Artykuły

Jak zawodnik Aluronu CMC rozwiązał problem z ubraniami wielu siatkarzy? Został projektantem mody! [WYWIAD]

Na co dzień Dawid Ogórek jest libero Aluronu CMC Warty Zawiercie, z którym w ubiegłym sezonie wywalczył tytuł mistrza Polski oraz srebrny medal Ligi Mistrzów. Ale gdy wraca z hali do domu, oddaje się innej swojej pasji, czyli modzie. Wspólnie z żoną Martą siatkarz prowadzi markę Minimal Clothes, która znalazła niszę… wśród siatkarzy. Jak trudny to jest biznes? Jak to się stało, że powstała specjalna kolekcja dedykowana Aluronowi CMC Warcie? I jak środowisko siatkarskie uratowało interes małżeństwa Ogórków? Zapraszamy na wywiad!

Maciej Nowocień: Od kilku lat wspólnie z żoną prowadzicie markę odzieżową Minimal Clothes. Jak weszliście w świat mody?
Dawid Ogórek: Pomysł na markę tak naprawdę wyszedł od Marty, mojej żony. Ona miała wcześniej doświadczenia związane z modelingiem, pojawiała się też epizodycznie w filmach i serialach, ale zdecydowanie lepiej czuła się po drugiej stronie, czyli przy organizacji produkcji. Była między innymi kierownikiem planów przy produkcjach telewizyjnych, pracowała też przy projektach związanych z modą. W pewnym momencie pojawiła się możliwość odkupienia marki odzieżowej, przy której wcześniej pomagała. Początkowo założenie było dość proste: przejmujemy coś, co już funkcjonuje, ma swoją historię i klientów, i dalej rozwijamy ten biznes. Wydawało nam się, że przejmujemy gotowy, działający organizm i wystarczy go odpowiednio poprowadzić.

Podejrzewam, że tak kolorowo nie było.
No tak, oczywiście rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała te założenia. Marka nie zaczęła od razu przynosić takich przychodów, jakich się spodziewaliśmy. Ja początkowo byłem w to zaangażowany głównie na zasadzie wsparcia żony. Kompletnie nie znałem się na modzie, nigdy szczególnie nie interesowałem się tym, jak powstaje odzież ani ile pracy znajduje się za gotowym produktem. Z czasem jednak zacząłem coraz bardziej wchodzić w ten świat. I wtedy okazało się, że prowadzenie marki odzieżowej to znacznie więcej niż samo zaprojektowanie ubrania.

To znaczy?
W naszym przypadku właściwie jesteśmy odpowiedzialni za cały proces. Produkcję realizujemy w Polsce: od wyboru i farbowania materiału, przez konstrukcję i szycie, aż po wszystkie dodatki i wykończenia. Do tego dochodzi prowadzenie strony internetowej, social mediów, obsługa zamówień czy wysyłka. Im więcej miałem z tym do czynienia, tym bardziej zaczynało mnie to interesować. W pewnym momencie sam zacząłem myśleć o tym, żeby stworzyć dla siebie konkretne rzeczy. I wtedy dopiero zobaczyłem, jak skomplikowany potrafi być ten proces. Wydawałoby się, że chcę po prostu bluzę według własnego pomysłu, ale żeby ona faktycznie powstała, trzeba stworzyć konstrukcję, znaleźć odpowiedni materiał, znaleźć szwalnię, która będzie chciała ją uszyć, a to wszystko przy jednej czy kilku sztukach jest naprawdę trudne. Na początku nie mieliśmy też jeszcze wypracowanych kontaktów z hurtowniami materiałów. Nie każdy chciał sprzedawać niewielkie ilości materiału, a szwalnie z kolei zazwyczaj nie były zainteresowane pojedynczymi sztukami.

