Artykuły

Aleja Związku Radzieckiego, upiorny czerwony słupek i drewniana Multipla cabrio. Zapraszamy na siatkarskie dolce vita z Turynu

Turniej finałowy siatkarskiej Champions League 2026, rozgrywany w stolicy Piemontu, był dla nas niczym Bicerin. To tradycyjny deser pochodzący właśnie z Turynu, składający się z espresso, czekolady i bitej śmietany. Było i gorzko, i słodko, a na koniec pozostał niedosyt. Ale po kolei.

Do Turynu wróciliśmy niemal dokładnie po trzech latach. 20 maja 2023 roku w Inapli Arenie grano pierwszy historyczny finał Champions League z udziałem dwóch drużyn z naszej PlusLigi. ZAKSA wygrała wówczas z JSW Jastrzębskim Węglem, sięgając po swój trzeci z rzędu triumf w Europie. My – poza samym sportem – zapamiętaliśmy głównie padający non stop deszcz. I fakt, że pizza w samym centrum była znacznie tańsza niż biało-czerwona wersja z oscypkiem i żurawiną w podrzędnej pizzerii na polskiej prowincji. No i kawę, ta była dobra na każdym rogu i także w „niepolskiej” cenie.


Fot. Turyńska kawa Bicerin 


„Curva nord”
Tym razem do Turynu przyleciały cztery ekipy, bowiem od roku powrócono do pomysłu z graniem nie tylko finału – jak w 2023 roku – ale turnieju Final Four. Znowu mieliśmy dwie polskie ekipy – ale w półfinałach, a nie w wielkim finale. I kolejny raz towarzyszyło nam dziwne uczucie. Jak tego popołudnia, gdy weszliśmy do turyńskiego Muzeum Fiata, pragnąc poczuć atmosferę firmy, która jest tak ważna dla Europejczyków. Także dla nas zbliżających się do pięćdziesiątki, wychowanych na „małym Fiacie”. Muzeum – już sam wstęp tylko za 10 euro nas zaniepokoił – okazało się totalnym niewypałem. Może w sumie kilkadziesiąt aut, u góry jakieś wielkie silniki lotnicze, jedynie pół-drewniana Multipla cabrio zrobiła jakieś wrażenie. No i „zalesiony” blok, który stał tuż obok wejścia do Centro Storico Fiat. Ogólne rozczarowanie. Ono zresztą przeniosło się do Inalpi Areny i to wcale nie chodzi tylko o to, że Aluron CMC Warta musiała w wielkim finale uznać wyższość Perugii, a o brąz przegrał także PGE Projekt Warszawa.


– Jak ktoś myśli, że porażka w Lidze Mistrzów jest jakąś ujmą, no to niech ten człowiek puknie się w głowę, bo żeby przegrać finał Ligi Mistrzów to najpierw trzeba tam dotrzeć. Mam cztery srebrne medale, i mam ich już wprawdzie trochę dość, ale później na koniec dnia mogę z podniesioną głową stać i powiedzieć, że jestem drugi w tej dyscyplinie na świecie albo w Europie, w najlepszych rozgrywkach klubowych – mówił po finale Jurij Gladyr, środkowy mistrzów Polski z Zawiercia, którzy powalczyli w pierwszym secie, a później zostali rozbici przez znakomicie zorganizowaną ekipę z Perugii.

To, co poza siatkarzami z Włoch mogło zaimponować w Turynie to „curva nord”, czyli klub kibica zwycięzców Serie A i Champions League. Włoscy fani świetnie się bawili, energicznie śpiewali, a na starcie każdego z meczów ostrzeliwali stanowiska dla mediów kolorowym, długim konfetti. Doprowadzali tym do prawdziwego szału pana – nazwijmy go Francesco –  który musiał po nich posprzątać. Zwróciliśmy uwagę, że gdy kolejny raz tęczowe szaleństwo zalało trybunę prasową, „Francesco” przyszedł z pojemnymi workami na śmieci i nie przestawał złorzeczyć przez kwadrans, a może i dłużej. Zbierał i przeklinał, potwierdziło się to, o czym przekonywał mnie trener Andrea Anastasi – że włoska paleta „bluzgów” jest od naszej bogatsza. Ale to drobne śmiecenie to jedyny zarzut do włoskich i polskich kibiców, którzy starali się stworzyć w Turynie doskonałą atmosferę. Czasem przeszkadzał im w tym DJ, kompletnie nie mający wyczucia, kiedy grzmieć z głośników, a kiedy dać się wykazać fanom.


