Daenan Gyimah: Spełniam marzenia. Koledzy wybierali narkotyki i szybkie pieniądze [WYWIAD]
Jest muzykiem, zapełniającym hale w wielkich miastach. Daenan Gyimah pisze teksty piosenek, opowiadające o trudnych relacjach. Niedawno wypuścił utwór o młodych ludziach, którzy wybrali złą drogę. Kanadyjczyk jest również siatkarzem mistrza Polski, BOGDANKI LUK Lublin. Dzięki rodzicom, ale również siatkówce i pierwszemu trenerowi, nie dał się ułudzie, jaką w Toronto dawały szybkie pieniądze za handel narkotykami. Dziś gra na najwyższym poziomie i zadziwia Wilfredo Leona, który nie mógł uwierzyć w jego gigantyczny zasięg w ataku. W dużej rozmowie z Siatkarskimi Ligami Gyimah opowiada swoją historię.
JAKUB RADOMSKI: Co jest dla ciebie dzisiaj ważniejsze: siatkówka czy muzyka?
DAENAN GYIMAH (środkowy BOGDANKI LUK Lublin): Powiedziałbym, że te rzeczy są teraz równie istotne. Obu poświęcam w tej chwili dużo czasu i wkładam w nie maksymalny wysiłek.
Kto miał większy wpływ na twoją muzyczną pasję: mama czy tata?
Kiedy byłem dzieckiem, tata kupił mi puzon. Ojciec pochodzi z Ghany i miał duży wpływ na to, że zacząłem grać na bębnach. Takich prawdziwych, afrykańskich (śmiech). Ale jednocześnie mama zapisała mnie na lekcje gry na pianinie. Dzięki rodzicom uczyłem się muzyki i byłem dość wszechstronny.
Kiedy poszedłeś na studia w USA, na UCLA, twoim świetnym kolegą został Micah Ma'a, który też jest muzykiem i gra w siatkówkę. Sezon 2021/2022 spędził w GKS-ie Katowice. Opowiadał mi wtedy o piosence „Tomorrow”, którą wymyślił i wykonuje, dedykując ją pogrążonej w depresji siostrze.
Wiesz, że ja gram na bębnach w tym teledysku?
Nie wiedziałem.
Uważam się bardziej za autora tekstów piosenek. Czasami piszę utwory, które wykonuje ktoś inny. Produkuję też muzykę. W przypadku „Tomorrow” tekst napisał jednak Micah, który chciał, by to było bardzo osobiste. I rzeczywiście, powstał bardzo ładny utwór.
Skąd czerpiesz inspiracje do tekstów?
Ze wszystkiego. Bardzo dużo czytam, na różne tematy. Zazwyczaj inspiracją po prostu jest życie. Wiele osób, gdy słucha moich utworów, myśli, że to o moim życiu, a to z reguły nieprawda. Bardzo często inspiracją są historie osób z bliskiego otoczenia.
Wiele twoich piosenek jest o skomplikowanych relacjach. W „I know” poruszasz np. temat toksycznego związku.
Ta piosenka jest częścią albumu „Pettyboy”, który akurat jest trochę autobiograficzny. Wydaje mi się, że w relacjach w ostatnich latach wybierałem właściwą ścieżkę. Robiłem to, co powinienem. Nie szedłem na skróty, nie byłem też małostkowy. A co, gdybym taki nie był? Gdybym robił najgorsze rzeczy, które mogłem? Albo decydował się na to, czego wymaga ode mnie otoczenie? Ten album jest o tym, że życie może się różnie potoczyć w zależności od naszych wyborów.
To bardzo ważne tematy. Lubię o nich śpiewać. Kiedy wypuściłem utwór „Came Up”, wiele osób pisało mi, że stał się on ścieżką dźwiękową ich życia. To piosenka o dorastaniu i robieniu czegoś istotnego samemu. Ważną piosenką jest też dla mnie „DJ”.
Czyli piosenka o relacji, w której jedna strona stawia się nad drugą i trochę ją ignoruje. Ten tytułowy „DJ” to metafora?