Pamiętam, że kiedyś Karol Kłos polecał waszą markę ze względu na fakt, że wreszcie znalazł wygodne dla siebie ubrania w odpowiednich rozmiarach. Przy gabarytach siatkarzy nie jest to takie proste.
Zacząłem też rozmawiać z kolegami i zauważać podobny problem w przypadku odzieży męskiej. Jestem siatkarzem, więc w moim środowisku spotykam wielu bardzo wysokich facetów. Przy wzroście 200 czy 210 cm znalezienie odpowiednich spodni z wystarczająco długą nogawką albo bluzy z odpowiednią długością rękawów potrafi być naprawdę problematyczne. Wtedy pojawił się pomysł, żeby stworzyć kolekcję męską i jednocześnie odpowiedzieć na ten konkretny problem. Skoro sami go widzieliśmy i go doświadczaliśmy, uznaliśmy, że warto spróbować go rozwiązać. Minimal Clothes początkowo była marką skierowaną wyłącznie do kobiet. Dopiero po mniej więcej roku, może trochę później, zaczęliśmy rozwijać również kolekcję męską i unisex.

Produkcja odzieży tylko pozornie wydaje się łatwa, bo nie jest to tak, że wymyślisz sobie wzór, wyślesz go do szwalni i nagle dostaniesz idealny produkt, który sobie wymarzyłeś.
Nie jest to łatwy biznes. Jesteśmy na rynku już pięć lat i przez ten czas naprawdę wiele się nauczyliśmy. Przede wszystkim musieliśmy znaleźć odpowiednią szwalnię, co wcale nie było takie proste. Kilkakrotnie zmienialiśmy miejsca produkcji, bo szybko zrozumieliśmy, że nie chodzi tylko o samą jakość wykończenia, ale również o współpracę z ludźmi, na których można polegać. Myślę, że każdy, kto prowadzi własny biznes i pracuje z ludźmi, doskonale wie, jak trudno jest dzisiaj znaleźć osoby, które są słowne, zaangażowane i po prostu wywiązują się z tego, na co się umawiamy. Dla nas to bardzo ważne, bo nawet najlepszy pomysł i najwyższej jakości materiał nie wystarczą, jeśli na którymś etapie zabraknie odpowiedzialności i zaangażowania. Kolejnym wyzwaniem było znalezienie odpowiednich materiałów, Sami musieliśmy określić, czym jest dla nas jakość i jakie mamy oczekiwania.
Dzisiaj wiemy, czego oczekujemy od naszych produktów, i jesteśmy naprawdę dumni z jakości, którą udało nam się osiągnąć. Bo w dużym skrócie budowanie własnej marki to proces błędów, przy którym trzeba być wytrwałym, jeśli naprawdę coś się lubi i chce się coś stworzyć coś wyjątkowego.

Podobno zaczęliście też sami uczyć się szyć.
To prawda i ja nadal rozwijam się w tym kierunku, a Marta chodzi do szkoły szycia, żeby poznać cały proces od podszewki. Chcemy rozumieć nasz produkt, znać możliwości i rozwiązania, które możemy wykorzystywać przy tworzeniu kolejnych rzeczy. Mamy nawet w domu dwie maszyny do szycia i zdarza się, że nowy pomysł najpierw odszywamy sami, żeby zobaczyć, jak wygląda w rzeczywistości. Oczywiście później taki projekt wymaga jeszcze profesjonalnych poprawek konstrukcyjnych, ale to taka mała ciekawostka o nas. Nie chcemy tylko tworzyć ubrań – chcemy naprawdę rozumieć ich DNA, od pierwszego pomysłu aż po gotowy produkt

Każdy projekt to inwestycja waszych prywatnych pieniędzy bez gwarancji zarobku czy nawet zwrotu. Nie było obaw?
Myślę, że uratowało nas to, że od samego początku nie inwestowaliśmy w markę bardzo dużych pieniędzy, tylko rozwijaliśmy się krok po kroku. Zaczynaliśmy od malutkiego, 16-metrowego studia, a nasze pierwsze kolekcje liczyły zaledwie około 30 sztuk. Były to bardzo proste projekty, składające się głównie ze spodni i bluz. Myślę, że właśnie ta niewielka skala przedsięwzięcia pozwoliła nam uczyć się na własnych błędach bez ponoszenia ogromnych konsekwencji finansowych. Oczywiście zdarzały się potknięcia, traciliśmy pieniądze, ale nigdy nie były to straty na tyle duże, żeby zagrozić dalszemu rozwojowi marki. Dzięki temu mogliśmy stopniowo zdobywać doświadczenie, wyciągać wnioski i rozwijać firmę we własnym tempie.

