Massimo Botti: Jestem nerdem, który potrzebuje ucieczki w inne światy [WYWIAD]
Uwielbia koncerty, a Elton John to dla niego geniusz. Jest fanem „Gwiezdnych Wojen", twórczości Christophera Nolana i niedocenianego filmu o morskich potworach. Massimo Botti żyje nie tylko sportem. A siatkarsko? Strasznie przeżył nagłą śmierć byłego kolegi z drużyny. Na początku nie chciał być trenerem, prowadził sklep internetowy. Jako szkoleniowiec przez dwa lata pracował... bez licencji. Mówi, że w Lublinie przeżył koniec świata. Dziś prowadzi Asseco Resovię Rzeszów, która według niego powinna być postrzegana nie jako potęga, a jak underdog.
JAKUB RADOMSKI: Jest jakaś piosenka, która najlepiej oddałaby miniony sezon w wykonaniu BOGDANKI LUK Lublin, z którą wygrał pan Puchar Challenge i sięgnął po mistrzostwo Polski?
MASSIMO BOTTI (trener Asseco Resovii Rzeszów): To nie jest łatwe pytanie. Ale już wiem! Jest jeden utwór, który pamiętam z czasów mojej młodości. To „End of the World" - piosenka, która powstała jeszcze wcześniej (była bardzo znana już w latach 60. - przyp. red.), a później wykonywano różne jej covery. W sumie pasuje idealnie, bo to, co zrobiłem w ubiegłym sezonie z moim byłym już klubem, wyglądało właśnie tak. To był siatkarski koniec świata. Nikt nie spodziewał się, że osiągniemy aż tak znakomite wyniki i wywalczymy dwa trofea.

Jak zaczęła się pana pasja do muzyki?
Lubiłem jej słuchać jako dziecko, a kiedy byłem nastolatkiem, wydawałem mnóstwo pieniędzy na koncerty i płyty winylowe. Pamiętam, że kiedy grałem w Parmie i zarobiłem jako siatkarz pierwsze pieniądze, kupiłem za nie magnetowid i zestaw stereo. W kolejnych latach połowa funduszy szła na płyty. Miałem coraz większą kolekcję. Udało mi się przekazać swoją muzyczną pasję młodszemu z synów, który dziś nie wyobraża sobie życia bez muzyki.
Wspominał pan o koncertach.
Byłem na wielu, do dziś mam w głowie trzy wyjątkowe. Pierwszy – Elton John, w Mediolanie. Coś niezwykłego. Ten człowiek ma niezwykły dar dzielenia się swoimi emocjami. Właśnie to, plus jego talent do gry na fortepianie, powoduje, że na żywo jest tak fantastyczny. Drugi koncert miał miejsce dwa lata temu: Depeche Mode w Bolonii. A trzeci to Pink Floyd. Też grali akurat we Włoszech, tyle że w Modenie. To moje ulubione zespoły, dobrze oddające gust. Lubię też Queen, Michaela Jacksona, AC/DC i Aerosmith.

A dlaczego spośród filmów – to kolejna pana pasja – najbardziej lubi pan science-fiction?
Bo w normalnym życiu jestem nerdem i potrzebuję ucieczki w jakieś inne światy (śmiech). Trochę oczywiście żartuje, ale może coś w tym jest? Uwielbiam „Gwiezdne Wojny".
Ulubiona postać?
Han Solo, bo to gość, który nie jest przesadnie poważny, umie posługiwać się ironią, co nie jest takie łatwe, a jednocześnie ma w sobie wiele odwagi. Ciekawe połączenie.
A scena?
Najłatwiej byłoby powiedzieć, że ta kultowa, w której Darth Vader mówi do Luke'a Skywalkera: „Nie, jestem twoim ojcem". Ale mam inną: genialna jest scena z „Nowej Nadziei", w której Luke, Han Solo i Chewbacca ratują księżniczkę Leię, uwięzioną na Gwieździe Śmierci. Najpierw widzimy porwanie jej z więzienia, następnie walkę, a później brawurową ucieczkę. To robi wielkie wrażenie.
