Klemen Čebulj o domowym mini zoo: Zwierzęta to nasz styl życia
Słoweński przyjmujący – Klemen Čebulj już szósty sezon gra w PlusLidze w barwach Asseco Resovii, a w Rzeszowie mieszka wraz z żoną Sarą, synem Louisem i małym zoo, na które składa się aż 12 zwierzaków. W rozmowie z nami opowiada m.in. o swojej kolejnej nowej pasji – podróżach kamperem.
SIATKARSKIE LIGI: Co jest obecnie twoją największą pasją – zwierzęta czy podróże?
KLEMEN ČEBULJ (przyjmujący Asseco Resovii Rzeszów): Pasją są na pewno podróże, a zwierzęta to już bardziej życie, bo mając je w domu trzeba jednak wszystko trochę inaczej zaplanować i poukładać, a u nas jest ich teraz sporo.

Ile macie aktualnie zwierząt? Jak przyjechaliście do Rzeszowa, to mieliście już psy?
Tak. Zwierzęta mamy od kiedy poznałem się z żoną. Ona miała dwa psy – Boston Terriery i ja też miałem swojego „Bostona”. No i tak to się potem wszystko połączyło i powiększyło. Jesteśmy już razem z żoną od 13 lat i tych zwierząt praktycznie co roku było u nas coraz więcej. Moja żona zajmuje się też hodowlą Boston Terrierów, no i jak pojawiają się szczeniaki, to ciężko jest je potem oddać. Dlatego teraz mamy już pięć psów, a do tego dwa koty sfinksy, czyli takie bez sierści. Poza tym mamy dwa gekony w terrarium. Mamy też dwie świnki morskie, no i żółwia. Także trochę tych zwierzaków jest u nas w domu i zajmuje się nimi głównie żona, to znaczy psami, gekonami, żółwiem i świnkami, a ja się zajmuję kotami.

Bo nie trzeba z nimi chodzić na spacery?
No właśnie. Dlatego teoretycznie mam łatwiej, ale też często mam mopa w rękach, bo przy tej ilości zwierząt mamy dużo sprzątania i czyszczenia. Taki jest już nasz styl życia, ale my to bardzo lubimy.

Każde zwierzątko ma swoje imię? Nie idzie się w tym pogubić?
Nazwy gekonów wybierał syn, więc nawet ich nie pamiętam, ale to nie są zwierzęta, które się przywołuje. Psy i koty oczywiście mają swoje imiona. Jest Eno, potem Eni, Titi, Bela i Doti, a koty to Czin i Pipi.

Koty też mieliście już we Włoszech, czyli przed przyjazdem do Polski?
Z jednym kotem przyjechaliśmy do Rzeszowa, bo kupiliśmy go w 2018 r. A tego drugiego kota mamy już dwa lata i nabyliśmy go w Polsce, od jednej pani z Katowic, która prowadzi hodowlę tych kotów. Chciałem mieć drugiego kota, bo myślałem, że koty będą się bawić razem, ale tak do końca nie jest. Ogólnie te koty są jednak w porządku. Mają bardzo dobry charakter, bo się mocno przywiązują do ludzi i są jak psy, czyli cały czas szukają dotyku, patrzą co my robimy i chcą być blisko nas. Bardzo lubią ciepło, także jak jest na przykład kominek w domu zapalony, to one się tam grzeją albo kładą się na kaloryferach i tam sobie spędzają czas.

Jako dziecko też miałeś wokół siebie tak dużo zwierzaków?
Nie, nie miałem tak dużo. Mieliśmy zawsze psa w domu, ale to był jeszcze pies dziadka, który był głównie na zewnątrz i był takim mieszańcem, a nie psem rasowym. Dziadek miał też taką małą farmę z kurami i królikami. Spędzałem więc trochę czasu ze zwierzętami, ale nie aż tyle jak teraz.