Słyszałem, że mieliście chwile zwątpienia. Co was przekonało, by jednak ostatecznie nie zamknąć interesu?
Oczywiście, że takie chwile zwątpienia się pojawiały. Był nawet moment, w którym wystawiliśmy markę na sprzedaż. Ale chyba ktoś nad nami czuwał, bo niedługo później dostaliśmy telefon, który sprawił, że bardzo szybko zmieniliśmy decyzję. Zamiast sprzedaży postanowiliśmy zaryzykować, postawić wszystko na jedną kartę i dać marce jeszcze jedną szansę. To oczywiście dużo dłuższa historia, ale tak w skrócie wyglądał ten moment. Myślę jednak, że tym, co najbardziej pomogło nam przetrwać trudniejsze chwile, byli ludzie. Przede wszystkim środowisko siatkarskie, od którego od samego początku dostawaliśmy ogromne wsparcie. Nawet kiedy popełnialiśmy błędy, zamiast krytyki częściej słyszeliśmy, co możemy poprawić. Ludzie doceniali jakość naszych produktów, dawali nam konstruktywny feedback i motywację do dalszego działania. W dzisiejszych czasach, kiedy tak łatwo przychodzi nam ocenianie innych, takie podejście jest naprawdę wyjątkowe. Ogromną rolę odegrali też nasi bliscy i przyjaciele. Jedną z takich osób jest Janek Nowakowski, który wspiera nas od samego początku. To on zaszczepił we mnie pasję do fotografii, uczył mnie robić zdjęcia i je obrabiać, dzięki czemu wiele pierwszych sesji mogliśmy realizować sami. Z czasem jednak, kiedy marka zaczęła się rozwijać, potrzebowaliśmy bardziej profesjonalnego spojrzenia na to, jak prezentujemy nasze produkty. I właśnie wtedy mogliśmy liczyć na Janka. To dzięki niemu zaczęliśmy zwracać jeszcze większą uwagę na każdy detal, również na to, jak nasze kolekcje wyglądają na zdjęciach. Zaczęliśmy realizować bardziej rozbudowane sesje, zarówno w studio, jak i w plenerze, a cała oprawa wizualna marki weszła na zupełnie inny poziom. Myślę, że to właśnie z Jankiem zrobiliśmy kolejny duży krok w rozwoju Minimalu, szczególnie pod względem marketingowym i wizerunkowym. Jest z nami od samego początku, wspiera nas do dzisiaj i tak naprawdę stał się nieodłączną częścią tego projektu. Myślę, że właśnie dzięki takim ludziom jak Janek i całemu środowisku siatkarskiemu udało nam się stworzyć coś więcej niż tylko markę odzieżową. Stworzyliśmy taką małą, siatkarską rodzinę, która wspiera nas od samego początku i dzięki której możemy robić to, co kochamy, aż do dzisiaj.

W waszych ubraniach najwięcej uroku daje… prostota.
Tak, tego na pewno bardzo pilnuje moja żona Marta. Pamiętam jakieś pierwsze kolekcje z dużymi napisami, na które ja gdzieś tam wywierałem wpływ. Ale później sam zakochałem się w minimalizmie. Myślę, że nie potrzebujemy niczego więcej. Maksymalizujemy jakość i robimy wszystko, żeby te ciuchy były wieczne i dawały satysfakcję z noszenia. A tak jak wspomniałem, im mniej na nich jest, tym lepiej. Teraz naprawdę jest też moda na to, że nie potrzebujemy wielkiego logo. Mamy już bardzo wiele rzeczy, które nawet nie mają żadnego znaczka lub tylko tę malutką „M-kę”. Spodobało nam się to i myślę, że to się nie zmieni.

