołądzia. W Krakowie został najlepszym zawodnikiem całej ligi. Kiedy Czarni Radom spadali z PlusLigi, to on, mimo 21 lat, najlepiej znosił granie pod presją. Dziś Bartosz Gomułka jest atakującym PGE Projektu Warszawa, z którym marzy o dużych rzeczach.

Młodzi zawodnicy MOS-u WOLA Warszawa właśnie wywalczyli srebro mistrzostw Polski kadetów. Był 2019 rok, Szczytno, w finale nie udało się wygrać z AZS-em 2020 Częstochowa, ale wcześniej siatkarze Tomasza Kellera zostawili w pokonanym polu rywali z Chemika Bydgoszcz, okazali się też lepsi od Trefla Gdańsk. Po zakończonym finale następuje wręczanie nagród indywidualnych. Spiker dochodzi do najlepszego atakującego i mówi, że statuetkę otrzymuje... Jakub Gomułka. W warszawskim zespole lekka konsternacja.

- Że niby ja? Przecież cały tamten turniej grałem na przyjęciu, a w finale tylko na dwa sety wszedłem na atak. Wiedziałem, że to raczej nie dla mnie, ale koledzy krzyczą: „No dawaj! Idź, idź!". Jak już mnie wypchnęli, to poszedłem, choć już na żywo nie wierzyłem, że to nagroda dla mnie. I rzeczywiście ktoś się pomylił. Dałem później tę statuetkę naszemu pierwszemu atakującemu w tamtym turnieju, Kubie Buczkowi, który wtedy grał świetnie – opowiada Bartosz Gomułka. Siedem lat temu był zdolnym kadetem MOS-u, a teraz jest atakującym PGE Projektu Warszawa, czołowej drużyny w kraju, i ma za sobą debiut w dorosłej reprezentacji Polski. Gdy dziś ktoś zastanawia się, kto za jakiś czas zastąpi Bartosza Kurka w kadrze narodowej, pada odpowiedź, że na tej pozycji mamy przecież Kewina Sasaka. Ale mamy też m.in. Alaksieja Nasewicza i właśnie Gomułkę.

Szkoda tamtej finałowej porażki z Częstochową, ale oni byli siatkarsko lepsi. My wygraliśmy w tamtym roku wszystkie mecze. 25 kolejnych zwycięstw. I dopiero pokonano nas w wielkim finale. Bartek był po kontuzji, ale pomagał nam w turnieju w Szczytnie – wspomina w rozmowie z Siatkarskimi Ligami Keller, trener tamtej drużyny kadetów.

- Pamiętam spotkanie przeciwko Gwardii Wrocław: w tie-breaku pojawił się na zagrywce i tak serwował, że nagle zrobiło się 7:1 dla nas. Wystarczyło dociągnąć to spokojnie do końca. Statuetka MVP była oczywiście dla Buczka, ale już rok później Gomułka odebrał swoją. Był nie do zatrzymania, wszystkie najważniejsze piłki szły do niego, a on je kończył – dodaje.

Minął rok i MOS z Gomułką w składzie rywalizował o mistrzostwo Polski juniorów. Z powodzeniem, choć w dramatycznych okolicznościach. W półfinale rywalem był Trefl, ale MOS, tym razem prowadzony przez Konrada Copa, wygrał 3:2. W tie-breaku było 16:14, a Gomułka w całym spotkaniu zdobył 34 punkty i miał 65 procent skuteczności w ataku.

W finale czekał Jastrzębski Węgiel, z którym juniorzy z Warszawy przegrali w grupie. Tym razem górą był MOS – 3:2, w tie-breaku 15:13, a Gomułka znów zachwycił, tym razem zdobywając aż 40 punktów. Jeżeli zdobywasz 74 punkty w dwóch najważniejszych spotkaniach, musi zrobić się o tobie głośno. Od razu zaczęli się odzywać menedżerowie. Niedługo później kartę zawodniczą Gomułki wykupi PGE Projekt Warszawa i młody zawodnik będzie wypożyczany – najpierw do I ligi, a następnie będzie grał w kolejnych ekipach PlusLigi. W barwach Projektu występuje od początku obecnego sezonu.

Wtedy, w Dębicy, po dwóch takich spotkaniach, nikt inny nie mógł otrzymać nagrody MVP.

