Patryk Łaba: Życie mi oddało. To zasługa szczęścia, ale też tego, że byłem przygotowany
W PlusLidze debiutował po trzydziestce, a kilka lat wcześniej myślał o porzuceniu siatkówki na rzecz... programowania. Po jego wejściu w półfinale Ligi Mistrzów mówiła o nim cała Europa, trzy tygodnie wcześniej był bohaterem siatkarskiej Polski, gdy pomógł odwrócić losy rywalizacji o finał PlusLigi i został MVP decydującego meczu z PGE Projektem Warszawa. Sam przyznaje, że nie byłoby go w tym miejscu, gdyby nie żona. Patryk Łaba opowiedział nam o krętej drodze z niewielkiego Jasła do walki o największe klubowe trofea.
Michał Kwietko-Bębnowski (SiatkarskieLigi.pl): Kim chciałeś zostać jako dzieciak? Od początku siatkarzem? Bo rodzinę masz mocno związaną z siatkówką. Czy najpierw był strażak? Albo na przykład David Beckham czy inny topowy piłkarz – jak u większości?
Patryk Łaba (Aluron CMC Warta Zawiercie): David Beckham to było moje pokolenie. Koszulkę Beckhama miałem, w piłkę też grałem. Nawet przez chwilę w klubie w Jaśle. Wtedy dla chłopaków w moim wieku nie było grupy siatkarskiej, więc musiałem próbować różnych sportów. Chodziłem do klasy sportowej, a tam najwięcej graliśmy w piłkę nożną. Koledzy z klasy chodzili na treningi, więc też mnie namówili. Chyba jak większość dzieciaków w tamtym czasie – zaczynałem od piłki i przez moment chciałem być piłkarzem. Bo kto nie chciał? Żyło się tym. Ale szybko poczułem, że treningi nie sprawiają mi aż takiej frajdy.
I kiedy pojawiła się grupa siatkarska dla mojego rocznika, zadzwonił do mnie trener Leszek Wierzgacz – ten sam, który prowadził też mojego tatę i praktycznie wszystkich siatkarzy z Jasła od wielu, wielu lat. No i powoli zaczęło mi się to marzenie rodzić – żeby zostać siatkarzem.
W domu siatkówka była od zawsze, to było normalne. Ale nie było presji ze strony rodziców, nie było hasła: „chodź, idziemy odbijać”. Dla przykładu – mój brat w wieku 7–8 lat odbijał już normalnie z tatą, plasował, a na basenie ludzie patrzyli z niedowierzaniem, że taki maluch potrafi tak grać. U mnie tego nie było – próbowałem różnych sportów. Tak naprawdę siatkówka na serio zaczęła się dopiero w szóstej klasie podstawówki.
Brat jest starszy czy młodszy?
Młodszy, o sześć lat. Dalej gra – ale już tylko amatorsko. W liceum zrezygnował. W Jaśle zwykle było tak, że kiedy zaczynała się szkoła średnia, każdy szedł w swoją stronę. Ci, którzy wyjechali – jak ja, bracia Muchowie czy Dawid Dryja do SMS-u w Spale – zostali przy siatkówce dłużej. Ci, którzy zostali, najczęściej kończyli ze sportem już w liceum albo później na studiach.
Brat miał od ciebie lepsze warunki?
Fizycznie niestety gorsze, ale technicznie – naprawdę był przekotem. Grał na skrzydle, ale gdy było widać, że nie urośnie, chcieli go przenieść na rozegranie. Nie sprawiało mu to przyjemności i odpuścił. Teraz gra w amatorskich rozgrywkach właśnie jako rozgrywający. Trochę żałuje, że odpuścił, ale bawi się świetnie. Powiem ci, że czasem gra więcej meczów w sezonie niż zawodnicy w PlusLidze – bo amatorskie turnieje, ligi biznesowe, sparingi. On tym żyje i to jest super.
Patryk Łaba z bratem i babcią, 2017
Czyli można powiedzieć, że siatkówka sama się po ciebie zgłosiła – przez trenera, który znał twoją rodzinę?
Dokładnie tak. Trener Wierzgacz zadzwonił, powiedział, że organizuje obóz i czy nie chciałbym jechać. Pojechałem z kolegami – i tak się zaczęło.
Pamiętasz, gdzie to było?