A propos kibiców – jak na halę mogącą pomieścić ponad 10 tysięcy widzów – w 2023 roku na finale było ich blisko dziesięć i pół tysiąca – tym razem możemy mówić o pustkach. Kilka tysięcy na półfinałach, trochę ponad pięć na wielkim finale. O powodach takiej sytuacji napisał doświadczony włoski dziennikarz Luca Muzzioli z volleyball.it. Siatkarska Champions League przegrała z meczem Juventusu, targami książki, turniejem tenisowym w Rzymie i chyba trochę sama ze sobą. Najlepsze bilety kosztowały 155 euro, trochę gorsze miejsca 30-40.

Związek Radziecki i czerwony słupek
Sporym zaskoczeniem była Aleja Związku Radzieckiego, którą napotkaliśmy koło Inapli Areny. Okazuje się, że to duża i jedna z najważniejszych arterii w Turynie. Dla nas było to trochę szokujące, że w stolicy Piemontu mamy upamiętnienie kraju, który jest symbolem totalitaryzmu. W Polsce to jest przecież prawnie zakazane!



Zgodnie z art. 1, pkt 1 ustawy z dnia 1 kwietnia 2016 r. o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej, w tym dróg, ulic, mostów i placów, nadawane przez jednostki samorządu terytorialnego, nie mogą upamiętniać osób, organizacji, wydarzeń lub dat symbolizujących komunizm lub inny ustrój totalitarny ani w inny sposób takiego ustroju propagować. Ustawa określa, że za propagujące komunizm uważa się także nazwy odwołujące się do osób, organizacji, wydarzeń lub dat symbolizujących represyjny, autorytarny i niesuwerenny system władzy w Polsce w latach 1944–1989.

Przy Alei ZSRR wprawdzie młodzież grała na zewnętrznych boiskach stworzonych we współpracy z NBA, w hali rozgrywano finał Ligi Mistrzów, obok był Stadion Olimpijski, ale nam jednak zrobiło się nieswojo. Gdy poszperaliśmy w internecie okazało się, że tak nazwano ulicę tuż po II Wojnie Światowej, na cześć jednego z mocarstw dających wyzwolenie z faszyzmu. A od jakiegoś czasu – mimo apeli o zmianę – nikt nie chce się jej podjąć – po pierwsze z powodu bogatej już historii związanej z jedną z głównych ulic Turynu, jak i przez bardziej prozaiczne przyczyny, jak wymianę dokumentów dla niezliczonej masy mieszkańców. Związek Radziecki ma się więc w Turynie całkiem dobrze, bo nikomu się nie chce dotykać tej drażniącej kwestii. I tak jest też z pewnymi rzeczami w europejskiej siatkówce.

Być może ten towarzyszący nam niepokój z czasów słusznie zaprzeszłych trochę zapeszył to, co działo się w samej hali. Nie mamy na myśli poziomu sportowego, lecz otoczkę i szczegóły, które przypominały niedoróbki rodem z PRL-u. Takie, których w turnieju finałowym Champions League roku 2026 nie powinno być. Gdy mecz o złoto się zakończył, rozpoczęła się batalia organizatorów z... czerwonym jak flaga ZSRR słupkiem. Wprawdzie siedząc na miejscach dla prasy w sobotę wieczorem obserwowaliśmy próbę ceremonii, ale najwidoczniej ktoś uznał, że demontaż siatki i słupków nie wymaga próby. Niedziela to jednak zweryfikowała, bo panowie demontujący – mamy tylko nadzieję że wśród nich nie było „naszego Francesco” – mieli olbrzymie problemy ze zdjęciem siatki, a później zupełnie ich pokonał jeden ze słupków. Nierówna walka trwała dobry kwadrans, aż w końcu grupa mężczyzn najpierw wydostała z czerwonego słupka jego wnętrzności, a potem wreszcie była w stanie wyjąć całość. Trochę to przypominało oglądany w telewizji społeczny demontaż Muru Berlińskiego, na szczęście nie zajęło to aż 38 lat, jak w przypadku Berlina. 