Jestem też fanem filmów o Batmanie. Najlepsze według mnie nakręcił Christopher Nolan. A za niedoceniany film uważam „Pacific Rim". Opowiada o tym, jak świat próbuje się obronić przed morskimi potworami. Muzyka i kino rozwijają wyobraźnie, poza tym mogą inspirować osoby, zajmujące się zupełnie czym innym, np. sportem.
To porozmawiajmy o siatkówce. Pan zaczynał od tej dyscypliny?
Nie, ja nawet jej nie lubiłem. Jako dziecko byłem wysoki i pełen energii. Oczywiście grałem w piłkę nożną, próbowałem też pływania. Ale to nie było to. W końcu nauczyciel wf-u zwrócił uwagę na moje warunki fizyczne i zaproponował siatkówkę. Ale nie podobała mi się do tego stopnia, że po kilku dniach zrezygnowałem.
Wydawało mi się, że to dziwny i skomplikowany sport. Na zajęciach nie czułem się komfortowo, m.in. dlatego, że nie znałem dobrze kolegów z drużyny. Byłem przekonany, że tego nie chcę. Siatkówka w ogóle mnie nie bawiła.
Co było dalej?
Okazało się, że mój trener to niezły spryciarz. Najwidoczniej coś we mnie widział, wierzył mocno w mój potencjał, bo przekonał jednego z moich najlepszych kolegów, żeby dołączył do zespołu. Tak się stało i właśnie ten kumpel powiedział: „Może jednak spróbujesz jeszcze raz?". Spróbowałem i rzeczywiście było inaczej, dzięki czemu już przy tej siatkówce zostałem.
Moje losy potoczyły się trochę inaczej niż brata, który też miał duże predyspozycje sportowe. Trenował kolarstwo, które uważam za wyjątkowo ciężki sport, wymagający wielkiego poświęcenia. Brat miał problem z plecami. Cierpiał, ale zagryzał zęby i siadał na rower. Ale nastąpił moment, gdy musiał dokonać wyboru: albo poświęca się temu maksymalnie, zostaje zawodowcem i to jest całe jego życie, albo rezygnuje. Wtedy odpuścił.
Kolarstwo od lat jest we Włoszech popularne. Mieliśmy wielkich mistrzów, mamy wyścig Giro d'Italia. Siatkówka rosła – zwiększał się poziom, reprezentacja Włoch zaczęła odnosić sukcesy, a w latach 90. była wyjątkowym zespołem, najlepszym na świecie. Ba - najlepszym w historii dyscypliny. Żeby zostać dobrym zawodnikiem w jakiejś dyscyplinie, potrzebujesz pasji. Ja ją miałem, poza tym omijały mnie poważne problemy zdrowotne i widziałem, jak krok po kroku idę do przodu. Dlatego łatwiej było mi wytrwać. Na początku występowałem w skromnym klubie Liberta Piacenza. Brak wielkiej presji, cieszyliśmy się wszystkim. Graliśmy dla przyjemności. Ale gdy byłem jeszcze młody, zgłosiła się po mnie Parma.
Dużo większa firma.
Dokładnie. Wiedziałem, że muszę tam iść, bo to życiowa szansa. Dogadaliśmy się, ale zostałem jeszcze na rok w Piacenzie, żeby skończyć szkołę. Lubiłem się uczyć, pamiętam, że dobrze szło mi np. pisanie wypracowań. Miałem smykałkę do opowiadania historii, ale też wypowiadania się.
Myślał pan o zostaniu dziennikarzem?
Nie, chyba jednak bym się nie odnalazł. Ale tamten talent z czasów młodości do słuchania i tłumaczenia czegoś innym być może pomaga mi w pracy trenera. Myślę, że zawsze byłem kreatywny, choć to nie przekładało się na przedmioty ścisłe. One szły mi trochę gorzej.