Na Słowacji, w Stropkovie. Wtedy jeszcze nie było euro, więc wszystko było tam bardzo tanie. To była znana miejscówka dla drużyn z Podkarpacia – jeździli tam nie tylko chłopcy z Jasła, ale też kadra województwa czy zespoły z Rzeszowa.
Bardziej spodobała ci się siatkówka czy atmosfera na obozie?
Pamiętam, że jedno i drugie. To był klub UKS MOSiR Jasło – mieliśmy sekcję chłopców i dziewcząt, więc pojechaliśmy razem. Dzięki temu poznałem mnóstwo nowych osób, poczułem przynależność do grupy. To miało ogromne znaczenie – bo w takim wieku trudno podejmować racjonalne decyzje, a takie rzeczy jak fajna ekipa czy wspólne pasje sprawiają, że chcesz trenować.
Patryk Łaba w barwach MOSiR Jasło, 2006
Można więc powiedzieć, że dzięki kolegom wybrałeś siatkówkę zamiast piłki?
Nie do końca. Myślę, że do siatkówki trzeba trochę dojrzeć. To trudna, niewdzięczna dyscyplina – zanim zaczniesz czerpać frajdę, trzeba wykonać masę powtórzeń. W piłkę nożną od razu grasz, strzelasz gole i masz satysfakcję. W siatkówce na początku nawet przebicie serwisu było problemem. Trzeba było cierpliwości.
A jeśli chodzi o oglądanie sportu w telewizji? Bardziej pamiętasz piłkarskie mistrzostwa czy już siatkówkę – Boska, Mazura, Ligę Światową, kwalifikacje olimpijskie?
Piłkarski mundial ’98 we Francji to pierwsze takie wspomnienie. Ale jeśli chodzi o siatkówkę – to mistrzostwa świata w Japonii, gdzie Polska grała o medale. Pamiętam mecz z Rosją – graliśmy wtedy gimnazjadę i spiker podawał nam wynik na bieżąco. To było moje pierwsze mocne wspomnienie związane z siatkówką.
A pierwszy sportowy idol? Piłkarz czy siatkarz?
Najpierw Beckham, a później – w siatkówce – na pewno Mariusz Wlazły, Michał Winiarski, Ivan Miljković. Nie było jeszcze social mediów – opieraliśmy się na gazetach i czasopiśmie Super Volley, które prenumerowałem. Później dużym przełomem był cykl „Igłą szyte” nagrywany przez Krzysztofa Ignaczaka. To było świetne, bo mogliśmy zobaczyć życie kadry od kuchni.
Pochodzisz z Podkarpacia. Marzyłeś o grze w Resovii?
Myślę, że każdy siatkarz z Podkarpacia przez chwilę o tym marzył. Cały region żył sukcesami Asseco Resovii. Ja grałem w strukturach młodzieżowych AKS-u Resovii, więc mówiono nam, że to naturalna droga – z AKS-u do pierwszej drużyny. Tylko niewielu się udało. Oczywiście chciałem tam grać, ale nie byłem fanatykiem jednego klubu. Lubiłem siatkówkę jako sport, kibicowałem polskim drużynom w Lidze Mistrzów. Skra Bełchatów wtedy dominowała, więc też trzymałem za nich kciuki.
Kiedy siatkówka stała się naprawdę priorytetem?
Chyba w gimnazjum. To wtedy zaczęliśmy z kolegami chodzić na treningi regularnie, tworzyła się paczka. Z niektórymi mam kontakt do dziś. Właśnie wtedy poczułem, że to coś więcej niż hobby.
Zainteresowałeś się też dietą i profesjonalnym podejściem do sportu?
Tak, bardzo. Już w gimnazjum miałem zajawkę na treningi, bieganie – zdarzało się, że wstawałem rano w wakacje i biegałem po wałach w Jaśle. Oglądałem „Rocky’ego”, a następnego dnia próbowałem trenować jak on. Lubiłem to. Sprawiało mi radość, że mogłem powiedzieć o sobie: „jestem sportowcem”.
Nie musiałeś się do tego zmuszać?
Nie, absolutnie. Łatwo przychodziło mi rezygnowanie z imprez czy spotkań. Koledzy pamiętają, że gdy oni chodzili na imprezy, ja zawsze wybierałem trening. I nawet dziś mi to mówią, że już wtedy wzbudzałem szacunek – choć nikt się nie spodziewał, że zajdę tak daleko.