W jednym wywiadzie dla telewizji Polsat Sport wspominałeś, że gdybyś nie był siatkarzem, to byłbyś pielęgniarzem. Dlaczego?
No bo ja jestem pielęgniarzem z wykształcenia. Skończyłem taką szkołę wyższą o kierunku pielęgniarstwo. Mój kuzyn też był w tamtej szkole i no i potem tak się trochę przekonałem, żeby spróbować pójść w tym kierunku.
Jako miłośnik zwierząt i pielęgniarz masz pewnie w sobie dużą wrażliwość i empatię?
Mam. Po prostu lubię pomagać jak tylko mogę i staram się być przyjazny dla każdego kto jest koło mnie. Gdybym jednak musiał na co dzień opiekować się ludźmi, to nie wiem, czy długo bym został w takiej pracy. Jeszcze ze szkoły pamiętam, że jak zaczęliśmy praktyki, to było już trudno.
Masz na myśli pomoc osobom przebywającym w szpitalu i niepełnosprawnym?
Tak. To jest naprawdę ciężkie. Pamiętam, że pracowaliśmy w ramach praktyki dwa razy w tygodniu po cztery godziny rano. Zakładałem, że jak skończę szkołę, to pewnie będę pracował w tym zawodzie. Wtedy grałem już jednak w siatkówkę i dobrze mi szło. Okazało się więc, że nie potrzebowałem podjąć pracy w wyuczonym zawodzie, a to jest naprawdę bardzo ciężka praca. Są nieraz trudne warunki i nie zawsze da się pomóc. Zdarzają się rożne wypadki i nie jest łatwo po prostu. Dlatego szanuję ludzi, którzy to robią, bo wiem, że to jest bardzo ciężka praca.
A jak doszło do tego, że odkryliście z żoną nową pasję, czyli podróże kamperem?
Przyznam, że na początku nie chciałem tego kampera i to był pomysł żony. Ja uważałem, że nie mamy na to czasu, ale teraz, jak patrzę na to z perspektywy, to była to bardzo fajna decyzja i żona miała rację. W kamperze jest tak, że spędza się ze sobą dużo czasu w jednym miejscu i trzeba sobie z tym poradzić. Na przykład w domu, jak coś komuś nie pasuje, to można się trochę omijać albo zaczynać robić coś innego w innym pomieszczeniu. W kamperze nie ma takiej możliwości, więc trzeba sobie tam poradzić z emocjami. Uważam, że to jest dobre, bo potem robi się taka bardzo fajna relacja. My też z żoną i synem wcześniej nie mieliśmy tak dużo wolnego czasu, żeby spędzić go razem. Zawsze jak była latem reprezentacja, to miałem około 10 dni wolnego, w trakcie których trzeba było dojechać gdzieś, spędzić czas na wakacjach i szybko wrócić. Trzeba było mocno patrzeć na zegarek, kalendarz i cieszyć się dosłownie każdą chwilą z rodziną. Teraz w końcu było tak, że było dużo wolnego czasu, mogliśmy sobie to wszystko zaplanować i ten kamper naprawdę się nam sprawdził. Poza tym przez to, że żona zajmuje się też hodowlą Boston Terrierów, to jak jedzie na wystawę, pakuje się do kampera, bierze ze sobą syna, zbiera psy i jedzie np. do Krakowa, czy do Gliwic. Od maja zrobiliśmy już 11 tysięcy kilometrów, także trochę się tego nazbierało.

Jakie miejsca odwiedziliście już kamperem?
Sporo jeździliśmy po Polsce, zwłaszcza żona. A jeśli chodzi o wakacje, to pojechaliśmy do Finlandii, ale to była długa wyprawa. Najpierw spędziliśmy dwa dni w Suwałkach. Potem pojechaliśmy do Litwy, Łotwy, Estonii, następnie promem do Helsinek i podróżowaliśmy po Finlandii. Jeździliśmy tam wzdłuż jezior i bardzo nam się podobała Finlandia. Jest tam dużo natury i wielu miejscach można się zatrzymać właśnie kamperem. Widać, że ten kraj jest na to przygotowany. Jest sporo miejsc dla kamperów, w których można parkować za darmo albo za niewielką odpłatnością za media. Potem wracaliśmy tą samą drogą, tylko w innych miejscach się zatrzymywaliśmy. Przez dwa tygodnie zrobiliśmy 4,5 tysiąca kilometrów.

Czy w tak daleką podroż zabieracie też jakieś zwierzęta?
Tylko psy. Koty zostały w hotelu w Rzeszowie. Gekony daliśmy do kolegów, a świnek morskich jeszcze wtedy nie mieliśmy. To jest taka nasza ostatnia „przyczepka”.

Po powrocie z Finlandii były też kolejne podróże kamperem?
Pojechaliśmy nim do domu do Słowenii. W trakcie takiej podróży kamper też się świetnie sprawdza, bo nie musimy wtedy jechać całą trasę, czyli 1200 kilometrów, na raz, tylko zatrzymujemy się po drodze. Poza tym pojechaliśmy kamperem do Chorwacji na kilka dni. Byłem też na Formule 1 w Austrii. A po Polsce i Słowacji jeździmy sporo na wystawy psów, zwłaszcza żona. Pod tym kątem też zdecydowaliśmy się na kampera, bo jest dużo łatwiej po prostu jeździć na takie dalsze trasy i podróżować również z psami.

Jakie są największe plusy takich podróży?
Przede wszystkim to, że można się zatrzymać jak tylko odczuwa się zmęczenie i nie trzeba wcześniej organizować hoteli, które zgadzają się na przyjmowanie zwierząt. Można sobie wszystko samemu załatwić i stworzyć harmonogram pod siebie. Nie trzeba się meldować i wymeldować o określonej godzinie jak jest w hotelach, tylko np. można pospać dłużej i ruszyć w dalszą podróż o 13-ej, a nie tuż po zakończeniu doby hotelowej. Oczywiście jest ograniczone miejsce w środku tego kampera, ale nam się to bardzo podoba i bardzo się sprawdziło w te ostatnie wakacje, kiedy mieliśmy dużo czasu dla siebie.
A syn, który na co dzień gra w piłkę i jest cały czas w ruchu, nie ma problemów, żeby wytrzymać tyle czasu w podróży?
On jest już przyzwyczajony do dalekiej jazdy od dziecka i nie narzeka. Jak trzeba dłużej jechać, to ma swoje książki, gry, trochę śpi. Poza tym też rozmawiamy, śpiewamy i ten czas bardzo szybko leci. Louis jest przyzwyczajony do długich podróży, bo jak byliśmy we Włoszech, to od samego początku jeździł z tyłu i nie było z tym żadnych problemów.

Pewnie macie już jakieś plany na przyszłość co do następnej dalekiej podróży?
Tak. Po sezonie klubowym będziemy chcieli pojechać gdzieś dalej, może do Danii, bo interesuje nas Skandynawia. Na taką wyprawę trzeba będzie poświęcić trochę więcej czasu, bo jest daleko, a nie można też za szybko jechać. Liczę jednak na to, że uda nam się wygospodarować ten czas.