Oczywiście. DJ to też imię i nazwisko pewnej dziewczyny. Na początku refrenu jest wers: „Jesteś DJ-em, kochanie, jesteś DJ-em, to twoje show, możesz mnie po prostu włączyć?" Skoro ona jest DJ-em, to włącza muzykę na imprezie, tak? A ja jestem piosenką, na którą może się zdecydować. A to późniejsze, czy mnie włączy, to po prostu przekaz w stylu: daj mi jakąś szansę.
Jesteś DJ-em, kochanie, jesteś DJ-em, to twoje show, możesz mnie po prostu włączyć?
Chcę być w powtórce, sprawić, że będziesz chciała ją odtworzyć.
Nigdy nie będziesz musiała grać kolejnej piosenki.
Dopóki impreza się nie skończy, będziesz moją dziewczyną
i dlatego będę czekał całą noc
Wierzysz w to, że muzyka może pomagać ludziom i zmieniać ich życie?
Oczywiście. Ona otwiera umysł, daje nowe perspektywy. Sam mam kilka cytatów, które pomagają mi w życiu.
Podasz przykład?
Jasne, choć może wydać ci się dziwny jak na faceta będącego w biznesie muzycznym. Drake w kawałku „The Remorse” ma taki wers: „Patrzę tylko na sympatię w oczach mojej matki”. Też tak mam. To, co widzę w oczach mojej mamy, ale też innych ludzi, którzy są dla mnie ważni, jest dla mnie bardzo istotne.
Wiem, że niedawno stworzyłeś piosenkę o marzeniach swoich znajomych, które się rozmyły.
Tak, ma tytuł „Midland Street”. Wydałem ją jako Daenan, a nie Kofi. Midland Street to ulica przechodząca przez środek Toronto, z którego pochodzę. Utwór jest o ludziach, którzy byli dookoła mnie, ale nie było im dane żyć tak, jakby pragnęli. Którzy nie zrealizowali swojego potencjału, z różnej przyczyny. Niektórzy po prostu odpuścili swoje marzenia. Wiesz, czemu ją napisałem? Bo zrozumiałem, że jestem szczęściarzem. Miałem dwa marzenia: zacząć wydawać płyty, grać koncerty. I zostać profesjonalnym siatkarzem, występującym na najwyższym poziomie. Oba udało mi się spełnić i jestem za to wdzięczny.
Ale po raz kolejny zacząłem się zastanawiać: a co by ze mną było, gdybym kiedyś zboczył z tej drogi? Wychowywałem się w Scarborough. To nie jest najłatwiejsza dzielnica. Miałem kolegów, którzy mieli wszystko, by zostać znakomitymi hokeistami, piłkarzami czy koszykarzami.
Jak kończyli?
Wybierali inne ścieżki. Kiedy masz 17 lat i dorastasz w takim miejscu, handlowanie narkotykami jest bardzo nęcące. Starsi cię w to wciągają. Szybko widzisz, że to nagle daje duże pieniądze i lepsze – tak się może wydawać – życie. Wciągało to przede wszystkim tych, którzy dorastali w biedzie i brakowało im w domu odpowiednich wzorców. Sam dostrzegałem tę ułudę, perspektywę szybkiego bogacenia się i bycia kimś wśród znajomych. Ale jednocześnie widziałem mojego ojca, który ciężko pracował jako kierowca ciężarówki. Patrzyłem też na matkę, która była doradcą w firmie ubezpieczeniowej. Dzięki temu rozumiałem, jak ważna w życiu jest ciężka praca i że nie warto chodzić na skróty. Pewnie miałbym szybką kasę, ale jednocześnie straciłbym spokój w głowie.
Twój tata pochodzi z Ghany, mama jest Kanadyjką. Wiem też, że twoi dziadkowie mają polskie korzenie. Mało tego – mieszkali niedaleko Lublina, w którym teraz grasz. Można powiedzieć, że historia zatacza koło.
W Polsce mieszkali moi pradziadkowie, dziadkowie urodzili się już w Kanadzie. Pradziadkowie byli Żydami. Wyjechali z Polski przed II wojną światową. Nie wiem o nich szczególnie wiele. Chciałbym poznać tę historię. Za jakiś czas moja mama ma przyjechać do Lublina. Mamy plan, żeby odwiedzić Staszów, bo tam właśnie mieszkali. Niewykluczone, że spotkam tam członków mojej dalszej rodziny. W najbliższym czasie planuję zrobić test pochodzenia DNA.