Czyli od małego realizowałeś plan, żeby być sportowcem?
Szczerze mówiąc, nie miałem typowych dziecięcych marzeń typu „strażak” czy „kosmonauta”. Przez chwilę chciałem być archeologiem, ale szybko się to rozmyło. Od kiedy pojawił się sport – najpierw piłka, później siatkówka – to zdominowało wszystko. Rodzice zawsze powtarzali mi jednak, że sport jest brutalny. Że trzeba mieć plan B. Bo znali ludzi, którzy wszystko postawili na sport, a kontuzja zniszczyła im karierę i nie mieli alternatywy. Dlatego zawsze starałem się dbać o naukę.
Miałeś dobre oceny?
Zazwyczaj tak. Zdarzył się jeden rok „buntu nastolatka”, kiedy oceny trochę poleciały, ale zwykle miałem pasek.
Z perspektywy czasu wiem, że to nie jest aż tak ważne. Może nawet lepiej jest mieć pasję i w czymś być naprawdę dobrym niż cisnąć same piątki i generować sobie stres.
A które przedmioty były twoją mocną stroną?
Ścisłe – matematyka, fizyka. Na studiach poczułem, że to coś, czego można się nauczyć samemu, bo jest logiczne i poukładane. To mi odpowiadało bardziej niż abstrakcyjne przedmioty humanistyczne.
Ale maturę pamiętasz średnio?
Tak. Zdałem rozszerzoną matematykę i angielski. Byłem w pierwszym roczniku, który po dłuższej przerwie miał obowiązkową podstawową matematykę – ta była łatwa, ale rozszerzona trudniejsza. Miałem sporo stresu i przez to wyniki nie były takie, jak chciałem. Nie dostałem się na wymarzone budownictwo – wtedy były bardzo wysokie progi. Trafiłem na mechanikę i budowę maszyn. Początkowo myślałem, że się przeniosę, ale finalnie zostałem.
Na AGH?
Docelowo tak, ale najpierw zacząłem na Politechnice Krakowskiej – tam podobno było najlepsze budownictwo. Potem jednak łączyłem studia z grą w Jaworznie w pierwszej lidze i nie dawałem rady. Musiałem wziąć urlop dziekański. Po tym roku dołączyłem do drużyny AGH, dostałem później propozycję przeniesienia się również na uczelnię i tam już zostałem.
Był taki moment, że studia były ważniejsze od siatkówki?
Tak. Dlatego po roku gry w Jaworznie w pierwszej lidze zrezygnowałem. Wiedziałem, że nie pogodzę dojazdów Jaworzno–Kraków z wymagającymi zajęciami na studiach. Bywało tak, że mimo dobrych ocen nie mogłem być sklasyfikowany, bo miałem jedną nieobecność ponad limit. Kiedy przeniosłem się na AGH, od razu dostałem indywidualny tok studiów. To bardzo ułatwiło sprawę. Mogłem dopasować zajęcia, nadrabiać w innych grupach. Dzięki temu udało się łączyć naukę i siatkówkę.
Patryk Łaba w barwach MCKiS PKE Energetyka Jaworzno podczas sparingu z Jastrzębskim Węglem (sezon 2011/2012). W tle Paweł Rusek, obecnie II trener Aluron CMC Warty Zawiercie. Fot. Magdalena Kowolik
Można powiedzieć, że w AGH miałeś trochę taryfę ulgową?
Różnie bywało. Niektórzy prowadzący patrzyli przychylnie, inni byli neutralni, a zdarzyli się też tacy, którzy byli bardziej wymagający – jakby chcieli udowodnić, że sportowiec nie ma łatwiej. Raz klub musiał interweniować, bo prowadzący nie chciał mi uwierzyć, że opuściłem zajęcia z powodu meczu. Udało się to załatwić i napisałem kolokwium na piątkę.
Czyli generalnie traktowano cię raczej jak zwykłego studenta?
Tak. Zarwałem wiele nocek, więc to też był dla mnie wymagający okres. Nie grałem tą kartą sportowca zbyt często. Raczej sam starałem się z wyprzedzeniem dogadywać, że nie będzie mnie na zajęciach, i pytałem, co mogę zrobić, żeby to nadrobić.
A życie studenckie? Imprezy, znajomi?
