Chłopiec z leśniczówki, który dotarł na szczyt. Historia Szymona Jakubiszaka
Przez wiele lat mieszkał w lesie. Pomagał w transporcie drewna, a w środku nocy zafascynowany obserwował zwierzynę. W siatkówce Szymon Jakubiszak też był „w lesie": jeszcze pięć lat temu był rezerwowym przyjmującym jednej z najgorszych drużyn PlusLigi. Dziś jako środkowy jest reprezentantem kraju. A to kończy akcję, która daje Polsce złoto dużej imprezy, a to wchodzi na boisko i przyczynia się do wywalczenia brązu mistrzostw świata. - To gość, który może dawać drużynie po 15 punktów w meczu - mówi nam bliski współpracownik Nikoli Grbicia.
W sezonie 2020/2021 Cuprum Lubin było jedną z gorszych drużyn PlusLigi. W rundzie zasadniczej przegrało 16 spotkań, zajęło 11. miejsce. Ale nawet w takim zespole przyjmujący Szymon Jakubiszak nie miał miejsca w pierwszej szóstce. W drużynie był doświadczony Wojciech Ferens, grał też Bułgar Nikołaj Penczew, który później odejdzie w trakcie sezonu, podobnie jak Brazylijczyk Daniel Muniz. Jakubiszak przestał widzieć dla siebie przyszłość na przyjęciu.
Pojawiło się zwątpienie, czy w ogóle jest sens to ciągnąć. No bo jeżeli mam być takim, powiedzmy, średnim ligowcem, to może warto po prostu poszukać czegoś innego? - wspomina dzisiaj.
Gdy w drużynie było tylko dwóch zdrowych środkowych, wyczuł dla siebie szansę.
Decyzja, która zmieniła siatkarskie życie
- Grałem na środku w młodzikach. W kadetach trener zrobił ze mnie przyjmującego i tak już zostało. W Lubinie w pewnym momencie ściągnięto kolejnego gracza i było aż pięciu zawodników na przyjęciu. Nie stałem wysoko w hierarchii, nie widziałem szans na regularną grę. Kiedy pojawił się problem na środku, stwierdziłem, że to dobra okazja. Poszedłem do prezesa i powiedziałem mu: „Mamy aż pięciu przyjmujących. Nie tak się umawialiśmy przed sezonem. Ale mam pomysł: chętnie zmienię pozycję i spróbuję swoich sił na środku.". Prezes zgodził się, trener na szczęście też. A później już jakoś to wszystko poszło – mówi nam Jakubiszak.
Nie spodziewał się wtedy, że właśnie podejmowana jest decyzja, która aż tak zmieni jego siatkarskie życie.
Paweł Rusek to dziś drugi trener Aluronu CMC Warty Zawiercie. W sezonie 2020/2021 był asystentem Marcelo Fronckowiaka w Cuprum. - Szymon w tamtym momencie był najczęściej numerem trzy w hierarchii przyjmujących. Minął drugi, trzeci miesiąc. Widzieliśmy, że walczy ze sobą i nie jest to chyba dla niego optymalna sytuacja. Gdy brakowało nam środkowego, sam powiedział, że ma pewne doświadczenia na tej pozycji i lubi na niej grać. Stwierdziliśmy: „Dobra, niech zagra". To był strzał w dziesiątkę. Szymon świetnie się rozwinął, choć było w tym trochę szczęścia - mówi Rusek w rozmowie z Siatkarskimi Ligami.
Pytam Szymona, gdzie mógłby dziś być, gdyby nie zmienił pozycji.
Wtedy mocno czułem, że stoję w miejscu. Przeniosłem się z Trefla Gdańsk do słabszej drużyny, a i tak mało grałem. Najgorzej szło mi z przyjęciem zagrywki. Gdybym miał szczęście, być może dalej byłbym trzecim albo czwartym przyjmującym w przeciętnym klubie PlusLigi. Bardzo możliwe jednak, że odszedłbym do słabszych, zagranicznych rozgrywek albo występowałbym w I lidze. Na szczęście wszystko potoczyło się inaczej - ocenia.