Niedawno pojawił się pomysł, żebym dostał polskie obywatelstwo. Mam już akt urodzenia mamy, potrzebuję jeszcze takiego samego dokumentu dziadków, podobnie jak dowodu emigracji za Ocean. Wiesz, że mój dziadek, ten, który urodził się już w Kanadzie, walczył w II wojnie światowej przeciwko nazistom? Był pilotem, jego samolot się rozbił, ale on jakimś cudem przeżył. To zdarzyło się, zanim mama przyszła na świat. Ta historia uświadamia mi, jak wiele w naszym życiu może zależeć od jednego zdarzenia.
Kto obok rodziców miał jeszcze na ciebie duży wpływ?
Mój pierwszy trener siatkówki, Brian Singh, który był niesamowitym człowiekiem.
Właśnie – to prawda, że on miał 21 lat, kiedy zaczął was prowadzić w zespole Scarborough Titans?
Tak. To było szalone, niesamowite. Do dziś podziwiam tego człowieka, zresztą on dalej pracuje w zawodzie i według mnie niebawem trafi do sztabu reprezentacji Kanady. Wtedy Brian po prostu zbierał różnych chłopaków z trudnej dzielnicy i budował z nas zespół. Miał motywację i wizję. Był jeszcze bardzo młody, mieszkał z rodzicami i miał w tym domu dużo sprzętów do ćwiczeń. Pamiętam, że odwiedzałem go i często robiłem trening siłowy u niego. Później szliśmy razem na trening, a po zajęciach np. oglądaliśmy wspólnie filmy. Brian potrafił sprawić, że mimo trudnych okoliczności, trenowaliśmy praktycznie codziennie. Dzięki niemu wielu chłopaków ze Scarborough, nie tylko ja, nie wpadło w złe towarzystwo.
Nie będę cię wychwalał, jesteś już zarozumiała
Nie udawaj, że mnie oszukałaś, już to pokonałem
Kiedy mówisz, że oszukiwałaś, ja już też oszukiwałem
Obiecuję, że twoje numery zostały już usunięte
Ale ty byłeś podobno utalentowany, jeżeli chodzi o wiele dyscyplin.
Pamiętam, że wszyscy byli pod wrażeniem tego, jak biegam. Najlepszy byłem na 1500 m i dwa kilometry. Trzy razy wygrałem nawet mistrzostwa Toronto, a przecież to wielkie miasto. Ale bieganie nie dawało mi przyjemności. Musisz ciężko trenować, to staje się monotonne. Bieganie kojarzyło mi się też z samotnością. Zrozumiałem, że siatkówka daje więcej radości. Jej aspekt społeczny ma dla mnie naprawdę wielkie znaczenie. Wolę mieć zespół, 14 gości, z których większość bardzo lubię, niż iść sam na stadion i pokonywać kolejne okrążenia.
Kiedy studiowałeś na UCLA i grałeś tam w siatkówkę, twoim szkoleniowcem był John Speraw, który w latach 2013-2024 prowadził też męską reprezentację USA. W jakich aspektach on najbardziej cię inspirował?
Jest fenomenalnym trenerem, ale też takim samym człowiekiem i to drugie było dla mnie nawet ważniejsze. Speraw to wyjątkowo inteligentny gość, oczytany. To facet, który przekłada swoją ogromną wiedzę na mądrość życiową. Był dla mnie wzorem, kimś, kto dawał przykład i pokazał, jak ułożyć sobie życie oraz jakie powinno się mieć w nim priorytety. Speraw dawał nam mapę, jak wieść produktywne życie. Gdybym nie spotkał go na uczelni, byłbym dziś na pewno innym człowiekiem oraz innym siatkarzem.

Na UCLA studiowałeś nauki polityczne. Dlaczego akurat taki kierunek?
Na początku wybrałem fizykę. Lubiłem ją bardzo w szkole, podobnie jak matematykę. Uważam, że siatkówka mocno na niej bazuje. Jako dzieciak wyróżniałem się tym, że rozumiałem wszystkie wektory, na boisku od początku wyróżniała mnie dobra świadomość przestrzeni. To ważne dla siatkarza, zwłaszcza gdy występujesz jako środkowy.