Wszystko szyjecie w Polsce. Dlaczego ma to dla was tak duże znaczenie?
Przede wszystkim podpisujemy się pod każdą kolekcją własnym nazwiskiem, dlatego nie wyobrażam sobie sytuacji, w której nie mogę osobiście zobaczyć i dotknąć materiału, z którego powstają nasze rzeczy. Mieliśmy dostęp do chińskich i tureckich dzianin, które potrafią być nawet dwukrotnie tańsze. Nie chcę nazywać się żadnym znawcą, ale po tych kilku latach doświadczenia już przy pierwszym dotyku potrafię zauważyć różnicę w jakości. A nam zależy na tym, żeby dawać naszym klientom możliwie najlepszy produkt. Oczywiście często mówi się o wspieraniu polskich producentów i lokalnej produkcji. My również chcemy to robić, ale łatwo jest oceniać decyzje innych, nie będąc na ich miejscu. Przy większych produkcjach różnice w kosztach materiałów mogą sięgać kilkudziesięciu tysięcy złotych, a to potrafi zupełnie zmienić sposób myślenia o prowadzeniu biznesu. Mimo to nie zamierzamy rezygnować z naszego podejścia. Chcemy mieć świadomy wpływ na cały proces produkcji, od wyboru dzianiny, przez jej jakość, aż po najmniejsze detale. I przy tym wszystkim zdarzają się też zabawne sytuacje. Jako facet, który jeszcze kilka lat temu znał pewnie trzy podstawowe kolory, dowiedziałem się nagle, że sam beż potrafi mieć kilka czy nawet kilkanaście różnych odcieni! (śmiech)

Jak rozreklamowaliście swoją markę? Wysyłaliście produkty sportowcom?
Trochę tak, ale było tego niewiele w porównaniu do innych marek. Mieliśmy po prostu to szczęście, że zapraszaliśmy siatkarzy na sesję, a oni zgadzali się, pomagali nam i udostępniali nam swój wizerunek.

Patrząc na modeli, którzy zapozowali w waszym sklepie internetowym, to tanio ich nie pozyskaliście. Siatkarska czołówka! (śmiech)
No, tutaj naprawdę chłopaki się wykazali sympatią i wyrozumiałością. Oczywiście zawsze się z nimi jakoś rozliczaliśmy, ale nigdy nie było to na takiej zasadzie, że dostawaliśmy umowę i chodziło tylko o jakieś konkretne kwoty. Bardzo często była to po prostu pomoc koleżeńska, barterowa. W środowisku siatkarskim czuliśmy się na pewno bardziej jak przy pracy z przyjaciółmi, wręcz z rodziną, niż na zasadach typowo biznesowych. I nie ukrywam, że tak staramy się też działać. Nie chodzi mi oczywiście o to, żeby szukać modeli i nie płacić im za pracę, tylko po prostu nie wyobrażam sobie jakiejkolwiek współpracy z ludźmi, z którymi nie czujemy się swobodnie. Myślę, że cały rdzeń tej marki to też jest właśnie prawdziwość. Robimy to, co lubimy, staramy się zrobić to jak najlepiej i chyba dlatego tak fajnie szła nam też promocja, bo pomagali nam w tym prawdziwi ludzie. Największą reklamą była dla nas właśnie poczta pantoflowa, a najprościej mówiąc: siatkarska szatnia. Bardzo często przez pierwsze dwa, trzy lata w ogóle nie inwestowaliśmy w żadne reklamy, a naprawdę to właśnie środowisko utrzymało nas przez ten czas.

A dziś biznesowo wam się to spina?
Ciężko mówić o spinaniu biznesu, bo cały czas jesteśmy na etapie inwestowania i rozwijania marki. Myślę, że najlepiej widać to po skali, w jakiej dzisiaj działamy. Tak jak wspominaliśmy wcześniej, zaczynaliśmy od kilkudziesięciu sztuk odzieży, a nasz asortyment ograniczał się do bluz i spodni dresowych. Dzisiaj, wchodząc na naszą stronę, można zobaczyć, jak bardzo się to zmieniło. Mamy dział męski i unisex, kilka modeli spodni i bluz w różnych kolorach, a do tego doszła również odzież elegancka – koszule, marynarki, eleganckie spodnie czy swetry. Myślę, że właśnie po tym najlepiej widać, jak bardzo rozwinęliśmy się przez te kilka lat.