 

Fot. Czerwony słupek w końcu się poddał

Kibice, działacze, telewizje, zawodnicy – wszyscy czekali ponad 20 minut na zdjęcie siatki i szczęśliwy finał akcji z czerwonym potworem. Wtedy dopiero ruszyła ceremonia, która znowu potrwała trochę zbyt długo, mocno wydłużając cały trzysetowy mecz. Kilka jeszcze drobiazgów: gdy po nagrodę dla najlepszego rozgrywającego turnieju wychodził Simone Giannelli, na ledowej bramce wyświetlono naszego Damian Wojtaszka. A tam, gdzie na bandach pojawiały się przed meczem nazwiska prezentowanych graczy, stworzono przejście, czyniąc nazwiska kompletnie nieczytelnymi. A na dodatek włoski spiker wymawiał je z bardzo silnym akcentem – naszym ulubionym był „Error Russell”. 

Weryfikacja dla challengu 
Te wszystkie niedociągnięcia nie wkurzały tak bardzo, jak prawdziwe bolączki naszej siatkówki. Nie powinno być tak, że w każdej lidze i w każdych rozgrywkach obowiązuje inny system challenge – jego zakres i zasady, a tak niestety dzieje się w siatkówce. Trwa to już zdecydowanie za długo, jak demontaż tego czerwonego słupka. Najbardziej rozbudowany system mamy w Polsce, ale wielu z uznawanych przez nas rzeczy nie można sprawdzać w trakcie meczów Ligi Mistrzów sygnowanej przez CEV. Widać to było szczególnie w finale, gdy w pierwszym secie ewidentny błąd popełnił bezdyskusyjnie najlepszy gracz turnieju Giannelli, ale sędzia nie zagwizdał. Nie można było też tego sprawdzić, bowiem gry w przestrzeni przeciwnika nie obejmuje regulamin stosowany przez CEV. Co więcej, sędziowie na turnieju – Mateusz Bieniek nie chciał komentować ich pracy, by nie dostać kary – nie pochodzili z lig i krajów, które mają największe doświadczenie – nie było nikogo z Polski, Włoch, Turcji, Niemiec, Belgii czy Francji. Byli za to z Bośni i Hercegowiny, Rumunii czy Chorwacji. Niczego pani i panom sędziom nie ujmujemy, ale przypominali muzeum Fiata niż Ferrari.