Zacząłem więc od fizyki, ale jednocześnie zostałem muzykiem. Gdy podpisałem kontrakt z wytwórnią płytową, zrozumiałem, że chyba można już to nazwać karierą. Wtedy pomyślałem: „Dobra, muszę jednak wybrać jakiś dużo łatwiejszy kierunek na uczelni”. Padło na nauki polityczne. Wtedy chodziło wyłącznie o to, ale dzięki studiom zainteresowałem się polityką. Bardzo dużo o tym czytam. Fascynują mnie np. różne systemy oraz zjawiska ingerowania w ludzkie życie.
Co ostatnio przeczytałeś?
„Wiek kapitalizmu inwigilacji” Shoshany Zuboff. To książka bardziej związana z polityką, niż może się wielu osobom wydawać. Opowiada o tym, jak telefony i inne urządzenia słuchają nas, zbierając jednocześnie informacje na nasz temat. Żyjemy w świecie, gdzie Google czy Facebook poznają i uczą się nas, przekazując pewne wiadomości. Uważam, że jest tego za dużo i to niebezpieczne. Doszliśmy do punktu, w którym poszczególne podmioty używają różnych możliwych metod, żeby przekonać ludzi do robienia pewnych rzeczy. Kojarzysz grę Pokemon Go, prawda?
Oczywiście.
Nikt nie wie, że jej właścicielem jest Google. A ludzie się wkręcili i chodzą po miastach z telefonami, łapiąc Pokemony. Firmy płacą Google'owi, żeby mieć większy ruch. To się dzieje w tajemnicy. Google ma władzę: może przekonać ludzi, by poszli w dane miejsce. Wystarczy, że umiejscowi Pokemona w danym sklepie. Załóżmy, że prowadzisz kawiarnię. Wiesz, że jeśli im zapłacisz, przyślą ci więcej klientów. To nie jest dobre, a na tym ingerencja się przecież nie kończy. Nasze telefony są w pewnym sensie śledzone. W samochodzie używa się Google Maps. Nie zdajemy sobie często sprawy, że inni wiedzą, gdzie jedziemy i te informacje są przekazywane do celów marketingowych.
To taka inżynieria przyszłości. Nie podoba mi się ta wizja. Jeżeli władze różnych państw nie uregulują w stanowczy sposób tych kwestii, nastąpi zbyt duża koncentracja siły. Czasami zastanawiam się, w którą stronę to pójdzie.
Demokracja to najlepszy ustrój?
Winston Churchill powiedział kiedyś, że to fatalny system, ale niczego lepszego nie wymyślono. Mógłbym się pod tym podpisać. Dorastałem w Kanadzie w systemie demokratycznym i przez większość mojego życia było w porządku, ale w ostatnich latach w moim kraju, a także w Stanach Zjednoczonych, nastąpił zjazd. To już nie jest prawdziwa demokracja, a wpływ na to ma kilka czynników, m.in. korupcja. To ciągle najlepszy ustrój. Od początku ubiegłego roku gram w siatkówkę w Europie i widzę, że są na tym kontynencie państwa, w których demokracja działa właściwie. O USA i Kanadzie na pewno bym już tak jednak nie powiedział.
Wróćmy do studiów. W 2020 roku postanowiłeś, że skupisz się tylko na muzyce. Przez prawie cztery lata nie grałeś w siatkówkę. Skąd taka decyzja?
Z kalkulacji. Podpisałem naprawdę dobry kontrakt muzyczny. W USA i Kanadzie nie ma profesjonalnej ligi siatkarskiej. Usiadłem i zastanawiałem się, co dalej robić. Była opcja, żeby wyjechać do Francji i podpisać tam umowę na 30 tysięcy euro rocznie. Jak na pierwszy rok, to nie byłby zły kontrakt. Ale zaraz potem pojawiła się myśl: „Przecież jeżeli skoncentruję się na muzyce, zarobię w ten rok kilkaset tysięcy euro”. Nawet dla wielu zdolnych muzyków podpisanie lukratywnego kontraktu wydaje się wygraniem losu na loterii, a u mnie to było osiągalne. Dlatego wybrałem muzykę. Kolejnym argumentem był Covid – ze względu na wybuch pandemii sporo lig przestało grać.