To jak powstają wasze produkty?
Produkcja każdej nowej rzeczy, na przykład bluzy to przede wszystkim pomysł , inspiracja i kontakt z konstruktorem, z którym ustalamy, jak dokładnie ma wyglądać nasz projekt. Na tej podstawie powstaje konstrukcja i odszywany jest pierwszy sample, który musimy fizycznie sprawdzić, przymierzyć i ocenić, czy spełnia nasze oczekiwania. Jeśli coś nam nie odpowiada, nanosimy poprawki i projekt ponownie trafia do konstruktora. Kiedy mamy już finalną wersję konstrukcji, odszywamy bluzę jeszcze raz, najlepiej w dwóch lub trzech rozmiarach, żeby upewnić się, że wszystko wygląda i układa się tak, jak powinno. Dopiero wtedy akceptujemy projekt i przechodzimy do stopniowania rozmiarów oraz właściwej produkcji. Dzięki temu minimalizujemy ryzyko, że cała partia odzieży będzie miała jakieś wady. W praktyce oznacza to, że zanim jedna bluza trafi do naszego sklepu, często musimy odszyć ją kilka razy, wprowadzić poprawki i ponownie sprawdzić efekt, po czym widać że jest to dość skomplikowany proces nie mówimy już tutaj o umiejscowieniu logo, metek, przeszyć, i wielu innych rzeczy, które są po naszej stronie.

Macie punkty, w których można przymierzyć wasze ubrania, ale nie są to typowe sklepy stacjonarne waszej marki. Planujecie takie otworzyć?
Na tę chwilę nasze ubrania można przymierzyć w sklepie Jungle Co. Concept Store w Forum Gdańsk, natomiast nie planujemy jeszcze otwierać własnego sklepu stacjonarnego. Myślę, że przede wszystkim nie jesteśmy na to gotowi czasowo. Chcielibyśmy najpierw poukładać wszystkie sprawy związane z prowadzeniem marki, bo otwarcie sklepu wiązałoby się z kolejnymi obowiązkami, zatrudnieniem pracowników i poświęceniem mu dużej ilości czasu. Już teraz prowadzenie marki we dwójkę wymaga od nas ogromnego zaangażowania, a do tego ja wciąż jestem czynnym zawodnikiem. Mamy też wspaniałą rodzinkę, której chcemy poświęcać jak najwięcej czasu. Dlatego na ten moment skupiamy się na rozwijaniu tego, co już stworzyliśmy, a temat własnego sklepu stacjonarnego zostawiamy sobie na przyszłość.

Jak wspomniałeś, kilka dni temu pojawiła się nowa kolekcja w kolaboracji z twoim klubem, czyli Aluronem CMC Wartą Zawiercie. Jak do niej doszło?
Kiedy wcześniej ktoś pytał mnie o możliwość współpracy z klubami, zawsze podchodziłem do tego z pewną rezerwą. Przede wszystkim dlatego, że nasi klienci to osoby, które świadomie wybierają naszą markę. Znają nasze produkty, cenią ich jakość i sami decydują, czy chcą do nas wracać. W przypadku współpracy z klubem sytuacja wygląda zupełnie inaczej. To my dostarczamy odzież całemu zespołowi, a nie każdy musi mieć taki sam gust czy oczekiwania. Bierzemy więc na siebie sporą odpowiedzialność, bo zależy nam na tym, żeby dopasować produkty do każdego i żeby wszyscy byli zadowoleni. Mieliśmy też świadomość, że taka współpraca może wiązać się z krytyką, na którą musieliśmy być gotowi. Jednak już ponad pół roku temu pojawił się w mojej głowie pewien pomysł, z którym bardzo chciałem pójść do prezesa Kryspina Barana. Pamiętam, że kiedy w końcu doszło do naszego spotkania i zacząłem opowiadać mu o tej koncepcji, prezes uśmiechnął się i zaczął czegoś szukać w telefonie. Okazało się, że kilka tygodni wcześniej rozmawiał z działem marketingu klubu o bardzo podobnym projekcie. Wtedy wiedziałem już, że myślimy w tym samym kierunku. Od tego momentu pozostało poukładać kwestie organizacyjne i formalne. W większości przypadków marki odzieżowe współpracujące z klubami mają wyłączność na dostarczanie odzieży, dlatego klub musiał najpierw ustalić, czy taka dodatkowa współpraca jest w ogóle możliwa. Myślę, że jest to jedna z pierwszych tego typu sytuacji w polskiej siatkówce, w której stosunkowo niewielka marka odzieżowa nawiązuje taką współpracę z klubem. Tym bardziej cieszy nas, że udało się znaleźć rozwiązanie i wspólnie zrealizować ten projekt.