To była najważniejsza nagroda w mojej karierze. Do dziś ma szczególne miejsce w mojej głowie. Niedługo później dostałem powołanie do młodzieżowej reprezentacji Polski, z którą w 2021 roku zdobyłem brązowy medal mistrzostw świata juniorów. A tamto mistrzostwo Polski? Trener Cop to wspaniały szkoleniowiec. W trudnym pandemicznym czasie stawiał nie tylko na trening umiejętności siatkarskich, ale próbował też tworzyć drużynę od środka.

- Gdy nie można było wychodzić z domu, organizował nam webinary. Łączyliśmy się na kamerkach i razem robiliśmy tabatę. Wymyślił też, że mamy wybierać sobie w każdym tygodniu kolegę z drużyny, zadzwonić do niego i rozmawiać przez pół godziny przez telefon. Na dowolne tematy. Prosta rzecz, a integrowała nas. Stworzył zespół, gdzie każdy za każdego poszedłby w ogień. Może właśnie dlatego byliśmy tak mocni w końcówkach? Siatkówka to nie tylko stworzenie ekipy z największymi nazwiskami. My w Dębicy według mnie nie byliśmy najlepsi na papierze. Tam występowali goście, których okrzyknięto już następcami tego czy tamtego. W Jastrzębiu był Michał Gierżot, w Treflu Karol Urbanowicz. A mimo to my wygraliśmy tytuł – opisuje Gomułka.

Program stworzony przez Copa, we współpracy z jego ówczesnym asystentem w MOS-ie, Kacprem Goździkiewiczem, był nawet szerszy. Nazwano go „Kompanią Braci". - Byliśmy przed ostatnim etapem, turniejem finałowym, ale nie było pewne, czy on się w ogóle odbędzie. Wszyscy siedzieli w domach, nie można było wychodzić na dwór. Do tego zbliżały się egzaminy maturalne. To był mentalnie trudny czas i uznaliśmy, że potrzebujemy jakiegoś programu, żebyśmy utrzymali relacje. „Kompania Braci" polegała na tym, że zawodnikom losowano kompana i dostawali zadania do wykonania we dwójkę. Musieli np. wspólnie przebiec 15-20 kilometrów. Sami ustalali, kto ile zrobi. Były rozmowy przez telefon, były też tematy przewodnie tygodnia. Później dostawałem raport z ich współpracy, żebym sam dowiedział się, co u nich. Jeden z chłopaków był trenerem przygotowania motorycznego, wymyślał różne tabaty. Chodziło nam o to, żeby nikt w tym trudnym czasie nie przebywał sam ze sobą – tłumaczy Cop.

A gdy pytam go o turniej w Dębicy, dodaje: - Bartek był w fenomenalnej formie, ale cały zespół świetnie przed nim trenował. Czasami ciężko było wyrzucić ich z hali. Pamiętam, jak raz dobiliśmy do czterech godzin zajęć, a oni nie chcieli wychodzić. Tak byli głodni gry i to później było widać. Bartkowi powiedziałem nawet przed turniejem: „Jeżeli będziesz tak grał w najważniejszych meczach, możesz zostać MVP".

I został. A jak w ogóle Gomułka zaczął trenować siatkówkę?

Bartosz Gomułka był środkowym obrońcą Varsovii

To nie było takie oczywiste, bo najpierw próbował iść w ślady... Roberta Lewandowskiego. Trenował piłkę nożną w Varsovii, gdzie na przełomie wieków „Lewy" występował jako dziecko przez siedem lat. Wtedy infrastruktura nie powalała, grało się na piachu, w trudnych warunkach, ale Gomułka trafił już na dużo lepsze okoliczności. Choć on nie występował w ataku, był środkowym obrońcą.



- Nigdy nie lubiłem biegać i pewnie dlatego ustawiano mnie na środku defensywy. Poza tym potrafiłem się przepychać, lubiłem czasami uderzyć kogoś barkiem w ramach walki o piłkę. Ta pozycja mi w miarę odpowiadała.

Pamiętam, że gdy miałem 11 lat, na boisko Varsovii przyjechał Lewandowski i zrobiono nam nawet zdjęcie. Wręczał jakieś nagrody osobom, które się wyróżniały. Ale szczerze? Byłem wtedy mały i nie miałem świadomości, jak wielką jest gwiazdą. Ludzie musieli mi to tłumaczyć.