Rok 1992, mistrzostwa Europy juniorów. Był pan częścią reprezentacji Włoch, która wygrała tamtą imprezę. „Wygrała" to za mało powiedziane – wy wtedy zmiażdżyliście rywali. Pierwszego seta straciliście dopiero w finale, przeciwko Hiszpanii.
Mieliśmy niesamowitą drużyną. Fantastyczną grupę ludzi. W kolejnym roku pojechaliśmy na mistrzostwa świata. Bardzo możliwe, że też wywalczylibyśmy złote medale, ale byliśmy osłabieni kadrowo, poza tym przed spotkaniem o złoto pojawiły się kontuzje. I przegraliśmy w finale z Brazylią. Pamiętam, że strasznie przeżywałem tamtą porażkę. Myślałem o niej długo po turnieju. Najgorsze jest poczucie, że to już się stało i nie da się rozegrać tego spotkania ponownie. Poza tym to były mistrzostwa świata juniorów, więc z reguły nie masz możliwości wygrania kolejnej edycji, bo zaczynasz rywalizować z dorosłymi. Najczęściej masz tylko jedną, jedyną szansę. My jej nie wykorzystaliśmy. Choć ja rywalizowałem jeszcze później w mistrzostwach do lat 23. I znów skończyłem ze srebrnym medalem. W naszej grupie byli tacy zawodnicy, jak Marco Meoni, Samuele Papi czy Giacomo Giretto. Znakomici gracze. W 1993 roku jako juniorzy byliśmy drudzy na świecie, a w kolejnym oni zostali w Grecji mistrzami świata jako dorośli. To obrazuje, jak znakomita była nasza młoda drużyna.
Miał pan jako siatkarz wielu różnych trenerów. Spytam o jednego, Julio Velasco – legendarnego Argentyńczyka, który prowadził kiedyś do trofeów męską reprezentację Włoch, a ostatnio, choć ma 73 lata, zdobywa laury z kobiecą kadrą Italii. Był pana trenerem w Piacenzie na początku XXI wieku.
Pracowałem też z nim w 1995 roku w reprezentacji Włoch. Rozegrałem wtedy dwa spotkania towarzyskie z Kubą i na tym koniec. Miałem pecha, bo trafiłem wtedy na najsilniejszą sportowo, ale też mentalnie grupę w historii siatkówki. Uważam, że wcześniej i później nie było takiego reprezentacyjnego zespołu. Praca z Velasco, w kadrze czy klubie, była przyjemnością. Był dla mnie trenerem, ale też nauczycielem sportu i życia. Imponował cechami przywódczymi i mentalnością. Potrafił tak przemawiać do zespołu, że wyciągał z wielu graczy to, co mieli najlepsze. Wielka wiedza o siatkówce, do tego świetny psycholog – myślę, że to składało się na fenomen Velasco.

Ale był jeszcze jeden trener, któremu wiele zawdzięczam. To Bebeto de Feitas, już niestety nie żyje - Brazylijczyk, który w Parmie był moim pierwszym trenerem w profesjonalnej, poważnej siatkówce. Pracowałem z nim przez cztery kolejne sezony. On też rozwinął mnie jako siatkarza oraz jako człowieka.
Rozmawiałem miesiąc temu z Ljubomirem Travicą, który dziś prowadzi drużynę z Częstochowy, a w sezonie 2004/2005 był pana trenerem w Piacenzie. Opowiadał mi, że właśnie wtedy mieliście strasznego pecha, bo wygraliście rundę zasadniczą w lidze, ale na początku play-offów kontuzji doznał wasz rozgrywający, Nikola Grbić. Nie mógł wystąpić i to odbiło się na całej drużynie. Travica jest przekonany, że gdyby nie to, wywalczylibyście wtedy mistrzostwo Włoch. Przesadził, czy ma rację?
Nie, nie przesadził, choć nie powiedziałbym z całą stanowczością, że ze zdrowym Nikolą nikt by z nami nie wygrał. Tamta Piacenza miała kapitalny skład: był Grbić, na libero genialny Brazylijczyk Sergio, do tego jego rodak Anderson Rodrigues, Hristo Zlatanov czy niesamowicie utalentowany Kubańczyk Leonel Marshall. Był też Vigor Bovolenta.
