Tomasz Swędrowski: Siatkówka to całe moje życie
Niedawno obchodził urodziny i to – gdzieżby indziej – podczas siatkarskiej transmisji z Zawiercia. Tomasz Swędrowski, legendarny głos polskiej siatkówki, skończył 65 lat i tym samym nabył uprawnienia emerytalne, ale jak nas zapewnia słynny komentator w obszernym wywiadzie, na emeryturę się jeszcze nie wybiera.
Tomasz Swędrowski najlepszym sprawozdawcą 20-lecia Polskiej Ligi Siatkówki

MAREK ŻOCHOWSKI: To prawda, że karierę komentatora sportowego wywróżyła panu nauczycielka w szkole podstawowej?
TOMASZ SWĘDROWSKI (Polsat Sport): Tak, polonistka w piątej klasie. Byłem niezły z polskiego, dostawałem dobre stopnie, a jak trzeba było wystąpić przed klasą, coś opowiedzieć, czy streścić to, co przeczytałem, zawsze byłem do tego wywoływany albo wręcz wypychany. I nauczycielka kiedyś rzuciła: „Ty, Swędrowski, kiedyś będziesz komentatorem sportowym”. Do dziś nie wiem, dlaczego powiedziała wtedy „sportowym”, ale jak widać miała rację. Wtedy miałem 11 czy 12 lat i do głowy mi nie przyszło, że to się kiedyś okaże prawdą. Jak mogłem w ogóle o czymś takim w tym wieku myśleć? Bardziej mnie zajmowało, żeby pograć w piłkę nożną, czy w ogóle uprawiać jakiś sport. Dziennikarstwo? To mi nawet przez myśl nie przeszło. Dopiero z wiekiem to wszystko przychodziło, jak człowiek zaczął ten świat rozumieć, ale też wtedy świat był zupełnie inny niż teraz: jeden kanał telewizyjny, dwa albo trzy radiowe. Nie do pojęcia dla niektórych. Darek Szpakowski ostatnio wydał autobiografię i napisał, że dzisiaj młodzi podchodzą do niego i mówią, że go znają tylko z PlayStation, bo użyczał swojego głosu w grze komputerowej.
W latach 80-tych, gdy był pan ligowym siatkarzem, wciąż jeszcze do mikrofonu było daleko.
Impuls pojawił się w końcówce mojej sportowej drogi, pod koniec dekady, gdzieś tuż przed przemianami 1989 roku w Polsce. Do spróbowania sił w Radiu Wrocław zaprosił mnie redaktor Andrzej Ostrowski i on mnie w to wciągnął. Jako siatkarz Gwardii często byłem zapraszany do pomeczowych wypowiedzi, a w radiu jak to w radiu, lubią dostać krótki, treściwy dźwięk, najlepiej żeby nie trzeba było za dużo montować. I ja chyba pasowałem, bo umiałem powiedzieć zwięźle i na temat. No i na przełomie 1988 i 1989 roku zacząłem się uczyć radiowej roboty, a w zasadzie czytania i mówienia. Stara radiowa szkoła, kiedyś nie każdy mógł się pojawić na antenie. Porównuję sobie to do siatkówki. Gramy różne numery świata, szybka, wolna piłka, systemy obrony, ataku, ale jedno się nie zmienia: palcami trzeba umieć odbijać. To bym też przeniósł na grunt dziennikarski, bo, mówiąc w przenośni, nie wszystkim tego odbicia palcami wystarcza albo wręcz go nie umieją.

Pierwszy mecz skomentowany w telewizji?
