Siatkarskieligi app
 

Artykuły

Jak pokazać siatkarską szatnię od środka, ile wymaga to pracy, czasu i pieniędzy? Paulina Majkowska o kulisach powstawania „Bublogów”.

Fani PGE Budowlanych Łódź mieli dodatkowy powód do radości, gdy kilka dni po zdobyciu TAURON Pucharu Polski w sieci ukazał się pierwszy odcinek „Bubloga”, czyli vloga Pauliny Majkowskiej. Środkowa pokazała w ten sposób, jak wyglądał od kuchni cały tydzień prowadzący do zdobycia trofeum, a kibice mogli raz jeszcze, ale z zupełnie innej perspektywy, przeżyć emocje związane z turniejem w Elblągu. Od tego momentu „Buba” publikuje nowe odcinki regularnie. O tym, skąd pomysł na taką formę, z czym się to wiąże, ale też między innymi o pasji do kawiarni i tatuaży, opowiedziała Siatkarskim Ligom.

MACIEJ NOWOCIEŃ: Spotykamy się w jednej z łódzkich kawiarni. A kiedy napijemy się kawy w twojej własnej wymarzonej kawiarni?

PAULINA MAJOWSKA (środkowa PGE Budowlanych Łódź): Te moje plany na przyszłe życie trochę się teraz komplikują, bo tak naprawdę nie wiem, czy w ogóle zostanę w Polsce. Jeśli kiedyś uda mi się otworzyć kawiarnię w jakiejś małej, urokliwej francuskiej mieścinie, to na pewno wszystkich was zaproszę i będę ją promować z całego serca (śmiech). Nie ukrywam, że mój chłopak [Joris Seddik - red.], który teraz gra w Piacenzie, ma przed sobą jeszcze trochę dłuższą karierę niż ja. Moja siatkarska przygoda powoli zmierza już ku końcowi, więc plan numer jeden jest taki, żeby po zakończeniu swojej kariery w pełni go wspierać. A gdzie nas los rzuci – zobaczymy. Natomiast kawiarnia od zawsze była moim wielkim marzeniem. Zawsze, w każdym mieście, w którym jestem, muszę znaleźć sobie taką jedną, ukochaną kawiarnię, w której mogę usiąść, odetchnąć, pomyśleć, coś zanotować w notatniku i po prostu cieszyć się dobrą kawą. Mam taką w Łodzi, kolejną w Bielsku, mam jeszcze jedną w Gdyni. Te miejsca to mój azyl. Tam naprawdę czuję się najlepiej.

Przejdźmy do “Bubloga”. Kiedyś pisało się pamiętniki, dziś nagrywa się videoblogi?

(śmiech) Nadal prowadzę pamiętnik, w sensie dziennik, ale zauważyłam, że największy „flow” do pisania mam w trudniejszych momentach życia. Wtedy te myśli są bardziej intensywne i czuję większą potrzebę, żeby je z siebie wyrzucić. Teraz mam bardzo spokojny, szczęśliwy czas, więc nie odczuwam potrzeby pisania codziennie. Raczej robię to wtedy, kiedy faktycznie czuję, że chcę coś zapisać albo nawet nagrać głosówkę, bo często łatwiej jest mi mówić niż pisać, po prostu szybciej tak przetwarzam myśli. Z drugiej strony żyjemy w czasach, w których wiele osób wykorzystuje vlogi jako formę dokumentowania swojego życia i przemyśleń, i uważam, że to jest fajne. Szczególnie jeśli ktoś inny znajduje w tym przyjemność, oglądając to. U mnie od początku było tak, że robię to głównie dla siebie. To jest dla mnie forma wyrażenia emocji i realizacji takiej wewnętrznej potrzeby kreatywnej. Nie czuję presji, żeby to robić, choć mam świadomość, że są osoby, które na to czekają. Nawet jeśli to jest tylko kilka czy kilkanaście osób, to czuję się wobec nich w jakiś sposób zobowiązana, chociażby do tego, żeby dać znać, że danego dnia vloga nie będzie. Natomiast fundament tego wszystkiego jest taki, że robię to przede wszystkim dla siebie. A jeśli ktoś chce poświęcić kilkanaście czy kilkadziesiąt minut swojego czasu, żeby obejrzeć moje materiały, to jest to po prostu coś bardzo fajnego i budującego.

Wzorujesz się na kimś? Może podglądasz Tomasza Fornala, który niedawno też zaczął vlogować po wyjeździe do Turcji?