- Jednocześnie moim nauczycielem wf-u w szkole podstawowej był pan Krzysztof Czarnołęcki, który prowadził młode siatkarki w Esperanto Warszawa. Zwrócił na mnie uwagę i został moim pierwszym trenerem siatkówki – wspomina 23-latek.

Przez kilka lat Gomułka trenował obie dyscypliny. Gdy był w piątej klasie, na zawodach międzyszkolnych na Woli zauważył go Keller. - Był leworęczny, a jednocześnie bardzo sprawny. Uznałem, że to bardzo ciekawy chłopak. Co prawda był drobny i niższy niż sporo rówieśników, ale wydawało się, że na pewno urośnie - mówi nam szkoleniowiec, który zapytał wtedy Bartka na stołówce, czy nie chciałby trenować siatkówki w prawdziwym klubie. Chłopiec chciał. Po kilku miesiącach zajęć w MOS-ie zdecydował, że porzuca futbol i koncentruje się na siatkówce.



Wybrał sport, który zawsze oglądało się w jego domu, choć nikt zawodowo go nie uprawiał. Każda duża impreza siatkarska oznaczała wspólne przeżywanie emocji, a pierwszym dużym idolem Gomułki był Bartosz Kurek. Gdy dostał w 2024 roku pierwsze powołanie do kadry, spotkali się w reprezentacji, co było dla zawodnika z Warszawy dużym przeżyciem.

Mama Bartka miała dobre wyniki w lekkoatletyce, ale amatorsko. Ojciec Gomułki, pan Wojciech, grał w siatkówkę w szkole, na SKS-ach. Ćwiczył też tańce ludowe. W rozmowie z Siatkarskimi Ligami mówi, że pokochał ten sport, gdy siatkarze Huberta Jerzego Wagnera wywalczyli w 1976 roku złoto igrzysk olimpijskich w Montrealu. - Dla Bartka siatkówka szybko stała się ważniejsza niż piłka. Być może dlatego, że widział, jak robi duże postępy. Pamiętam, jak spotykał się z kolegą z klasy. Grali na trzepaku i ogrywał kumpla, który już wtedy był w drużynie siatkarskiej – opisuje pan Wojciech.

- Przez chwilę się wahałem, bo wiadomo, że w Polsce piłka nożna jest bardziej popularna. Ale nie czułem, bym miał do niej jakąś wielką smykałkę. Miałem dłuższe nogi, co utrudniało koordynację, a w siatkówce leworęczność okazywała się atutem. Poza tym różne odbicia, plasy, tego typu rzeczy łapałem bardzo szybko - dodaje Bartek. W filmie, który PGE Projekt niedawno opublikował na Instagramie, został zapytany o wzór do naśladowania. Odpowiedział krótko: „Tata". Pan Wojciech dziś stara się być na każdym domowym spotkaniu Projektu. Ojciec od początku bardzo mocno wspierał siatkarską drogę syna.

Mieliśmy dużą rodzinę, samochód na sześć osób. Tata czasami zabierał całą drużynę do swojego auta i woził nas na turnieje minisiatkówki. Trener dojeżdżał osobno i rywalizowaliśmy w kinderkach. To był czas, gdy wielu zawodników było jeszcze wyższych ode mnie. Dziś uważam, że fakt, że byłem późno dojrzewający, stanowił atut, bo inni grali bardziej siłowo i wyżej skakali, a ja musiałem nauczyć się cwaniactwa: tu splasować, tam kiwnąć. Dzięki temu poprawiałem się technicznie - opowiada atakujący drużyny z Warszawy.

Keller wspomina, że Bartek imponował mu tym, że jako chłopiec nie zrażał się po popełnieniu błędu, tylko dalej robił swoje, jakby nieudana akcja nie miała miejsca. - To cecha, którą muszą mieć reprezentanci Polski – mówi. Ten atut, rzadki u młodego gracza, będą tez podkreślać jego późniejsi trenerzy, m.in. w Legii Warszawa czy AZS-ie AGH Kraków.