Odnosiliśmy wrażenie, że w Turynie nie było imprezy premium. Widać to było choćby po braku nowych sponsorów wielkiego finału. Zresztą trwa to już bardzo długo – gdy sięgamy pamięcią ostatni raz – bodajże Indesit – reklamował się na boisku w turnieju finałowym Ligi Mistrzów i był tytularnym sponsorem Champions League. W trakcie dekoracji na boisku z lodówką „przytulał się” Osmany Juantorena, broniący wówczas barw predatorów w Trentino. Trochę minęło czasu, a jeśli chodzi o pieniądze w LM, niestety niewiele się zmieniło. Od dawna mówi się, że udział w siatkarskiej Lidze Mistrzów to wyłącznie prestiż. CEV chwali się, że z roku na rok pule nagród przeznaczone dla najlepszych drużyn rosną, ale nie są to kwoty, które rzucałyby kluby na kolana. A jakie są? Mamy pełne dane za poprzedni turniej w Turynie, teraz zmiany mogą być jedynie kosmetyczne. Za wygranie całych rozgrywek CEV oferuje 500 tys. euro. Zdobywca drugiego miejsca dostanie o połowę mniej, zaś trzeciego - 125 tys. euro.  Zwycięstwo w fazie grupowej oraz pierwszej rundzie play-off CEV wycenione było na 10 tys. euro, natomiast za porażkę – 5 tys. euro. Za wygraną w ćwierćfinale Ligi Mistrzów można zgarnąć 12 tys. euro, zaś przegrany otrzymuje połowę tej sumy. W półfinale na konto zwycięzcy wpadnie 20 tys. euro, natomiast przegrany będzie musiał zadowolić się kwotą o połowę niższą. Tyle tylko, że każdy klub startujący w tej edycji Ligi Mistrzów zobowiązany jest jednocześnie dokonać opłaty za uczestnictwo (tzw. participation fee). Zgodnie z taryfikatorem CEV są to następujące kwoty:
- w rundach eliminacyjnych po 2 tys. euro za każdą rundę
– w fazie grupowej kwota ta wzrasta do 25 tys. euro
– w rundzie play off i w ćwierćfinale - po 5 tys. euro
– w półfinale - 10 tys. euro
– w finale - 20 tys. euro i... oczywiście pokryć koszty organizacji meczów w domu i na wyjeździe. Z naszych klubów płynie info, że tak naprawdę na LM cokolwiek zarobić mogą jedynie uczestnicy meczu o złoto.

Bergamo i do przodu
Siatkarze mieszkali w trakcie turnieju w hotelu Juventusu. Tuż obok było muzeum Starej Damy, w którym nie brakowało oczywiście polskich akcentów – Zbigniewa Bońka była zastanawiająco mało, a szpaler tekturowych zawodników w korytarzu przy wyjściu zamykał Arkadiusz Milik. Dla Juve weekend zakończył się fatalnie, bo po porażce 0:2 u siebie z Fiorentiną najpewniej wypadnie z piłkarskiej Ligi Mistrzów. Ta siatkarska także wyniesie się do Mediolanu, gdzie pierwotnie miała być rozgrywana i ta z 2026 roku, ale chyba nie zdążono wykończyć nowej hali i impreza trafiła do stolicy Piemontu. 



Z punktu widzenia biało-czerwonego kibica Mediolan to dobra lokalizacja, bo dostać się do niego można poprzez mnóstwo lotów tanimi liniami. A wierzymy, że będzie po co, gdyż już szósty sezon z rzędu ekipy z PlusLigi wystąpiły w wielkim finale Champions League (ZAKSA Kędzierzyn-Koźle wygrywała trzy razy z rzędu – 2021, 2022, 2023, potem Włosi byli lepsi od JSW Jastrzębskiego i dwa razy od Aluronu CMC). – Jestem mega dumny z chłopaków, znowu byliśmy w finale Ligi Mistrzów. To jest wielka sprawa, choć wiem, że w Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do złotych medali. Jak jest już srebro czy brąz, to już jest troszkę narzekanie. I z jednej strony się cieszę, bo to są fajne czasy, że jesteśmy zawsze głównym faworytem. Ale z drugiej strony też doceniajmy medale, że cały czas jesteśmy w czołówce, bo to jest wielka sprawa. Rok temu chyba powiedziałem po przegranym finale PlusLigi, że w finałach chce grać każdy, a mogą tylko dwie drużyny. I to samo powtórzę dzisiaj. Rok temu też powiedziałem, że mam nadzieję, że do trzech razy sztuka. Nie wiem, kiedy będziemy grali kolejny finał Ligi Mistrzów, ale mam nadzieję, że do trzech razy sztuka – obiecuje Mateusz Bieniek z Aluronu CMC. Oby za rok mediolańskie Final Four smakowało biało-czerwonym, jak nam lody pistacjowe GROM, które wymyślono i stworzono właśnie w Turynie.

Powrót do listy

Powiązane informacje

POWIĄZANE WIADOMOŚCI