Skoro zacząłeś temat szatni, to na pewno spotkałeś się z jakąś szyderą na temat ubrań. Zamieniam się w słuch.
No tak, Mateusz Bieniek wysyła mi średnio co dwa, trzy dni zdjęcia ciuchów, na których odstaje nitka (śmiech). Najczęściej jest to to samo zdjęcie. Pisze, że albo dostaje komplet za darmo albo wrzuci to na Instagram. To już lekki szantaż (śmiech). Ogólnie, jeśli chodzi o naszą szatnię i klub, to naprawdę są to ludzie, z którymi bardzo fajnie się pracuje. Kiedy jest śmiesznie, to jest śmiesznie i bardzo często pracujemy w takiej dobrej, luźnej atmosferze. Ale kiedy trzeba, to wiadomo, wchodzimy do poważniejszych zadań i trzeba przycisnąć.
Mamy w szatni w większości wyluzowanych chłopaków, którzy tylko czekają na jakieś potknięcie, żeby móc się trochę podroczyć i pożartować z siebie nawzajem. Ale cóż, trzeba było się z tym liczyć! (śmiech)

Mówiłeś, że produkcja nie jest tania, więc automatycznie ceny ubrań kolekcji Aluronu CMC Warty też nie są niskie. Nie obawiasz się, że kibice stwierdzą, że jest trochę za drogo?
Nie obawiam się, że ceny są zbyt wysokie. Wracając z piątkowego sparingu, dostaliśmy kilka wiadomości od kibiców, którzy pisali, że kolekcja bardzo im się podoba i że zdążyli już kupić nasze bluzy. Również w samym Zawierciu spotkaliśmy kibiców, którzy z radością chwalili się, że już je zamówili. To dla nas naprawdę bardzo fajny feedback. Myślę jednak, że największą robotę zrobi sam produkt, kiedy trafi już w ręce kibiców. Bo tak naprawdę trzeba go zobaczyć, dotknąć, ponosić i dopiero wtedy można w pełni ocenić jego jakość. Wręcz przeciwnie, robiąc rozeznanie na rynku i porównując ceny odzieży innych drużyn sportowych, myślę, że klub zrobił tutaj duży ukłon w stronę kibiców. Udało nam się stworzyć produkt jakości premium, którego cena jest bardzo konkurencyjna, a często nawet niższa niż w przypadku podobnych produktów dostępnych w sklepach innych klubów. Oczywiście, robiąc cokolwiek, musimy liczyć się z tym, że zawsze znajdą się zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy. Jednym może nie odpowiadać cena, innym sam pomysł czy idea marki. Myślę jednak, że najważniejsze to być przekonanym do tego, co się robi, i konsekwentnie podążać w obranym kierunku.

Czy współpraca Minimal Clothes z Aluronem CMC Wartą Zawiercie jeszcze się rozwinie?
Myślę, że tak, bo tak naprawdę najważniejsza część całego projektu, od której wszystko się zaczęło i która moim zdaniem będzie taką wisienką na torcie, jeszcze nie ujrzała światła dziennego. W tym tygodniu powinniśmy otrzymać materiały do akceptacji i jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, a mam wobec tego projektu naprawdę duże oczekiwania, to myślę, że dopiero wtedy wszyscy powiedzą „wow”. Osobiście nie mogę się już doczekać efektu końcowego i mam nadzieję, że będzie to dopiero początek czegoś, co ma naprawdę duży potencjał.

Powrót do listy