Był 15 maja 2024 roku, kiedy środkowy Szymon Jakubiszak zadebiutował w dorosłej reprezentacji Polski. Katowicki Spodek, kultowe miejsce dla historii polskiej siatkówki. Biało-Czerwoni w towarzyskim meczu ulegli 1:3 Niemcom, ale dla 26-latka nie to było najważniejsze. - To dla mnie spełnienie marzeń. Kilka lat temu nie przypuszczałem, że taki moment w ogóle nadejdzie - mówił po spotkaniu.
W tym roku reprezentacja Nikoli Grbicia przeszła jak burza przez turniej finałowy Ligi Narodów. W ćwierćfinale pokonała 3:0 Japonię, w półfinale nie straciła seta w meczu z Brazylią, a w finale, który jawił się jako potencjalnie bardzo ciężkie spotkanie, Polacy rozbili Włochów. Ostatnią piłkę, przy stanie 24:14 w trzecim secie, Marcin Komenda wystawił właśnie do Jakubiszaka. Środkowy ją skończył, po chwili zapanowała euforia. - Było mi o tyle łatwiej, że wszedłem na boisko, gdy drużynie szło i grała fantastycznie – cieszył się po meczu Jakubiszak ze złotym medalem Ligi Narodów na szyi.

Na ratunek Jakubiszak. Polska wywalczyła brąz
Ale 28 września wchodził na boisko w równie istotnym meczu, może nawet ważniejszym. I na pewno – w dużo trudniejszych okolicznościach. W mistrzostwach świata rozgrywanych na Filipinach po serii łatwych spotkań z przeciętnymi rywalami (Fabian Drzyzga wprost nazwie je sparingami) Polacy wpadli w półfinale na Włochów. Choć w każdym secie byli na prowadzeniu, przegrali 0:3. Trzeba było bić się o brąz, a niespodziewanym rywalem okazali się Czesi. Polska zaczęła dobrze, ale potem nastąpiła zapaść. Po dwóch setach było 1:1, a trzecia partia to były męczarnie. Ich symbolem stała się akcja, w której Jakub Popiwczak zderzył się z Jakubem Kochanowskim. Grbić i jego współpracownicy wiedzieli, że trzeba coś zmienić. Ratować ten mecz. Zdjęli Norberta Hubera i zastąpili go Jakubiszakiem.
W półfinale przeciwko Włochom Huber przez pierwsze dwa sety nie wyglądał tak, jakbyśmy chcieli. Ale trzecią partię rozpoczął od dwóch asów. W spotkaniu z Czechami Huber nie poprawił poziomu. Potrzebowaliśmy zmian. Wprowadziliśmy Szymka, bo wiedzieliśmy, na co możemy liczyć. Bardzo dobrze wyglądał na treningach, poza tym to zawodnik o naprawdę silnym mentalu. Ciężar gatunkowy meczu nie był dla niego żadnym problemem. Robił swoje, w jego ruchach nie było żadnej paniki – tłumaczy Marcin Nowakowski, asystent Grbicia w reprezentacji Polski.
Polscy kibice, widząc Jakubiszaka w takim momencie na parkiecie, mogli być trochę skołowani. Serbski selekcjoner raczej nie przyzwyczaił do tak zaskakujących ruchów, był przywiązany do pewnej hierarchii. Tymczasem środkowy okazał się bohaterem spotkania. Huber w pierwszym secie zdobył tylko punkt, w drugim dwa. Jakubiszak w trzeciej partii dostawał piłkę za piłką i w samym tym secie dał Polsce sześć punktów. Więcej nawet od Wilfredo Leona (pięć). W czwartym dołożył kolejne trzy. W całym spotkaniu skończył siedem z dziewięć ataków, a dwa punkty dołożył blokiem. Gdyby nie on, mogło dojść do kompromitacji, bo tak trzeba by traktować przegraną z Czechami w meczu o brąz. Gdy niektórzy jego koledzy różnie odbierali ten medal, bo przed turniejem pragnęli złota, w nim była przede wszystkim radość.