Rok 1998, telewizja publiczna, chociaż formalnie w radiu pracowałem do 2013 roku, przechodząc przez wszystkie szczeble, łącznie z funkcją dyrektora programowego. Z radia w końcu odszedłem, ale nie żałuję, bo to poszło potem lawinowo w telewizji, w której jestem do dzisiaj. Ten pierwszy mecz to zresztą ciekawa historia, bo byłem rezerwowym komentatorem na wypadek utraty łączności przy transmisji z mistrzostw świata. No i taka usterka nastąpiła, więc wszedłem na antenę, ale tylko na chwilę. Potem były w TVP mecze ligowe pokazywane w skrótach lub pełnych relacjach, pierwszy był bodaj Nysy z Kędzierzynem. W 1999 roku szef sportu w telewizji Marian Kmita namówił mnie na przejście z nim do Polsatu, zapowiadając, że stworzy tam kanał sportowy. No i poszedłem. A w tym roku obchodziliśmy 25-lecie Polsatu Sport. Na swój użytek przy okazji sobie podsumowałem: przez ten czas skomentowałem 23 medale siatkarskich reprezentacji pań i panów. A w Polsacie wcale nie zaczynałem od siatkówki, pierwszy mecz to była ligowa piłka nożna, Świt Nowy Dwór Mazowiecki kontra Ślęza Wrocław, w parze z Lesławem Ćmikiewiczem. Dałem sobie radę, miałem spore radiowe doświadczenie w różnych dyscyplinach, nie byłem świeżakiem. Natomiast generalnie jestem za specjalizacją komentatorów: jedna, góra dwie dyscypliny. Nie wiem czy dobrze można się znać na sześciu czy siedmiu. Ja już zostanę do końca z tą siatką.
Siatkówka jest trudnym sportem do komentowania?
Uważam, że może być trudnym dla kogoś, kto nie liznął tego nigdy, nie grał na jakimkolwiek poziomie. To się od razu wyczuje, bo pewne rzeczy trudno ocenić. Trzeba zrozumieć różne zachowania siatkarzy, wtedy można wyciągnąć dużo wniosków. Ktoś, kto nie grał, ten tego do końca nie czuje. Nie mówię, że trzeba grać w ekstraklasie, ale liznąć tej siatkówki, choćby na poziomie szkolnym, TKKF-u. Żeby szybko wyczuć, kiedy mógł być atak po bloku, kiedy nie, kiedy ktoś dotknął, a kiedy ktoś robi małe kino. Jak ktoś grał, od razu wie o co chodzi. Zresztą to samo odnosi się do sędziów. Jestem uczulony na takich arbitrów, którzy w życiu piłki nie dotknęli. Ja wiem, że teraz jest elektronika, ale ta pomoc czasem trochę usypia sędziów. Ja mam to szczęście, że jeżdżę po świecie z reprezentacją, jestem na treningach, nie tylko naszego zespołu, i widzę jak siatkówka się rozwija. Jest mi trochę łatwiej, bo widzę nowinki, które wchodzą, widzę to, na co zwraca się uwagę na treningach i mogę to potem „sprzedać” w transmisji. Jak mi wychodzi, to już widzowie oceniają, a wiadomo, że komentator jest łatwym celem, za każde przejęzyczenie można być hejtowanym na wszystkie strony.
Jak pan reaguje na krytykę swojej pracy?
20 lat temu to najwyżej sąsiad coś mógł mi rzucić na klatce schodowej na temat transmisji, a teraz można być zbesztanym publicznie w pięć sekund po wydarzeniu. Mam mieszane uczucia co do tego. Wcale nie żądam, by ktoś mnie chwalił, ale jeśli ma uwagi, niech będą konstruktywne. A dzisiaj w mediach społecznościowych nikt w zasadzie nie chwali, natomiast każdy czeka, żeby przyłożyć. Jeśli popełniłem błędy, to OK, poza tym wszystkim się nie dogodzi. Ale same epitety bez konkretów? Ja tego nie uznaję. To piszą na ogół ludzie, którzy kompletnie nie mają pojęcia ani o siatkówce, ani o specyfice pracy dziennikarskiej. Trochę się do tego przyzwyczaiłem, choć czasami jest przykro za jakąś tępą krytykę, typu, że Swędrowski już za stary, że powinien odejść, zostawić miejsce młodym. Z drugiej strony, jest też jest ogromna sympatia ludzi. Odbieram ją na meczach od kibiców, którzy chcą porozmawiać, proszą o autograf. To mi daje dużą siłę. Ostatnio obchodziłem urodziny na meczu w Zawierciu i zgotowano mi fantastyczne przyjęcie. A potem to się dalej niosło, bo życzenia dostawałem jeszcze tydzień po urodzinach. „Jak pan obchodził urodziny na całą Polskę, to co się pan dziwi?” – mówili do mnie ludzie. To bardzo miłe.