Szkoleniowiec MOS-u do dziś pamięta też jeden turniej minisiatkówki. - Turniej czwórek na hali w Krakowie. W środku nie działała klimatyzacja, na zewnątrz upał. W hali było jakieś 40°C i straszny zaduch. Warunki nieludzkie, a trzeba było grać. Jest gdzieś zdjęcie Bartka z tej imprezy, jak siedzi wykończony na maksa, oparty o ścianę, ale jednocześnie nie zamierza odpuścić - opisuje Keller.

Gomułka: - Hala z blachy, na dworze 30 stopni, w środku sporo więcej. W takich warunkach nie powinno się grać. Żona naszego trenera co chwilę przynosiła nam jakieś izotoniki. Dzięki nim przetrwaliśmy te zawody.

W Legii się uczył, w Krakowie błyszczał

Dziś Bartek jest atakującym, ale część młodzieżowej kariery spędził na przyjęciu. - Lubiłem tę pozycję, ale w pewnym momencie zrozumiałem, że są rzeczy, których nie potrafię. Gdy rywal zagrywał skróta, ciężko było mi pójść do tej piłki. Gdy chodziło o jeden krok, dałbym radę, ale w trudniejszych przypadkach był kłopot. Poza tym nie do końca dobrze czułem się jako przyjmujący w atakach z lewego skrzydła. Dlatego trener wymyślił, żeby przesunąć mnie na prawe. Jest przecież sporo leworęcznych atakujących, którzy z tej strony świetnie radzą sobie w ataku. I tak już zostało – tłumaczy.

Gdy w 2021 roku przeniósł się do występującej w 1. Lidze Legii Warszawa (dwa lata później klub upadł), jednego z takich atakujących pokazywano mu jako wzór. - Atakowałem wtedy cały czas po skosie i trener Mateusz Mielnik powiedział mi, że z jednym kierunkiem mogę sobie grać w I lidze, ale jeśli chciałbym pójść wyżej, to muszę mieć też atak po prostej na dobrym poziomie. Odpalił kiedyś laptopa, włączył jakiś mecz i zaczął pokazywać mi akcje Bartłomieja Bołądzia, tłumacząc, że on, wchodząc głęboko w boisko, ma dwie opcje ataku i świetnie z tego korzysta. Zaczęliśmy to wdrażać na treningach i wychodziło coraz lepiej – opisuje Gomułka.



- Uznałem, że Gomułka i Bołądź mają podobną charakterystykę, więc taka analiza będzie dla Bartka przydatna. W siatkówce na wysokim poziomie drugi kierunek ataku jest niezbędny. W Legii Bartek był drugim atakującym, miejsce w szóstce miał bardzo dobrze grający Arkadiusz Żakieta, ale to fajnie się komponowało, a Gomułka moim zdaniem dużo wyniósł od Arka. Nie zapomnę spotkania ligowego ze Spałą. Przegrywaliśmy 0:2, ale po podwójnej zmianie, gdy wpuściłem Bartka, zespół odżył i ostatecznie zwyciężył. To był mecz pokazywany w telewizji. Wtedy zrozumiałem, że mam w drużynie chłopaka z bardzo dużym potencjałem siatkarskim oraz mentalnym - dodaje Mielnik w rozmowie z Siatkarskimi Ligami.

Legia zakończyła sezon 2021/2022 na siódmym miejscu w pierwszej lidze. Gomułka przeniósł się do AZS-u AGH Kraków, prowadzonego przez Andrzeja Kubackiego, gdzie był już pierwszym atakującym. - O tej drużynie mówi się od dawna, że to idealne miejsce dla młodych zawodników, żeby jeszcze doszlifować umiejętności przez w pełni profesjonalną siatkówką. Mogę to potwierdzić - komentuje dzisiaj. Zespół z Krakowa przegrał ćwierćfinał play-offów, ale Bartek spisywał się tak fantastycznie, że wybrano go MVP całej TAURON 1. Ligi. Odebrał statuetkę na uroczystej gali, wieńczącej sezon.

Przyszedł do nas tygrysek, a odchodzi tygrys – komentował Kubacki.

W innym wywiadzie trener drużyny z Krakowa nazwał Gomułkę kandydatem na bycie jednym z najlepszych atakujących Europy.