- Dla mnie ten brąz to wielka sprawa - mówił na gorąco po meczu. A cała siatkarska społeczność zaczęła zastanawiać się, co mogłoby być, gdyby dostał podobną szansę w półfinale z Włochami.
Sam się nie spodziewałem, że pojawię się na boisku. Zakładałem, że spokojnie wygramy 3:0, ale nic nie szło po naszej myśli. Gdy dowiedziałem się, że wchodzę, pierwszą reakcją był wielki stres, ale tuż po wejściu na boisko wszystko puściło. Marcin Komenda od razu powiedział mi: „Dawaj, jedziemy teraz razem!" Zaczął posyłać do mnie kolejne piłki. I wyszło to wszystko całkiem nieźle - wspomina dziś Jakubiszak.

Mieszkali w leśniczówce
Otomin to wieś, leżąca obok Gdańska. Mała, bo zamieszkuje ją około 1200 osób, ale urokliwa. Leży nad Jeziorem Otomińskim, przechodzi przez nią zielony Szlak Skarszewski, a w pobliżu znajduje się rezerwat przyrody Bursztynowa Góra. Jest otoczona zielenią, lasami. Właśnie tam wychowywał się Jakubiszak, który jest drugim najstarszym z siedmiorga dzieci. Mieszkali w leśniczówce, w lesie. Mama reprezentanta Polski i zawodnika ZAKSY jest położną, a jego tata, pan Krzysztof – leśniczym.
Pozostałe dzieci nie poszły tak mocno w zawodowy sport, ale wszyscy są aktywni. Staraliśmy się zaszczepić w nich pracowitość. Szymon często pomagał mi przy wywozie drewna i jego obróbce. Zabierałem go też na obserwacje i rykowisko - mówi ojciec zawodnika.
Właśnie to drugie najlepiej po latach pamięta zawodnik. - Tata chciał pokazywać mi swoją pracę. Jeździliśmy do lasu, gdy miał odbiór drewna na sprzedaż, ale najbardziej utkwiło mi w głowie, jak o pierwszej czy drugiej w nocy znajdowaliśmy się w środku lasu i ojciec pokazywał mi wielką polanę. Na niej było często stado jeleni na rykowisku - wspomina Jakubiszak.
A pan Krzysztof dodaje: - Zajmuję się w pracy nadzorem nad gospodarką łowiecką. Mam w ramach tego różne zadania, m.in. liczenie zwierzyny. To się odbywa dwojako. Zimą patrzy się na tropy, ślady, a latem robi się zasiadki na ambonach. Przyjeżdżasz późnym wieczorem i siedzisz całą noc, z lornetką. Obserwujesz i liczysz przechodzącą zwierzynę. Rykowiska natomiast mają miejsce jesienią i rzeczywiście kilka razy wybieraliśmy się nocą do lasu posłuchać, jak te zwierzęta ryczą. Nie sądziłem, że zrobi to na Szymonie tak duże wrażenie. Chciałem, by dzieci miały kontakt z moim zawodem. Szczerze? Po cichutku myślałem, że może któreś pójdzie w móje ślady.
Jego mama popełniła błąd?
Szymon, podobnie jak wielu siatkarzy kadry, ma za sobą epizod piłkarski. - Przez pewien czas rodzice zawozili mnie na treningi, ale piłka nie podeszła mi za bardzo. Zazwyczaj ustawiano mnie na obronie. Byłem gościem, który miał odebrać piłkę i podać najbliższemu. Natomiast w dzieciństwie bardzo podobała mi się koszykówka. Był moment, gdy bardziej z tym sportem wiązałem swoją przyszłość – wspomina Jakubiszak.