Robi wrażenie.
Kontuzja Nikoli miała olbrzymi wpływ na to, że okazaliśmy się gorsi w półfinale play-offów. Czy zdobylibyśmy mistrzostwo? Pamiętajmy, że Sisley Treviso miał wtedy niezwykle mocny zespół i w wielu meczach udowadniał, że ma coś więcej, niż pozostałe, i tak bardzo silne, ekipy.
Przyjaźnił się pan z Bovolentą?
Tak, bardzo.

Jak wspomina pan 24 marca 2012 roku?
Szok. Nie ma innego słowa, które by to oddało. Kończyłem już powoli swoją karierę, występowałem w Pallavolo Molfetta.
Do dziś dobrze pamiętam tamten wieczór. Każdą godzinę, może nawet minutę. Byłem w Genui, gdzie rozgrywaliśmy mecz. Było już późno. Zadzwonił mój telefon, to był Samuele Papi. Przejęty. Bardzo przejęty. Poinformował mnie, że Vigor nagle upadł i zemdlał podczas meczu, była jakaś dramatyczna akcja reanimacyjna i przewieźli go do szpitala.
Jak pan zareagował?
Nie mogłem w to uwierzyć. Vigor? Przecież to zawsze był taki silny człowiek. Nie mogłem zasnąć. Ciągle myślałem o Bovolencie, o tym, co się właśnie z nim dzieje. A kiedy dowiedziałem się, że nie udało się go uratować, długo nie mogłem się z tym pogodzić. Jeszcze większy szok. Pogrzeb Vigora był doświadczeniem, które zostanie w mojej głowie na zawsze. Tłum ludzi, to było straszne i na swój sposób szalone. Każdy miał w głowie, że stało się coś, co nie miało prawa się wydarzyć. I ta myśl, że zginął młody człowiek, który zostawił piątkę dzieci...
Jeden z jego synów, Alessandro, gra w siatkówkę na wysokim poziomie. Dotarł nawet do reprezentacji Włoch.
Bardzo się z tego cieszę. Gdy na niego patrzę, widzę Vigora. Są niesamowicie podobni. A kiedy Alessandro zdobywa punkt czy coś mu się udaje, cieszę się. Myślę sobie, że ktoś patrzy na niego z góry i życzy mu jak najlepiej. Chroni go od problemów i od zła tego świata.
Był 2016 rok, gdy zakończył pan karierę zawodnika, dopiero w wieku 43 lat. Występował pan w zespole Canottieri Ongina i w kolejnym sezonie od razu został jego trenerem.
Nie planowałem takiego przejścia. Canottieri występowało w trzeciej lidze, gdy kończyłem z graniem. Miałem już inną pracę: otworzyłem sklep online, działałem tam we współpracy z eBayem. To było też miejsce odbioru różnych przesyłek. W tamtym czasie chciałem odciąć się od siatkówki. Zmęczyło mnie to, że co jakiś czas trzeba było przenosić się z rodziną w inne miejsce, a wiedziałem, że życie trenera jest przecież podobne. Ale gdy pragnąłem odejść ze sportu, dostałem ofertę, by prowadzić Canottieri. „Spróbuj chociaż, może ci się spodoba" - namawiali działacze.

Uznałem, że zobaczę, jak będzie. Dziś mogę wyznać, że przez pierwsze dwa lata byłem trenerem, choć nie posiadałem licencji, więc w pewnym sensie łamaliśmy prawo. W pierwszym sezonie udało nam się wygrać rozgrywki, ale nie graliśmy później na wyższym szczeblu, bo w klubie stwierdzili, że nie ma wystarczająco dużo pieniędzy. Popracowałem kolejny rok i nagle niespodzianka: chcą, żebym objął Gas Sales Piacenza. Nie mogłem w to uwierzyć.
To był nowy twór, prawda?