Nie byłem typowym studentem. Imprez unikałem – priorytetem była siatkówka. Zdarzały się grille czy spotkania w miasteczku studenckim, ale nigdy nie zdarzyło mi się przyjść na zajęcia po całonocnej imprezie. Treningi rano skutecznie to eliminowały.
Czasem czułem żal, że coś mnie omija – np. spotkania całej grupy. Ale nigdy nie miałem buntu, żeby rzucać treningi. Sport był priorytetem.
Jedyna rzecz, której naprawdę żałuję, to że kiedy wyjechałem do Rzeszowa do liceum, straciłem bliski kontakt z młodszym bratem. On miał wtedy 10–11 lat i myślę, że mógłby bardziej potrzebować wsparcia starszego brata.
Miałeś wrażenie, że studia spowalniały twoją karierę? Że bez nich mógłbyś szybciej trafić do PlusLigi?
Nie wiem. Nigdy nie miałem wyjątkowych warunków fizycznych. Często słyszałem, że brakuje mi kilku centymetrów. Może coś w tym było, ale nie chciałem się tym zadręczać. Raczej cieszyłem się z tego, co mam – że mogę grać w pierwszej lidze i studiować. Moim celem nie była wielka kariera, tylko czerpanie frajdy z siatkówki. PlusLiga oczywiście była marzeniem, ale nie nastawiałem się na to za wszelką cenę. Studia dawały mi plan B i poczucie bezpieczeństwa.
A kiedy skończyłeś studia, czułeś, że nagle masz więcej energii na siatkówkę?
Obrona inżynierki zbiegła się w czasie z moją poważną kontuzją kolana. To był trudny moment – rehabilitacja, siódmy semestr, obrona pracy… Bardzo mnie to wyczerpało. Po tym okresie przeniosłem się do Sanoka, do drugiej ligi. Chciałem być bliżej domu i trochę się odbudować.
To był duży przeskok – z Krakowa do Sanoka?
Nie aż tak, bo większość drużyny trenowała i mieszkała w Rzeszowie, a mecze rozgrywaliśmy w Sanoku. To była ekipa głównie studentów. Mieszkałem z kumplem z liceum – Piotrem Karlikiem, dziś trenerem przygotowania motorycznego w GKS-ie Katowice. Do dziś jesteśmy przyjaciółmi.
Na zdjęciu m.in. Patryk Łaba (dolny rząd, pierwszy z prawej) i Piotr Karlik (dolny rząd, pierwszy z lewej)
Kiedy w twoim życiu pojawiła się Klara?
Poznaliśmy się na moim ostatnim semestrze studiów w Krakowie. Już wtedy wiedziałem, że przenoszę się do Rzeszowa, więc nie robiłem sobie wielkich nadziei. Ten związek jednak przetrwał próbę czasu — rok na odległość, z dojeżdżaniem na trasie Rzeszów–Kraków — a potem Klara przeprowadziła się do mnie. Jesteśmy razem od 2014 roku.
Jak się poznaliście?
Przez internet — przy studiach i graniu życie towarzyskie było mocno ograniczone. Na początku mieliśmy kilka udanych randek, ale gdy wiedziałem już, że się wyprowadzam, trochę się zdystansowałem. Nie chciałem mącić jej w głowie, wiedząc już wtedy, że jest naprawdę wyjątkowa. Mimo tego ciągnęło nas do siebie, utrzymywaliśmy kontakt i ostatecznie zdecydowaliśmy, że spróbujemy na odległość. I to była dobra decyzja.
To trochę zaskakujące. Mógłby ktoś pomyśleć, że sportowiec na uczelni technicznej musi mieć ogromne powodzenie, a ty szukałeś dziewczyny w internecie.
Spotykałem się z kilkoma dziewczynami, ale to nie było to. Zdarzało się, że nie do końca akceptowały mój tryb życia. Były pytania, czy nie mógłbym odpuścić jednego weekendu i nie jechać na mecz. Dla mnie to był od razu "red flag" i wiedziałem, że się nie dogadamy.
Uważam w ogóle, że wybór odpowiedniego partnera, który rozumie życie sportowca i wyrzeczenia z tym związane, jest super ważny dla rozwoju kariery.
Nie czułeś się gwiazdą uczelni?
Nie, absolutnie. AGH sportowo mocno kojarzy się z siatkówką, ale nigdy nie było tak, żeby hala pękała w szwach jak na amerykańskich uczelniach. Mecze były w weekendy, a wtedy większość studentów wracała do domów. Nie było to jak w amerykańskich filmach, gdzie sportowcy są mega popularni i rozpoznawalni.