Tu dochodzimy do ciekawej historii, bo zdaniem reprezentanta Polski w klasie o profilu siatkarskim znalazł się trochę przypadkiem. Fragment wywiadu z Sarą Kalisz dla TVP Sport: „Co ciekawe, sam nie wybrałem siatkówki. Pamiętam, że chciałem pójść do szkoły z profilem koszykarskim. Moja mama miała zawieźć papiery do tej placówki. Chyba się jednak nie zrozumieliśmy i... zawiozła papiery do szkoły siatkarskiej. Tata dużo trenował tę dyscyplinę, więc być może jej się pomieszało, a być może miała swój plan".
Nie zezłościłem się na mamę ani nie załamałem. Ja przede wszystkim chciałem wtedy uprawiać jakiś sport. Tata grał w siatkówkę, obserwowałem jego mecze. Czułem ten sport. A koszykówką dalej interesowałem się na boku - dodaje Szymon, gdy pytam go o tamtą sytuację.
Jego tata zaczął grać w siatkówkę w wieku 14 lat. Reprezentował szkołę podstawową, później był w reprezentacji liceum, na studiach powtórzyło się to samo.
- A później, gdy zacząłem pracować jako leśnik, grałem już tylko amatorsko ze znajomymi. Były też turnieje. Polska jest podzielona na 17 dyrekcji regionalnych Lasów Państwowych i każda robi wewnętrzne mistrzostwa w siatkówkę. Są nawet mistrzostwa Polski leśników, w których kilka razy miałem przyjemność wystąpić. Od kilku lat już nie gram, kwestie zdrowotne, ale nie zerwałem kontaktu z siatkówką. Zrobiłem kurs, jestem arbitrem. Prowadzę mecze amatorskie i lig młodzieżowych. Wie pan, co jest ciekawe? Że kiedy grałem, to byłem przyjmującym albo środkowym. Zupełnie jak syn – opisuje pan Krzysztof.
Szymon miał 8-10 lat, gdy regularnie oglądał mecze taty. - Rozgrywki między nadleśnictwami trwały przez dwa, trzy dni. Kiedy odbywały się w jakieś weekendy albo wakacje, ojciec zawsze zabierał mnie na te zawody i w ten sposób złapałem bakcyla – wspomina Jakubiszak.
Gdy zdecydował się na siatkówkę, wszystko z jego perspektywy działo się bardzo szybko. Trafił do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Gdańsku. W placówce był profil siatkarski. W klasie było ich dziewięciu chłopaków zajmujących się tą dyscypliną. Każdy miał spore ambicje i marzenia o zostaniu profesjonalnym siatkarzem. Przebiło się dwóch: Szymon i Maciej Ptaszyński, który występował w I lidze w barwach MKS-u Będzin.
Pan Krzysztof: - Pchaliśmy syna w stronę siatkówki, ale przez długi czas nie myśleliśmy o żadnej zawodowej karierze. Miałem w głowie, że, aby być siatkarzem, musisz mieć odpowiedni charakter. To poświęcenie, wiele wyrzeczeń. Dopiero gdy Szymon został zawodnikiem Trefla, pomyślałem: „Ok, może to jego życiowa droga". Nie mamy w rodzinie żadnego profesjonalnego sportowca, choć wiele osób lubi aktywność fizyczną. Ja wyniosłem to z domu. Mój tata był wojskowym: musiał mieć kondycję, oglądał też bardzo dużo sportu.