Jestem jednak osobą uzależnioną od sportu i wiedziałem, że muszę coś robić.
Wyszedłem z niczego, nie miałem zupełnie nic
Nie miałem wyboru, musiałem się wzbogacić
Przeszedłem drogę od unikania prawa do życia w luksusie
Teraz to drzwi do samobójstwa, z okropną suką
Dziękowałem Bogu, że nie jestem przeciętny
Bo sprawił, że się męczyłem i zmienił mnie w dzikusa
Zacząłeś trenować Muay Thai.
Dokładnie. Ono przypomina siatkówkę. Uważam, że w obu tych dyscyplinach jest spory próg wejścia. Mam na myśli to, że w siatkówce nie jest łatwo być przyzwoitym, a bardzo ciężko jest być dobrym. W Muay Thai podobnie, a ja stałem się w nim przyzwoity. Przez rok ćwiczyłem niemal codziennie, dwa razy w ciągu dnia. Wymagające treningi, wiele sparingów.
Dostrzegałem kolejne podobieństwa z siatkówką: w Muay Thai też trzeba odczytywać pozycję ciała rywala i bardzo szybko reagować. Jeśli się spóźnisz nawet o pół sekundy, są spore konsekwencje. Pokochałem ten wysiłek, który dziś uważam za jeden z największych. Muay Thai to ekstremalnie ciężkie i wybuchowe cardio. Musisz być naprawdę mocny, żeby skoczyć i jeszcze wykonać właściwe kopnięcie. A kiedy się uda, frajda jest niesamowita. W pewnym momencie mój trener powiedział: „Daenan, nadszedł czas, żebyś stoczył pierwszą walkę”.
Ale nie stoczyłeś.
W Muay Thai wszystko dzieje się etapami. Jesteś początkujący. Trenujesz. Stajesz się coraz lepszy. Zaczynasz sparować. Miałem to już za sobą. Później nadchodzi coś takiego jak demo. Demo to amatorska walka, która nie zalicza się do rekordu. Coś jak mecz towarzyski.
Miałeś to odbyć.
Tak. Właśnie wtedy uznałem, że jednak wrócę do siatkówki. Stwierdziłem, że to będzie łatwiejsze, bo jestem już w nią bardzo dobry, a na parkiecie nikt mnie nie znokautuje (śmiech).
W połowie sezonu 2023/2024 wyjechałeś do Finlandii, do klubu Hurrikaani Loimaa. Zdobyliście mistrzostwo kraju.
Świetnie się tam czułem. Uwielbiałem mój zespół. Trenera. Miasto też. A w zasadzie miasteczko. Na południu masz Helsinki, Tampere i Turku. A gdzieś pośrodku leży sobie Loimaa. Jako gość pochodzący z Toronto miałem wrażenie, że nikt tam nie mieszkał. Nawet gdy lądujesz w Finlandii i mówisz, że jedziesz teraz do Loimy, ludzie nie wiedzą, co to za miejsce.
Co robiłeś tam w wolnym czasie?
Nic. Słuchałem muzyki, pisałem teksty.
Ale zapisałeś się też w historii. Widziałem film, na którym na oczach kibiców osiągasz fenomenalny zasięg w ataku – 390 cm. Kto wymyślił ten challenge?
Trener. Spytał mnie kiedyś na treningu, jak wysoko potrafię złapać piłkę w ataku. Mówię: „Jakieś 383, może 385 cm”. Odpowiedział tylko: „Nie wierzę ci”. Przyniósł odpowiedni sprzęt. Najpierw 385 cm. Wziąłem odpowiedni rozbieg, dotknąłem. Później ustawił 390 cm. Nie dałem rady, ale bardzo mało zabrakło. „To szalone!” - powiedział. A później stwierdził: „Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Czy możemy zorganizować taki pokaz tuż przed naszym meczem? Nagramy cię na wideo”.
Zgodziłem się. Postawiłem tylko warunek, by odbyło się to po rozgrzewce, bo wtedy skaczę najwyżej. I tak właśnie to zorganizowano. Wnieśli sprzęt, kibice i rywale patrzą lekko zaskoczeni. Najpierw 3,75 m. Bez problemu. Później 3,80 m. Dałem radę. Dotknąłem też 3,85 m. Teraz 3,90 m. Wielkie wyzwanie. Skupienie, rozbieg, odbicie. Musnąłem. Zrobiłem to.