Byłeś długo związany z południem Polski, a potem przeprowadzki na północ… Czy to dla Klary było wyzwanie? Decyzja „jedziemy razem” zapadła od razu?
U Klary nigdy nie było planu na związek na odległość. Ma mobilną pracę, może działać praktycznie z każdego miejsca w Polsce. To było oczywiste, że jedziemy razem, a każdą decyzję konsultowaliśmy wspólnie.
Czym Klara się zajmuje zawodowo?
Ma artystyczną duszę — kończyła projektowanie ubioru w Krakowie. Teraz prowadzi działalność, w ramach której sprzedaje w internecie swoje ilustracje i obrazy. Dzięki temu nie jest „uziemiona” w jednym miejscu, ma mobilną pracownię. Zaczęło się od publikowania prac w sieci — ludzie pytali, gdzie można je kupić. Od 2018 roku robi to już zawodowo i sprzedaje swoje dzieła.
Mówiłeś nieraz, że żona jest twoim ogromnym wsparciem i to ona pchnęła cię do dalszej gry, kiedy wahałeś się, czy nie porzucić siatkówki.
Tak, jest dla mnie ogromnym wsparciem. To, że ma elastyczną pracę, na pewno pomaga, ale ona jest też osobą, która świetnie wszystko planuje i zarządza. Mówię jej, że jest naszym team managerem. Dzięki niej mogę skupić się na swojej pracy. W życiu sportowca jest wiele chwil zwątpienia, zwłaszcza na niższych szczeblach – nieregularne płatności, braki organizacyjne. Jeśli masz obok osobę, która zamiast cię wspierać, dodatkowo narzeka, łatwiej jest to wszystko rzucić. U mnie było wręcz przeciwnie. Klara była opoką, która przeprowadziła nas przez najcięższe momenty.
Patryk Łaba z żoną Klarą po zdobyciu TAURON Pucharu Polski 2024, fot. Grzegorz Maciąg
Był moment, że zająłeś się zawodowo programowaniem. Wynikało to z problemów finansowych w klubach?
Nie, to nie było podyktowane koniecznością znalezienia dodatkowego dochodu. Po prostu po studiach, grając w drugiej lidze, zauważyłem, że mam sporo wolnego czasu między treningami. Od zawsze lubiłem komputery i technologię, w gimnazjum robiłem nawet swoje pierwsze strony internetowe. Programowania można uczyć się z domu, jest mnóstwo materiałów w sieci. Spodobało mi się to na tyle, że najpierw poszedłem na staż między sezonami, a potem dostałem ofertę pracy. Przez rok łączyłem pracę z grą. To było bardzo ciężkie – wychodziłem rano, wracałem wieczorem, a nawet na pójście do fryzjera ciężko było znaleźć czas. Ten rok mocno dał mi w kość.
Pieniądze w programowaniu były lepsze niż w siatkówce?
To były czasy eldorado w IT. Chodziły legendy, że brali ludzi z ulicy i uczyli, bo tak duże było zapotrzebowanie. Pieniądze i perspektywy były na pewno lepsze w programowaniu. Było to kuszące, żeby siatkówkę potraktować hobbystycznie.
Wtedy zapytałem Klarę o opinię, a ona powiedziała, że to głupia decyzja, bo do programowania mogę wrócić w każdym wieku, a do siatkówki nie. Sport ma krótką datę przydatności. Napisałem nawet na grupie dla programistów i 100% odpowiedzi było takie samo: idź w sport.
To był moment, kiedy ludzie z zewnątrz bardziej wierzyli w Patryka Łabę niż on sam?
Tak, myślę, że to był jeden z tych momentów. Może sam trochę studziłem swoje zapały, żeby się nie rozczarować. Jeśli ktoś mi mówił, że powinienem grać wyżej, podchodziłem do tego na chłodno.
Miałeś poczucie, że gdybyś miał 5 cm więcej, wcześniej trafiłbyś do PlusLigi?
Bardzo często to słyszałem. Może podświadomie mi to ciążyło, ale w pewnym momencie uznałem, że nic z tym nie zrobię. Czasem wydaje mi się, że to była też wygodna wymówka dla niektórych trenerów – łatwiej powiedzieć, że brakuje ci centymetrów, niż wskazać konkretne braki w umiejętnościach.