Dwa sezony w PlusLidze i dwa spadki

Duże słowa. Ale Bartek miał 21 lat i było oczywiste, że teraz czas na PlusLigę. Wybrał ofertę Enei Czarnych Radom. Nie spodziewał się wtedy, że przed nim dwa sezony, które zakończy spadkiem. Gdy analizowali oferty z agentem, wiedzieli, że działacze z Radomia pozyskali Nikolę Meljanaca, ale serbski atakujący wydawał się zagadką.

- Uznaliśmy, że on może grać nierówno i będę miał sporo możliwości pokazania się. Według mnie czasami mogłem dostać tych szans trochę więcej, ale nikomu nie będę nic zarzucał. Pod koniec sezonu trener we mnie uwierzył i zagrałem parę meczów na pełnym dystansie - mówi Gomułka. Zespół z Radomia prezentował się jednak fatalnie, zwłaszcza za kadencji Pawła Woickiego. Gdy na stanowisku trenera zastąpił go Argentyńczyk Waldo Kantor, gra nieco się poprawiła, ale PlusLigi dla Radomia nie udało się uratować. Brakowało jakości i doświadczenia: na przyjęciu mocno liczono na Kanadyjczyka Brodiego Hofera, dla którego był to jednak pierwszy klub po rozgrywkach uniwersyteckich w swoim kraju.

Czarni, żeby się utrzymać, musieli w przedostatniej kolejce wywalczyć trzy punkty (czyli wygrać 3:0 albo 3:1) z Barkomem-Każany Lwów. Zaczęli jednak ten mecz fatalnie, od przegranego seta, a kiedy po trzech partiach było 2:1 dla gospodarzy, stało się jasno, że zespół z Radomia spada. Dopiero wtedy goście zaczęli grać lepiej i ostatecznie wygrali po tie-breaku. Ale to był zły wynik dla obu drużyn: Czarni nie utrzymali się w PlusLidze, a Barkom stracił szansę na awans do play-offów.

- Meljanac był nierówny, więc Bartek dostawał szanse i raczej nie zawodził. W końcówce sezonu prezentował się naprawdę nieźle. Nie przesadzę, jeżeli powiem, że mimo młodego wieku, Gomułka w tamtym sezonie znosił presję walki o utrzymanie być może najlepiej ze wszystkich zawodników - ocenia w rozmowie z Siatkarskimi Ligami Krzysztof Michalski, asystent Kantora w Czarnych.

A Bartek dodaje: - Mieliśmy skład na utrzymanie w lidze, dlatego szkoda, że tak wyszło. Kiedy po trzecim secie było jasne, że spadamy, patrzyliśmy na nasz klub kibica, który przyjechał na mecz. Powiedzieliśmy sobie: „Zmotywujmy się na te dwa sety. Zagrajmy dla ludzi, którzy przyjechali z Radomia". Graliśmy z mieszaniną smutku i wściekłości, i ona pociągnęła nas do zwycięstwa, po którym nie potrafiliśmy się cieszyć.



Gomułka mówi, że spadek z Czarnymi był bardziej bolesny niż ten w ubiegłym roku, z GKS-em Katowice. Głównie dlatego, że był pierwszy i nastąpił w premierowym sezonie w PlusLidze. Musiał zostawić szramę. Poza tym w ubiegłym sezonie ligę opuszczały trzy drużyny. Było wiadomo, że będzie bardzo ciężko. Idąc do klubu z Katowic, wiedział, że jeżeli chce w przyszłości grać na naprawdę wysokim poziomie, musi wygrać rywalizację na ataku z Damianem Domagałą. Sezon zaczął w pierwszej szóstce Domagała, ale Bartek wskoczył do składu po dobrym występie z Jastrzębskim Węglem. Zyskał doświadczenie, choć opuszczenie ligi, razem z PSG Stalą Nysa i Nowak-Mosty MKS-em Będzin, nie było łatwym doświadczeniem.

Nikola Grbić nie patrzył jednak na to, że drużyny Gomułki spadały. Oceniał potencjał Bartka i na zgrupowanie dorosłej kadry powołał go już w 2024 roku. A 28 maja ubiegłego roku Gomułka dostał szansę debiutu w spotkaniu turnieju Silesia Cup przeciwko reprezentacji Ukrainy. - Trener powiedział, że wychodzę w pierwszej szóstce. Spodziewałem się trochę tego, bo widziałem, jaki ma plan na sprawdzanie różnych atakujących. Ale i tak był lekki stres – wspomina Gomułka. Polacy rozpoczęli mecz dobrze, a Bartek grał bez kompleksów. Kończył większość ataków. W całym spotkaniu uzbierał 13 punktów (więcej miał tylko Rafał Szymura). Polacy od stanu 2:0 przegrali jednak trzy sety (Gomułkę zastąpił Kewin Sasak) i ulegli Ukrainie 2:3.