Selekcjoner Nikola Grbić, gdy się go pyta o krytykę w mediach społecznościowych, odpowiada, że go to kompletnie nie interesuje. On podkreśla, że się skupia na swoim zadaniu i nie będzie się zastanawiał, czy ktoś o nim coś złego powiedział.
W to jestem w stanie uwierzyć, bo znam go bardzo dobrze. Bywamy tygodniami, miesiącami ze sobą już od paru lat. Generalnie jednak, jeśli ktoś mówi, że się tym kompletnie nie przejmuje, to tak do końca bym nie wierzył. To na pewno dociera, bo zawsze ktoś ci podrzuci jakieś opinie. Ale prawda też, że to najczęściej jest czepianie się albo ktoś ci chce dołożyć, bo cię chronicznie nienawidzi. Oczywiście ludzie mają takie prawo, ale muszą mieć naprawdę smutne życie, żeby dzień w dzień kogoś atakować i non stop do czegoś się przyczepiać.

Większość kibiców nie wyobraża sobie, by najważniejszych meczów polskiej siatkówki nie komentowała para Tomasz Swędrowski – Wojciech Drzyzga. Jak powstał ten duet?
Dla porządku powiem, że pierwszy duet to była moja współpraca z Hubertem Jerzym Wagnerem, co poczytuję sobie za zaszczyt. Przecież byłem jakimś tam przeciętnym graczem ligowym, a w pewnym momencie ktoś uważany niemal za siatkarskiego Boga stał się moim partnerem w pracy. Wagner zresztą od razu zachował się kapitalnie: „Słuchaj, na boisku to szefem byłem ja, ale tu przy tym stoliku szefem jesteś ty”. Potem poszło z górki. A co do Wojtka, pierwsza duża impreza, którą zrobiliśmy, to były mistrzostwa świata 2006. Regularnie pojawiał się w parze ze mną gdzieś tak od 2013 roku.
Ma pan jakąś teorię, z czego wynika to, że tak zaskoczyło między wami?
To chyba jest coś nieuchwytnego. Albo się z kimś spasujesz, albo się nie spasujesz. Znałem Wojtka jako wielkiego gracza z boiska, choć on mnie nie pamiętał, bo nie zawracał sobie głowy jakimś rezerwowym. Nikt wtedy nie przypuszczał, że kiedykolwiek razem będziemy komentować. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie dnia, kiedy taka decyzja szefostwa zapadła. Spróbowaliśmy i to zaczęło się wszystko zgrywać. Ja wiem, kiedy on potrzebuje trochę czasu, żeby coś powiedzieć. On mi nie wchodzi w słowo, nie przejmuje komentarza, jak to niektórym się zdarza. No i poszło, jakoś tak wyszło samo z siebie. Oczywiście, już też słyszę, że niektórzy mają tego dość, że jesteśmy za starzy. No, ale to już tak zawsze będzie z krytykantami.
Wojciech Drzyzga często powtarza, że czasami nie rozumie siatkówki. Też pan tak ma?
Zdarzają się dziwne rzeczy, takie sytuacje można mnożyć. Ja się staram unikać stwierdzeń, że tej siatkówki nie rozumiem, w każdym razie usilnie staram się ją zrozumieć. I muszę podkreślić, że o wiele więcej rozumiem po pobycie z reprezentacją, te kilka miesięcy co roku. Widzę jak treningi są przenoszone na mecze.
Wiadomo, że to pewna przenośnia, natomiast wszystkie te obserwacje i analizy biorą w łeb, gdy nadchodzi taki mecz jak półfinał igrzysk olimpijskich w Paryżu...