Jest jakieś wydarzenie, które uważasz za punkt zwrotny w twojej karierze?
Myślę, że powrót do AGH, do trenera Kubackiego. Sezon w Siedlcach był bardzo ciężki i po powrocie do Krakowa powiedziałem sobie: „teraz albo nigdy”. Chciałem, żeby siatkówka znowu sprawiała mi frajdę.
Stworzyliśmy w Krakowie fajną drużynę z młodych chłopaków i graliśmy ponad oczekiwania. Dostaliśmy się do play-offów, ale sezon został przerwany. Mimo skromnego budżetu, klub był zorganizowany tak, że czuliśmy się jak profesjonaliści. Wtedy poczułem, że wracam na właściwe tory, a ciężka praca na treningach przynosi efekty, co bardzo mnie napędza.
Miałeś wrażenie, że z biegiem lat pierwsza liga się profesjonalizowała? Że zawodowa siatkówka istnieje też poza PlusLigą?
Tak, momentem przełomowym było przywrócenie sportowych awansów i spadków. Drużyna, która spadała z PlusLigi, wnosiła ze sobą powiew profesjonalizmu – wyższe standardy organizacyjne, finansowe. Wcześniej, gdy liga była zamknięta, czuło się pewną stagnację, szklany sufit. Odkąd pojawiła się możliwość awansu, standardy zaczęły się wyrównywać i przenikać do pierwszej ligi.
A czy masz poczucie, że zawodnicy, którzy od razu po juniorach trafili do PlusLigi, żyją w pewnej bańce? Że nie znają prawdziwego życia, które ty poznałeś w niższych ligach?
Zdecydowanie. Dzięki temu, że tyle przeżyłem w pierwszej lidze, potrafię docenić nawet małe rzeczy, które w PlusLidze wydają się oczywistością. Samo wejście do PlusLigi nie było dla mnie ogromnym szokiem organizacyjnym, bo w Krakowie, Bydgoszczy, a potem w Gdańsku, wszystko szło kroczek po kroczku w górę, ale nie był to wielki przeskok. Ale teraz w Zawierciu jest absolutnie wszystko, czego można chcieć, nawet rzeczy, o których nie zdążysz pomyśleć. I czuję za to ogromną wdzięczność. Czasem może irytuje mnie, gdy ktoś tego nie zauważa, ale to pewnie takie gadanie „dziadersa”: „za moich czasów to tego nie było!”.
Po wejściu do PlusLigi pojawił się w Gdańsku moment, gdy czułeś, że już osiągnąłeś jakiś cel i trochę się tym nasyciłeś, czy cały czas chciałeś więcej?
Poprzeczkę podnosiłem sam sobie automatycznie. Gdy już byłem w PlusLidze, przestałem wyznaczać sobie konkretne cele. Moim głównym zadaniem po dołączeniu do Gdańska, gdzie miałem roczny kontrakt, było po prostu udowodnić sobie, że nadaję się na ten poziom i na nim zostać. Bałem się historii chłopaków z pierwszej ligi, którzy szli wyżej i po roku wracali, odbijając się od ściany. Chciałem tego uniknąć, więc zakasałem rękawy i pracowałem, żeby zostać na dłużej.
Patryk Łaba w barwach Trefla Gdańsk
Masz poczucie, że twoja droga jest wyjątkowa? Że nie tylko przebiłeś szklany sufit, ale skoczyłeś kilka pięter wyżej?
Czasami świadomie się zatrzymuję i patrzę na tę drogę, i bardzo to doceniam. Może dla kogoś jest inspirująca.
Staram się jednak nie porównywać do innych, bo każdy startował z innymi kartami. Wydaje mi się, że ze swoich wyciągnąłem maksa, ale jestem też świadomy, że miałem dużo szczęścia. Jest wielu zawodników w pierwszej lidze, którzy tego szczęścia nie mieli i może nigdy nie dostaną prawdziwej szansy. Ale to nie było też tak, że ślepej kurze trafiło się ziarno. Ciężko na to zapracowałem i myślę, że ostatnie wydarzenia w Lidze Mistrzów czy w PlusLidze pokazały, że bez maksymalnego przygotowania przez cały sezon, prawdopodobieństwo odwrócenia losów takich spotkań byłoby bardzo niskie. To szczęście jest więc poprzedzone ciężką pracą.