Tak, powstali po upadku Pallavolo Piacenza, a wtedy odkupili licencję od innego klubu, który miał miejsce w Serie A2 (drugi poziom rozgrywek – przyp. red.). Mieli duże ambicje, ale dopiero zaczynali, więc być może potrzebowali na tamten moment trochę tańszego trenera (śmiech). Moje miasto, spore perspektywy. Czułem to. Musiałem się zgodzić. Początki były szalone – tworzyliśmy od zera kompletnie nowy zespół. Zrobiliśmy to w tydzień.
W tydzień?
Zgadza się. W drużynie był słynny Alessandro Fei, ale resztę stanowili mniej znani gracze. Wydawało się, że to raczej się nie powiedzie, ale z Piacenzą udało mi się zrobić to samo: awans w pierwszym sezonie. Tyle że w tym przypadku już na najwyższy poziom. Gdy wywalczyliśmy promocję, uznałem, że czas stać się trenerem siatkarskim na poważnie. Zrezygnowałem wtedy z prowadzenia sklepu.
Osiągnął pan sukces, a jednak w Piacenzie zrobiono z pana drugiego trenera i przez ponad trzy lata był pan asystentem Andrei Gardiniego i Lorenzo Bernardiego. Miał pan myśli w stylu: „Przecież ja mam większe ambicje"?
Uważam, że ego w tej pracy jest ważne.

No właśnie.
Byłem ambitny i skłamałbym mówiąc, że to mi się tylko i wyłącznie podobało, ale jednocześnie miałem też poczucie, że mogę wykorzystać ten czas, by wiele wyciągnąć od pierwszych trenerów. Obaj byli doświadczeni, ale mieli inną osobowość i różne metody pracy. Wykorzystałem doświadczenie z pracy z nimi, by stworzyć własny system.
Był grudzień 2022 roku, gdy ponownie, trochę nagle, znów został pan pierwszym trenerem Piacenzy. I od razu wielki sukces – wygrywacie w kapitalnym stylu Puchar Włoch. Co było kluczem?
Odpowiednie podejście do tych świetnych zawodników. Zrozumienie ich mentalności i wyciągnięcie z nich najlepszego. Nie jestem nauczycielem siatkówki i nie będę nim. Taka rola kojarzy mi się z trenerami w przeszłości.

Dziś trzeba być bardziej psychologiem?
Powiedziałbym, że menedżerem. Nie uczysz raczej swoich zawodników detali, tylko dajesz każdemu jakiś cel, dzięki czemu on się może poprawić. W Piacenzie bardzo ważne było też to, żeby zaszczepić w drużynie zaufanie. Ta grupa zrozumiała, że stać ją na osiągnięcie czegoś wielkiego.
Oprócz Pucharu Włoch sięgnęliście też po brąz w lidze. Ale po sezonie działacze zdecydowali się nie kontynuować współpracy z panem.
Od początku współpracy miałem wrażenie, że są do mnie uprzedzeni. Jednak kiedy wywalczyliśmy trofeum, a ligę zakończyliśmy na trzecim miejscu, pomyślałem: „może to sprawi, że zmienią podejście?". Ale nic z tego. Gdy zakomunikowali mi swoją decyzję, było mi bardzo, bardzo źle. Czułem, że nie potrafili się poznać na mojej wartości i nie mają pojęcia, jaki miałem wkład w te dobre wyniki. Zrozumiałem, że tak naprawdę nikt o mnie tam specjalnie nie dbał, ale tak czasami bywa w dzisiejszym świecie. Decyzję przekazano mi dopiero w maju i problem polegał na tym, że praktycznie wszystkie dobre zespoły w Europie miały już szkoleniowców na kolejny sezon. Nie wiedziałem, co będzie.
Ale okazało się, że nie wszystkie, bo odezwali się działacze BOGDANKI LUK Lublin.