To nieoficjalny rekord świata?
Z tego, co wiem, nie ma innego siatkarza na świecie, który skakałby teraz na taką wysokość. Gdy trafiłem do BOGDANKI LUK Lublin, Wilfredo Leon na jednym z pierwszych treningów spytał mnie, jaki mam zasięg w ataku. Gdy usłyszał, że 390 cm, powiedział tylko: „O rany, brawo”. Kiedyś próbował zaatakować nad moim blokiem. Uśmiechnąłem się i powiedziałem: „Spróbuj lepiej tej sztuki z kimś innym” (śmiech).
Co najbardziej imponuje ci w Leonie?
To wspaniały przykład tego, jakim można pozostać człowiekiem, kiedy w tym, co się robi, jest się najlepszym. Leon to wybitny zawodnik, jeden z najwspanialszych na świecie, a do innych podchodzi z wdzięcznością. Jest porządny, ma swoje zasady, stara się dbać o przyjęcie nowych zawodników, a młodych traktuje z dużą cierpliwością. Dba też o atmosferę. Kiedy wracamy z wygranego meczu, mamy w busie naprawdę świetną atmosferę.
Przed Lublinem spędziłeś sezon we francuskim Arago de Sete.
Szczerze? Myślałem, że poziom tam będzie trochę wyższy. Wydaje mi się, że moja drużyna z Finlandii pokonałaby tę z Francji. Przeskok widzę dopiero teraz, kiedy trafiłem do PlusLigi.
Bez dwóch zdań
Jesteś kimś, kogo kiedyś znałem
Chciałbym powiedzieć, że teraz skończyliśmy na dobre, ale kto to wie?
Nie wyobrażam sobie siebie bez nikogo innego
Kiedy odnalazłem siebie, straciłem cię, a kiedy ty odnalazłaś siebie, straciłem cię ponownie
Kochałem cię z daleka
Teraz jesteś kimś innym
Kiedy pojawiła się oferta z Lublina?
Bardzo szybko, w zasadzie na początku ubiegłego sezonu. Najpierw przez jakiś czas się wahałem. Nie byłem przekonany do przenosin do Polski albo Włoch. Dzwonili jednak koledzy i przekonywali mnie, że powinienem zdecydować się na ten krok. Słyszałem, że BOGDANKA LUK to dobry zespół, który chce ciągle iść do przodu. Mój agent był podobnego zdania. Zadzwoniłem też do Fynna McCarthy'ego, który trafił do Lublina przed poprzednim sezonem. Również przekonywał mnie do tego ruchu.
Fynn też jest muzykiem, o czym nie każdy wie. Niebawem wypuści album, przy którym mu pomagałem. Jest producentem, zajmuje się bardziej muzyką elektroniczną. Ja śpiewam, on produkuje. Ale pytałeś o transfer. Wiem, że dokonałem właściwego wyboru. Świetnie czuję się w tym zespole. Nie wiem, czy jest w Polsce obecnie inna drużyna, mająca tak znakomitych środkowych. Aleks Grozdanow to dla mnie w tym momencie najlepszy zawodnik świata na tej pozycji.
Aż tak?
Jestem o tym przekonany. Nieprzypadkowo został w tym roku wicemistrzem świata. Jest fantastyczny na treningach, równie dobry w meczach. A ja cieszę się, że codziennie mogę ćwiczyć u boku takich siatkarzy.
Ty w ogóle miałeś jakiś wzór siatkarza, gdy byłeś młody?
Niespecjalnie. W Kanadzie nie masz jakichś wielkich możliwości oglądania tego sportu na najwyższym poziomie. Spoglądałem na środkowych, reprezentujących mój kraj. Pamiętam, że podobała mi się gra Justina Duffa. On zresztą występował w Polsce: w drużynie z Bysgoszczy, a później ze Szczecina.
A idol z MMA? Wiem, że regularnie śledzisz walki tych największych.