Pytam, bo gdyby twoja historia wydarzyła się w NBA – debiut po trzydziestce i odegranie kluczowej roli w finałach – kręcono by o tobie filmy. Dociera do ciebie, że to wyjątkowa sytuacja w skali pewnie nie tylko siatkówki?
Nie patrzyłem na to w ten sposób. Może nie chcę się nad tym za bardzo rozpływać, żeby nie rozsiąść się wygodnie w fotelu, bo potem ciężko jest wstać. Patrzę raczej na ludzi, których mam pod nosem, jak Miłosz Zniszczoł, który najlepsze lata kariery też przeżywa w Zawierciu. Jest starszy ode mnie, a nigdy nie widziałem, żeby odpuszczał na treningu. Jak mam takich gości obok siebie, to nie widzę w tym, co ja robię, niczego szczególnego. Może jak skończę grać, to usiądę i powspominam. Na razie cieszę się, że granica wieku w sporcie się przesuwa i PESEL już tak bardzo nie ciąży.
Przerwę między sezonami wykorzystałeś między innymi na wizytę w rodzinnym Jaśle. Czułeś podczas niej, że ludziom łatwiej się z tobą utożsamiać właśnie dlatego, że sukces nie przyszedł ci łatwo?
Chciałbym, żeby ludzie czerpali z mojej historii inspirację. Żeby widzieli, że czasami trzeba być po prostu wytrwałym i systematycznym. Wiadomo, szczęście jest potrzebne, ale mam nadzieję, że moja droga pokazuje, że można coś osiągnąć, nawet nie mając na starcie super warunków w sporcie, w którym są one tak ważne. W Jaśle chyba doceniają to, że jestem z mniejszego miasta. Często słyszałem w wywiadach: „doszedłeś tu, pomimo tego, że jesteś z Jasła”. A ja bym chciał czasem powiedzieć, że może właśnie dzięki temu, że jestem z Jasła. To dało mi więcej siły i samozaparcia.

A czy Liga Mistrzów i jej medialny rozgłos zmieniły twoje postrzeganie przez lokalną społeczność?
Nie jestem naiwny, wiem, że to Liga Mistrzów zrobiła najwięcej w kwestii rozpoznawalności. Wiele regionalnych portali o tym pisało i niektórzy dopiero wtedy uświadomili sobie, że ja naprawdę jestem z Jasła. Ale to zaproszenie do miasta było też związane z inicjatywą nowego prezesa mojego macierzystego klubu, który chce odbudować męską siatkówkę. Chciałem też dać coś od siebie lokalnej społeczności, sam odezwałem się do kilku znajomych, którzy prowadzą zajęcia. Dzięki temu mogłem powiedzieć młodym adeptom siatkówki, że stąd też da się wybić.
Patryk Łaba w SP4 w Jaśle
Wy za dzieciaka mieliście w Jaśle jakichś lokalnych bohaterów sportowych?
Chyba nie było nikogo, kto wypłynąłby na szerokie wody i o kim każdy by wiedział, że jest stąd. Byli piłkarze czy siatkarze rozpoznawani lokalnie, ale nie na skalę ogólnopolską.
Z czego jako młody jaślanin byłeś dumny? Czy raczej nie było jako takiego lokalnego patriotyzmu i chciałeś się wyrwać z mniejszego miasta?
Chęć wyrwania się była i chyba wciąż jest duża. Ale z perspektywy czasu bardzo doceniam kompaktowość Jasła. Na treningi, chociaż były na drugim końcu miasta, mogłem chodzić sam. Rodzice się nie bali. To duże ułatwienie. Dlatego tak dobrze czuję się teraz w Zawierciu, bo jest podobnej wielkości i wszystko mam w zasięgu spaceru.
Michał Winiarski, z którym współpracujesz już kilka lat, często zwraca uwagę na rolę mentalu w sporcie. A dla ciebie jak ważna jest w siatkówce głowa? Zahartowała cię sama ta droga, którą przebyłeś, czy korzystasz z pomocy profesjonalistów?
Pracowałem z psychologiem sportowym przez prawie trzy lata i polecam każdemu. Żałuję, że nie zacząłem wcześniej. Warto mieć narzędzia do radzenia sobie z presją, zwątpieniem czy oczekiwaniami. Poznanie samego siebie, zrozumienie swoich reakcji jest kluczowe. To pozwala wyjść z emocjonalnego działania na autopilocie, które potrafi ciągnąć w dół.