Problem PGE Projektu Warszawa. „Niektórzy nie pasowali do sposobu gry"

Działacze PGE Projektu przed obecnym sezonem uznali, że Bartek nabrał już na tyle doświadczenia, że może wesprzeć zespół. Wiadomo było, że tym razem o miejsce w ataku będzie rywalizował z Niemcem Linusem Weberem, który w poprzednich rozgrywkach w pewnym momencie „wygryzł" z szóstki Bołądzia (ten ostatni odszedł do klubu z Zawiercia). - Trochę nie wiedziałem, co mnie czeka. Czułem jednak, że Linus jest w moim zasięgu. Że to nie jest tak, że on znajduje się na poziomie 20, a ja 10, tylko bardziej, że to jest takie 16:15. Wierzyłem, że mogę być na jego poziomie, a może nawet i wyżej – przekonuje 23-latek.

Trenerem Projektu został latem Fin Tommi Tiilikainen: 39-latek, który od 2017 roku spędził osiem lat, pracując w klubach z Japonii i Korei Południowej. Dla środowiska było to pewnym zaskoczeniem, podobnie jak to, co młody szkoleniowiec próbował zaszczepiać zawodnikom. Chciał siatkówki nowoczesnej, opartej na improwizowaniu na boisku, a nie wtłaczaniu graczy w schematy. W rozmowie z Siatkarskimi Ligami, opublikowanej w ubiegłym roku, Fin opisał siebie jako człowieka, który pragnie mieć wpływ na zmiany w tej dyscyplinie sportu. - Chcę być częścią siatkarskiej rewolucji – opowiadał mi Tiilikainen i tłumaczył, że kluczem stanie się w tej grze szybkość oraz umiejętne wykorzystanie szerokości siatki.

Jego planem było, żeby nie grać wysokich piłek. Wszystkie miały być szybkie. To miała być też taka trochę brudna siatkówka, z nabiciami, kiwkami, używaniem bloku przeciwnika. Dziś uważam, że gdyby trener Tiilikainen budował nasz zespół od początku, to mogłoby zadziałać. A tak niektórzy zawodnicy niekoniecznie pasowali do sposobu gry, który on wprowadzał – ocenia Gomułka.

Dobry przykład to Bartosz Bednorz – gdy wystawisz mu szybką piłkę, raczej skończy mniej akcji niż na dużej wysokości, kiedy może korzystać z zasięgu i siły ataku. Podobnie jest z Weberem. Nie jest też tajemnicą, że w wizji fińskiego szkoleniowca nie do końca odnajdywał się rozgrywający Jan Firlej. A Gomułka?

- Ja akurat czułem się w tym całkiem nieźle. Pewnie właśnie przez spryt, który nabyłem jako późno dojrzewający chłopiec, odnajduję się przy szybkich piłkach. Muszę jednak przyznać, że miałem spory przeskok po treningach w reprezentacji Polski, gdy zaczęły się zajęcia z Tiilikainenem. W kadrze trener Grbić chce, żeby w każdej akcji wszystko, do najmniejszego cala, było perfekcyjne. Dogranie, wystawa, atak. Atak ma być wysoki, po palcach, musi mieć kierunek. Dlatego początki w Projekcie, zwłaszcza dla tych, którzy przyjeżdżali po zgrupowaniach reprezentacji, nie były proste. Niektórzy byli w szoku - mówi mój rozmówca.

Choć Projekt od dłuższego czasu jest czołowym klubem w Polsce, to poza Pucharem Challenge, wywalczonym w 2024 roku, nie ma na koncie żadnego trofeum. Wydawało się, że na początku obecnego roku ma szansę sięgnąć po TAURON Puchar Polski, ale w półfinale przeciwko Asseco Resovii zespół Tiilikainena przegrał 0:3. Można było odnieść wrażenie, że w wielu akcjach, zwłaszcza tych kluczowych, zespół z Warszawy przesadzał właśnie z improwizacją. Zwariowana siatkówka kosztowała go sety, a w konsekwencji cały mecz.