Israel Adesanya. Ostatnio przegrał trzy razy z rzędu, co mnie bolało. Ale podoba mi się jego styl. Adesanya to świetny kick-bokser. Zachowuje się niczym najlepsi zawodnicy Muay Thai. Gdy jest w formie, fantastycznie się go ogląda, a sport to przecież w dużej mierze rozrywka.
Pytanie o największy wzór muzyczny będzie pewnie proste.
Drake, zdecydowanie. Też pochodzi ze Scarborough. Poznaliśmy się kiedyś na imprezie i mieliśmy okazję porozmawiać. Pamiętam, że kumpel mnie przedstawił. Drake'owi zapaliły się oczy. Sądziłem, że słuchał któregoś mojego kawałka. A on mówi: „Ja ciebie znam! Ty grasz w siatkówkę na UCLA!”. Musiał oglądać skróty moich spotkań na ESPN.
Nie nazwałbym nas kolegami, ale kiedy mijamy się na ulicy, zawsze przywitamy się i chwilkę pogadamy. Na pewno śledzi moją twórczość. Mam wrażenie, że ludzie, którzy nie siedzą w biznesie muzycznym, nie zdają sobie sprawy z poziomu jego geniuszu. Nie rozumieją go w pełni.
Jak opisałbyś ten geniusz?
On nie tylko wykonuje utwory, ale jest też kapitalny w pisaniu tekstów. Jest niesamowity, jeśli chodzi o rozumienie i odczytywanie kultury. Wchodzi w to bardzo głęboko, dzięki czemu tworzy kawałki, które błyskawicznie przemawiają do milionów ludzi. Drake to nie jest gość, któremu się poszczęściło. On ma wielki dar, z którego korzysta, ale jednocześnie dokłada do tego bardzo ciężką pracę. Wiesz, że on kiedyś grał w siatkówkę plażową?
Nie wiedziałem.
Nie zapisał się do żadnego klubu, ale kolega, którego rodzina prowadziła halę z boiskami, opowiadał mi, jak Drake kiedyś regularnie przychodził tam ze znajomymi. Podobno nikt inny tak bardzo nie pragnął wygranej. Drake rzucał się, latał po całym boisku, ale jednocześnie miał duże umiejętności.
Co jest najlepsze w graniu w siatkówkę w Polsce?
Kibice. I nie chodzi tylko o to, że zapełniają hale. Oni żyją spotkaniem, zależy im na wygranej ukochanego zespołu. W Ameryce Północnej wiele osób ma siatkówkę gdzieś. Kiedy mecze Ligi Narodów odbywały się w Quebec City, kibice przyszli i atmosfera była w porządku, ale w takim Toronto nikt nie przyszedłby na siatkówkę. Ludzi nie interesuje za bardzo ten sport. Weźmy Gavina Schmitta, jednego z największych kanadyjskich siatkarzy. Facet grał w Rosji, występował w Resovii. Gdyby Schmitt przechadzał się dowolną ulicą w naszym kraju, nikt nie wiedziałby, kim on jest.
W Polsce jest zupełnie inaczej. Ludzie żyją siatkówką. Proszą nas o zdjęcia. Ty przyjeżdżasz z Warszawy, robimy wywiad. Na meczach nie ma ciszy, jest reagowanie na boiskowe wydarzenia. Nawet gdy przechadzam się po Lublinie, czasami ktoś mnie zatrzymuje i prosi o wspólną fotografię.
Gdzie chciałbyś być w muzyce i siatkówce za – powiedzmy - cztery lata?
W siatkówce marzyłem o tym, żeby grać na jak najwyższym poziomie. Jestem zawodnikiem mistrza Polski, więc osiągnąłem to. Czas, żeby stać się jednym z najlepszym zawodników świata, a z Kanadą wystąpić z powodzeniem w igrzyskach olimpijskich. Chciałbym też mieć swój wkład w budowanie jeszcze lepszego systemu siatkarskiego w moim kraju. A w muzyce? Pragnę dalej tworzyć utwory przemawiające do ludzi. Takie, żeby ktoś wysłuchał kawałka Kofiego i powiedział: „Od teraz to część mojego życia”.
Rozmawiał: Jakub Radomski
Autor jest dziennikarzem serwisu Weszlo.com.
Powrót do listy