Od razu byłem na tak. Może to dziwne, ale nie chciałem nawet rozmawiać o wynagrodzeniu. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Poleciałem ze swoim agentem do Lublina. Wydawało mi się, że mój angielski jest całkiem dobry, ale wtedy zrozumiałem, że muszę go koniecznie jak najszybciej poprawić. Podczas tamtego spotkania było mi trochę wstyd. Kiedy wróciłem do Włoch, powiedziałem agentowi: „to niemożliwe. Na pewno nie wezmą gościa, który tak duka po angielsku". Oni jednak zdecydowali się na mnie. Jednym z pierwszych moich ruchów była oczywiście błyskawiczna nauka języka.
Był jakiś konkretny moment w ubiegłym sezonie, kiedy uwierzył pan, że Bogdanka może sięgnąć po tytuł mistrzowski?
Na pewno ważnym krokiem było wywalczenie Pucharu Challenge. Droga do finału nie była najtrudniejsza, ale tam czekała włoska potęga – Cucine Lube Civitanova. Pierwszy mecz w Lublinie. Wygraliśmy go 3:1, zaprezentowaliśmy się świetnie. Ale nawet wtedy myślałem sobie: „w rewanżu będzie szalenie ciężko, bo oni praktycznie nie przegrywają we własnej hali". Jedziemy, rewanż, dwa pierwsze sety dla nich. Kluczowa była trzecia partia, wyniszczająca, grana na przewagi. Padła naszym łupem, a wygranie czwartego seta zapewniło nam już trofeum.
Natomiast jeśli chodzi o PlusLigę, to realnie o mistrzostwie Polski zacząłem myśleć dopiero, gdy pokonaliśmy JSW Jastrzębski Węgiel, na ich terenie, w trzecim meczu półfinałowym, i zapewniliśmy sobie granie o złoto. To był mecz, po którym reagowałem bardziej emocjonalnie, niż wcześniej, bo wiedziałem już, że możemy okazać się najlepsi w Polsce.
Nie da się ukryć, że kluczową postacią w drużynie był Wilfredo Leon.
Ludzie podkreślają jego poziom siatkarski, atomowe serwisy i ataki, a moim pierwszym skojarzeniem z nim jest fakt, że jest wyjątkową osobą. Skromnym, a zarazem bardzo odpowiedzialnym człowiekiem, który ma świetny wpływ na kolegów z drużyny.
Już w listopadzie 2024 roku postanowił pan, że obecny sezon spędzi jako trener Asseco Resovii Rzeszów. Skąd taka decyzja?
Miałem poczucie, że mój czas w Lublinie dobiegł końca. Po prostu. Wydawało mi się też, że sami zawodnicy mogą potrzebować innego trenera, żeby w kolejnym sezonie wykonać krok do przodu. Ofertę z Rzeszowa postrzegałem jako niezwykłe wyzwanie, a ja lubię decydować się na coś intrygującego i wymagającego.
Rozmawialiśmy o „Gwiezdnych Wojnach". Ich piąta część ma tytuł „Imperium kontratakuje". To trochę jak z Asseco Resovią, która była w Polsce siatkarską potęgą, przez ostatnie lata skrajnie nie wykorzystywała możliwości, a teraz koniecznie chce wrócić do dawnego blasku i ma ku temu argumenty?
Nie lubię takiego podejścia. Uważam, że o Resovii nie powinno się mówić jak o potędze, a bardziej jak o underdogu.
Dlaczego?
No bo spójrzmy – ten zespół zakończył ubiegły sezon na szóstym miejscu. W przypadku Asseco Resovii dużo mówi się o pieniądzach, dużym budżecie, ale przecież wszystkie zespoły z czołówki wydają naprawdę sporo. Wylicza się czołowych zawodników naszego zespołu, jakby to był jakiś konkurs piękności, a wielu znakomitych siatkarzy jest też w innych drużynach. Żeby osiągnąć sukces, musi zgrać się wiele czynników. To nie jest proste. Resovia ma swoje atuty, ale mówienie o konkretnych oczekiwaniach jest skomplikowane, a bywa nawet niebezpieczne.
Rozmawiał: Jakub Radomski
Autor jest dziennikarzem serwisu Weszlo.com.
Powrót do listy