Wielkie chwile chłopaka znikąd
Choć Szymon jako przyjmujący raczej nie osiągnąłby wiele, były momenty, gdy robiło się o nim głośniej. Jakubiszak był członkiem genialnej reprezentacji Polski juniorów, z którą w 2016 roku zdobył mistrzostwo Europy, a rok później mistrzostwo świata. Drużyna prowadzona przez Sebastiana Pawlika była nietykalna dla rywali – wygrała 48 spotkań z rzędu. Patrzę na skład z mistrzostw świata, rozgrywanych osiem lat temu w Czechach. W kadrze znalazło się trzech przyjmujących: Szymon, Tomasz Fornal i Bartosz Kwolek. Polacy w meczu o złoto nie dali szans Kubie, którą ograli 3:0.

Czułem się gorszy od Kwolka i Fornala. Oni mieli niesamowitą pewność siebie, poza tym zjadali mnie umiejętnościami. Dołączyłem do tej grupy trochę później, oni już wcześniej wygrywali wszystko w kadetach i chodzili do szkoły w Spale, a ja, chyba jako jedyny, byłem spoza niej. Przed każdym meczem tej drużyny było czuć olbrzymią pewność siebie. Mieliśmy podejście na zasadzie: „Na pewno to wygramy". Już przegranie seta było czymś niefajnym, co tylko motywowało nas do większego wysiłku.
W Treflu, jeszcze jako przyjmujący, miał swoje chwile. W 2019 roku Trefl dobrze radził sobie w Lidze Mistrzów i w ćwierćfinale rozgrywek trafił na wielki Zenit Kazań – rosyjską potęgę, która uchodziła za najlepszy zespół świata. Trudno się dziwić – Zenit w tamtym momencie wygrywał cztery ostatnie edycje Champions League. W składzie rywali największe gwiazdy: m.in. Earvin N'Gapeth, Matthew Anderson i Maksym Michajłow. Wiele osób spodziewało się, że Trefl nie będzie miał szans, ale drużyna Andrei Anastasiego postawiła się potentatowi. Było 1:2 w setach, w czwartej partii minimalnie z przodu był Zenit. Na boisko wszedł Jakubiszak i w bardzo ważnym momencie dostał piłkę w ataku. Skończył. Trefl wygrał tę partię 25:23 i doprowadził do tie-breaka, co już było sensacją. W piątym secie ERGO Arena oszalała – było 9:5 dla gospodarzy, w czym była spora zasługa Szymona. Chłopak znikąd (dla wielu) radził sobie z największymi gwiazdami siatkówki. „Jakubiszak gra jakby nie miał układu nerwowego" - pisał w relacji na żywo serwis WP Sportowe Fakty.
Ostatecznie Zenit, dzięki świetnej dyspozycji N'Gapetha na zagrywce, wygrał tie-breaka 15:13.
Jakubiszak: - Mogliśmy pokonać we własnej hali najlepszą drużynę Europy. Po ostatniej akcji było spore rozczarowanie, ale jednocześnie poczucie dumy.
W rewanżu, po kolejnym horrorze, zespół z Kazania zapewnił sobie półfinał, ale potrzebował do tego złotego seta.
„Nikola Grbić jest dobry, ale surowy"
Lata 2021-2025 spędził w Indykpolu AZS Olsztyn i tam stawał się stopniowo jednym z najlepszych środkowych PlusLigi. Choć początek nie był łatwy – w Olsztynie trafił na specyficznego trenera Marco Bonittę. Włoch popadał w coraz większy konflikt z zespołem i w grudniu musiał odejść z klubu. - Był ciężki w komunikacji. Nie dało się z nim za bardzo dogadać. Zastąpił go Javier Weber: pojawił się człowiek, który chciał na mnie postawić, a jednocześnie budował mnie sportowo oraz mentalnie. To trener, któremu naprawdę dużo zawdzięczam. Weber ma spory wpływ na to, że dziś jestem w reprezentacji Polski i wywalczyłem z nią medale – tłumaczy Jakubiszak, który latem tego roku przeniósł się do ZAKSY Kędzierzyn-Koźle.