No tak, bo do dzisiaj Amerykanie nie wiedzą dlaczego to przegrali, a my do dzisiaj nie wiemy, dlaczego to wygraliśmy. Tam była w grze jakaś siła nadprzyrodzona, bo takiego meczu po prostu nie można przegrać i nie można wygrać. Czasem wystarcza jakiś impuls, jedna akcja, zachowanie gracza, i coś się nagle odwraca. To czasami jest nie do uchwycenia, może trzeba by analizować klatka po klatce. Bardziej niesamowitego meczu nigdy nie miałem okazji skomentować, to na pewno. Widzisz, że toniesz, że już naprawdę woda ci podchodzi pod nos i nagle zaczynasz łapać powietrze nie wiadomo skąd. To są piękne przeżycia. Życzę każdemu komentatorowi, żeby mógł taką historię przeżyć. Potem po czasie myślisz sobie z satysfakcją, że byłeś cząstką fajnej historii.

Niemniej, wciąż nie spełnił pan chyba swojego ostatniego wielkiego marzenia, czyli skomentowania olimpijskiego złota Polaków.
Rzeczywiście, złoto byłoby absolutną klamrą, ale ja po prostu marzyłem, żeby nasi zagrali w finale i mieli medal olimpijski. Z taką myślą jechałem na te igrzyska i to się spełniło. Nie czuję wielkiego niedosytu, ponieważ ten krążek przyszedł po 48 latach czekania. Są oczywiście malkontenci, dla których srebro to mało, ale gdyby byli z tą drużyną i widzieli jak to wszystko wyglądało, jak zostało wyszarpane, przez kontuzje, jak się wykrwawiliśmy z Amerykanami, to ten srebrny krążek staje się bardzo cenny. Choć to srebro nie jest jak złoto, myślę, że to absolutny sukces polskiej siatkówki. Jednak oczywiście, że chciałbym jeszcze mieć szansę skomentowania złotego medalu olimpijskiego.
Co się panu najbardziej nie podoba w dzisiejszej siatkówce?
Liberalizacja przepisów. Na przykład kuriozalny zapis, że drugie odbicie może być podwójne, o ile piłka nie przechodzi na drugą stronę. To zabija kompletnie siatkówkę i szkolenie młodzieży. Proszę mi wytłumaczyć jaka w tym logika? I jak czegoś takiego uczyć młodzież? Kretynizm kompletny. Takich kwiatków jest więcej, kiedyś mi się nie podobało przyjęcie na palce. To jeszcze jestem w stanie przyjąć, ale już nie jestem w stanie przyjąć tego, że ktoś spod pasa przyjmuje na palce i jedni sędziowie to gwiżdżą, a inni tego nie zauważają. Boję się, że przepisy ciągle będą się zmieniać, że kilku smutnych panów, którzy nigdy nie dotknęli piłki, wrzuci jakieś kolejne kwiatki do zasad gry. Dochodzą takie rzeczy jak system challenge, który jest różny dla różnych rozgrywek, tak jakby nie można było tego ujednolicić. Uważam, że w tym momencie siatkówka idzie w złą stronę. Zobaczymy co będzie dalej.

Obchodził pan ostatnio urodziny, wchodząc w wiek emerytalny...
To prawda, ale jestem aktywnym emerytem i na prawdziwą emeryturę się nie udaję, bo się na niej jeszcze zupełnie nie widzę. Nie czuję się wypalony, wbrew temu, co mi niektórzy próbują wmówić. Myślę, że jeszcze mam na tyle sił, by długo popracować. No i to mi sprawia ogromną przyjemność. Ja tym żyję, to w zasadzie całe moje życie i uwielbiam to robić.
Ale trzeba mieć kondycję młodzieniaszka?
Nie liczyłem nigdy ile meczów skomentowałem w ciągu tych ponad 25 lat. Ale to jest spokojnie około 180 spotkań rocznie, można sobie przemnożyć.