Te narzędzia przydają się bardziej w trakcie meczu czy na co dzień?
I tu, i tu. W trakcie meczu pomagają wyciszyć wewnętrznego krytyka i skupić się tylko na następnej akcji. To była moja kotwica w tych kluczowych spotkaniach w końcówce sezonu. Ale przydają się też przed meczem, do regulowania stresu, i w wielu sytuacjach w zwykłym życiu.
A propos przedmeczowego stresu, łatwiej wchodzi się z kwadratu, czy zaczyna w szóstce?
Czasami to, gdy wchodzisz nagle i nie masz czasu o tym myśleć, działa na korzyść. Ale nie zawsze to się sprawdza. Może łatwiej jest wejść z ławki, ale trzeba być na to przygotowanym mentalnie dużo wcześniej. Ta sytuacja może się nie zdarzyć przez cztery miesiące, a potem przychodzi w najważniejszym momencie i musisz być gotowy.
Taka rola trzeciego przyjmującego jest trudna? Nie każdy potrafi się z nią pogodzić.
Przede wszystkim chcę być graczem zespołowym. Przychodząc do PlusLigi, wiedziałem, że taka może być moja rola. Obserwowałem zmienników w poprzednich klubach w pierwszej lidze i wyciągałem wnioski. Chciałem być takim wsparciem dla drużyny, jakim inni byli kiedyś dla mnie. To nie jest łatwe. Każdy trenuje po to, żeby grać. Czasem ciężko jest wstać rano i znowu dać z siebie 100%, ale ja inaczej nie umiem. Działam w zgodzie ze swoimi wartościami.
Masz poczucie, że życie ci za to podejście oddało, zwłaszcza w końcówce minionego sezonu?
Nawet gdyby tych meczów nie było, na koniec dnia mógłbym spojrzeć w lustro i powiedzieć, że wszystko jest okej. Ale to, że oddało, to też zasługa szczęścia i tego, że byłem przygotowany. Gdybyś mnie zapytał, czy wolałbym więcej pograć w sezonie zasadniczym, a nie mieć tych kluczowych wejść, to wybrałbym to, co się wydarzyło. Udowodniłem sobie, że potrafię wejść i pomóc drużynie uciec spod noża.
Patryk Łaba ze statuetką MVP trzeciego meczu półfinałowego PlusLigi
Porównując dwa srebrne medale mistrzostw Polski – który smakuje lepiej? Ten pierwszy sprzed roku, czy ten ostatni, w którym miałeś tak duży udział?
W tym roku srebro było przyjęte na smutno. Tamto sprzed roku przyniosło więcej radości, bo było historycznym wynikiem klubu. W tym sezonie może spodziewaliśmy się czegoś więcej, a do tego finał graliśmy bardzo pokiereszowani. Podobnie było po finale Ligi Mistrzów. Bardzo bolała nas porażka. Rzadko zabieram głos na forum grupy, ale wtedy powiedziałem chłopakom, żebyśmy wyszli na podium uśmiechnięci. Bo za 10 lat, jak będziemy patrzeć na zdjęcia, chcemy widzieć uśmiechy i wspominać to jako coś wielkiego. Myślę, że z każdym rokiem będziemy te sukcesy doceniać coraz bardziej.
Aluron CMC Warta Zawiercie ze srebrnymi medalami Ligi Mistrzów
Ostatnie pytanie. Hipotetyczna sytuacja, ale oparta o to, co się wydarzyło w tym roku: jest początek sezonu reprezentacyjnego, w kadrze są kontuzje i dostajesz telefon ze Spały z prośbą o pomoc w treningach, bez żadnej gwarancji tego, że będziesz miał okazję założyć biało-czerwoną koszulkę nawet w meczu sparingowym. Jedziesz?
Czysto hipotetycznie – na pewno bym nie odmówił. Wiemy jednak, jaki mamy potencjał w Polsce i musiałby się wydarzyć jakiś kataklizm, żebym to ja był pierwszy w kolejce do takiego telefonu. Ale filozoficznie rzecz biorąc, moja odpowiedź brzmi: tak. Chciałbym to przeżyć i zobaczyć, jak to wygląda od środka.
Powrót do listy