26 stycznia 39-latek rozstał się z klubem. Tiilikainen miał sam złożyć rezygnację. W środowisku można usłyszeć, że do końca za bardzo trzymał się swojej wizji i nie za bardzo chciał ją modyfikować. Drużynę objął dotychczasowy asystent Fina, Kamil Nalepka. Dziś Projekt jest w grze o mistrzostwo Polski (drugie miejsce w tabeli) oraz występuje w Lidze Mistrzów: w dwumeczu, którego stawką jest ćwierćfinał rozgrywek, mierzy się z włoskim Itasem Trentino – potęgą, która jednak jest pozbawiona największej gwiazdy, Alessandro Michieletto. W meczu u siebie zespół z Warszawy przegrał 2:3, ale w rewanżu wszystko jest sprawą otwartą.

Gomułka ma w Projekcie dość dobrą pozycję. Ostatnio gra sporo, czasami to on zaczynał mecze w szóstce. W spotkaniu ligowym, które jego zespół wygrał na wyjeździe 3:2 z ZAKSĄ, zdobył 20 punktów i miał 55 procent skuteczności w ataku. 23-latek jest też w warszawskim klubie "DJ-em", odpowiadającym za muzykę w szatni. Sam ma dość konkretny gust: uwielbia rap, głównie jego odłam trapowy, który jest bardziej mroczny, agresywny i kojarzy się z ciężkim basem. - Zgadza się, często puszczam piosenki, choć czasami robi to też Kevin Tillie. W większości to jest rap, bardziej amerykański, choć zdarza się i techno czy house. Koledzy pokazali mi tę muzykę, gdy byłem dzieckiem. Wtedy jeszcze piosenki zgrywało się na MP3. Zacząłem słuchać rapu w gimnazjum i tak mi zostało. Pamiętam, że ze starszych kawałków bardzo lubiłem Palucha, np. utwór „Bez strachu". Dziś bardziej słucham amerykańskiego rapu, bo według mnie polski trochę zszedł z poziomu i już mi się nie podoba do końca - mówi mi Gomułka.

Atakujący zespołu z Warszawy przekonuje mnie, że jego zespół stać w tym sezonie na mistrzostwo Polski. - Mamy najlepsze przyjęcie w lidze. Ostatnio analizowałem rankingi i na pewno powinniśmy się trochę poprawić w zagrywce. Stworzyliśmy wewnętrznie bardzo fajną grupę, która trzyma się razem, Atmosfera jest świetna, naprawdę. Według mnie mamy silne lewe skrzydło i jesteśmy mocni na środku. Prawe skrzydło jest pewną niewiadomą, ale obiecuję, że ktokolwiek na nim wyjdzie, zrobi wszystko, żeby wygrywać najważniejsze mecze – zapewnia Gomułka.



Cop uważa, że atakujący PGE Projektu zrobił w pewnych elementach spore postępy. - Już w MOS-ie wyróżniał go duży wachlarz zagrań w ataku i zasięg. Do tego świetny blok: z atakujących, z którymi pracowałem, podobny miał Mateusz Rećko. Bartek potrafił zatrzymać rywala w sytuacji jeden na jeden na siatce. Widać też, że w ostatnich latach wzmocnił się siłowo, nabrał masy mięśniowej. Dojrzał siatkarsko, poprawił chyba też aspekt zagrywki – wymienia.

A gdy pytam Bartka, jak reaguje na głosy, że jest jednym z kandydatów do bycia w przyszłości ważnym atakującym reprezentacji, odpowiada: - Media często rozdmuchują różne tematy. Tych potencjalnych następców Kurka było już naprawdę sporo. Jeden nawet bardzo dobry sezon tak naprawdę nie znaczy właściwie nic. Żeby być jak Bartosz Kurek, musisz grać świetnie przez całą karierę, a do tego jeszcze, przynajmniej w moim przypadku, naprawdę długa droga. Dlatego podchodzę do tego wszystkiego spokojnie.

Autor jest dziennikarzem serwisu Weszlo.com

Powrót do listy

Powiązane informacje

POWIĄZANE WIADOMOŚCI