W swojej karierze Szymon trafił na trzech zagranicznych trenerów, mających dużą renomę. Pytam go, jakie ma pierwsze skojarzenie z każdym z nich. Na początek Andrea Anastasi, z którym pracował w Treflu. - Bardzo ekspresyjny gość. Poza boiskiem mogłeś z nim porozmawiać na różne tematy, pożartować, ale gdy dochodziło do treningu, wchodziło pełne skupienie. Nie było miejsca na luz. Potrafił przerwać zajęcia i mocno opierdzielić – wspomina.
A Grbić, prowadzący go w reprezentacji Polski? - Dobry, ale surowy. U Nikoli nie ma miejsca na błędy. Tajemnicą jego sukcesów jest skupianie się na najdrobniejszych detalach. Wychodzi z założenia, że jeżeli je opanujemy, będziemy mieć przewagę nad przeciwnikiem – ocenia Jakubiszak, który teraz w klubie z Kędzierzyna-Koźla jest prowadzony przez legendę siatkówki, Andreę Gianiego.
- On ma coś z Anastasiego. Giani jest generalnie pogodny, lubi się śmiać. Wie, jakie i kiedy przekazać wskazówki, by wpłynęły na naszą grę. Ale pamiętam, jak raz, gdy wyglądaliśmy źle, zrobił nam prawdziwe trzęsienie ziemi – dodaje Szymon.

Pan Krzysztof w 2017 roku trochę bał się, że syn może za szybko poczuć się gwiazdą. - Kiedy wrócił do Trefla jako mistrz świata juniorów, nie uderzyła mu jednak woda sodowa do głowy. Cieszę się, że Szymek wolno robi postępy, wchodzi ze schodka na kolejny schodek. Cierpliwie pracuje i podwyższa sobie poprzeczkę. Dziś całe środowisko leśników oraz znajomi sędziowie siatkarscy trzymają za niego kciuki. Bardzo przeżywałem jego debiut w kadrze w katowickim Spodku. Wzięliśmy z żoną urlopy, żeby być tam z nim, wspólnie to przeżywać. Byliśmy niesamowicie dumni. W tym roku bardziej przeżywałem finał Ligi Narodów i ostatnią akcję, skończoną przez syna, niż jego wejście i wygrany mecz o brąz mistrzostw świata z Czechami – opisuje.
„Może dawać drużynie po 15 punktów w meczu"
A jak na postępy Jakubiszaka patrzą ci, którzy mieli okazję z nim pracować? - W ubiegłym sezonie kadrowym miał jeszcze pewne problemy z blokiem. Dotyczyły przemieszczania się, poruszania do skrzydeł, ale to częste u bardzo wysokich graczy. Zrobił jednak bardzo duży postęp. Powiedziałbym nawet, że to jeden z największych skoków jakościowych w kadrze. Jego niesamowitym atutem jest przesunięta krótka. Gdy wyreguluje zagrywkę, będzie miał jeden z najlepszych floatów w lidze. Jakubiszak to introwertyk, ale jednocześnie bardzo pracowity zawodnik, który słucha uwag i chce się rozwijać - ocenia Nowakowski.
Rusek: - Dobrze, że u Szymona zmiana pozycji nastąpiła w miarę wcześnie, bo reprezentacja ma teraz z niego pociechę. Nie jestem zaskoczony, że jako środkowy wszedł na tak wysoki poziom. Od początku było widać, że ma do tego odpowiednie warunki i każdy rok grania mu pomoże.
Na koniec jeszcze raz Nowakowski:
On jeszcze nie osiągnął sufitu. W klubie pracuje z Gianim, który jest bardzo dobrym trenerem. Według mnie Szymek jest w stanie osiągnąć poziom porównywalny z naszymi etatowymi środkowymi: Kochanowskim, Mateuszem Bieńkiem i Huberem. To gość, który może dawać drużynie po 15 punktów w meczu.
Autor tekstu, Jakub Radomski, jest dziennikarzem serwisu Weszlo.com.
Powrót do listy