Nie. Wiadomo, że na początku mojej kariery oglądałam „Igłą Szyte” i dla mnie to było coś na wagę złota: możliwość zajrzenia za kulisy zespołu, zobaczenia tych wszystkich rzeczy, których normalnie się nie widzi. Kiedy ktoś brał kamerę i nagrywał siebie przy odbieraniu pucharu czy medalu, czułam się, jakby została mi właśnie odkryta jakaś wielka tajemnica. To było megainspirujące. Ale swojego “Bubloga” nie wzoruję na nikim konkretnym i szczerze mówiąc, nie chcę tego robić. Boję się, że wtedy straciłby autentyczność. Oczywiście czasem na TikToku coś mi się wyświetli, jakiś sposób montażu czy pomysł, i gdzieś tam w głowie zostaje małe ziarenko, które później może wykiełkować. Ale generalnie nie podglądam nikogo i nie kopiuję. Najfajniejsze jest to, że przed każdym “Bublogiem” nie mam żadnego planu. Zero szkicu, zero scenariusza. Po prostu nagrywam to, co aktualnie czuję, co mi chodzi po głowie, co się dzieje. Dopiero jak mam wszystkie materiały na kompie, wrzucam je do programu i wtedy to wszystko składa się w całość: te śmieszne wstawki, zajawki, emocje. To powstaje na bieżąco. I tak właśnie chcę to robić. Nie chcę kreować niczego na siłę. Niedawno poprosiłam o konsultację ChatGPT. W pięć sekund „obejrzał” wszystkie moje “Bublogi” i powiedział, że są megaciekawe, mają fajną inwencję i mogę mieć superoglądalność… Ale muszę zacząć robić skrypty, planować kadry i tak dalej. Podziękowałam mu grzecznie, ale nie zamierzam tego robić.  Bo sedno “Bubloga” tkwi właśnie w tym, że jest freestyle’owy. Że jest prawdziwy. Jak zacznę robić go pod szablon, to straci to, co w nim najcenniejsze: autentyczność. A tego nie chcę stracić.

Jak kamerę w szatni odebrały zawodniczki, trener i prezes PGE Budowlanych?

Opowiem od początku. Przed naszym arcytrudnym wyjazdowym tygodniem Joris przywiózł mi kamerę z Nowary i nagle pomyślałam: „kurde, fajnie byłoby to nagrać”. Wiedziałam, że czeka nas masa wyjazdów i naprawdę trudny okres, więc stwierdziłam, że warto to uchwycić. Spytałam dziewczyn na siłowni, co o tym myślą. Nie miały z tym problemu. Od razu zaznaczyłam, że nie chcę ich jakoś mega angażować, bo to jest mój “Bublog”, a nie vlog PGE Budowlanych. Starałam się nie być zbyt nachalna, ale ku mojemu zaskoczeniu nikt nie miał nic przeciwko. A teraz jest nawet tak, że jak odpalam kamerę, to dziewczyny same do niej podchodzą. Super, bo materiał praktycznie robi się sam. Jeśli chodzi o trenerów, to nie było ani sprzeciwu, ani oficjalnej zgody. Po prostu naturalnie się to wpasowało. Trener, jak wchodzi do szatni i widzi mnie z kamerą, zawsze z czerwonym oczkiem nagrywania, to tylko spojrzy na nią, odwróci się i mówi swoje. Myślę, że po prostu wszyscy to zaakceptowali. A po tym pucharowym tygodniu, jak zobaczyli efekt, to chyba stwierdzili, że nie ma żadnego problemu. Nie pokazuję niczego na siłę, nie wchodzimy w jakieś totalne głupoty i nie nagrywam wszystkiego bez granic. Staram się robić to z głową, z klasą i szacunkiem. Nagrywam tyle, na ile mogę i czuję, że powinnam. A to, co dodaję od siebie i jak się uzewnętrzniam, to już tylko moja sprawa. Nikogo do niczego nie zmuszam.

A jak zareagował Maciek Wenerski, który tworzy klubowe social media PGE Budowlanych? Nie poczuł rywalizacji?

(śmiech) Gdy zaczęłam nagrywać „Bubloga”, w pewnym momencie napisałam do niego z prośbą, czy mógłby mi podesłać jakieś urywki z meczów. Nawet jak były w pionie, cokolwiek, byle było.Pierwszy raz odpisał mi: „Jasne, nie ma sprawy, ale tylko pod warunkiem, że nie będziesz robić konkurencji dla Instagrama PGE Budowlanych” – oczywiście totalnie żartem.Teraz myślę, że nasza współpraca jest naprawdę na superpoziomie. Żadne z nas nie czuje się w żaden sposób zagrożone, wręcz przeciwnie. Za każdym razem, kiedy wrzucam zajawkę „Bubloga”, prosi, żebym oznaczała profil PGE Budowlanych, żeby mógł to udostępnić. I robi to regularnie. W ten sposób pomaga mi trochę rozkręcić i promować „Bubloga” w social mediach. Naprawdę to doceniam. Jeżeli ktoś nagrywa to taką profesjonalną ręką, jak na przykład Maciek, to jak potem wrzucić takie szoty do „Bubloga”, to jakość od razu rośnie. Ale ja bardzo lubię też takie spontaniczne momenty. Mogę trochę uchylić rąbka tajemnicy… W następnym „Bublogu” na przykład Paulina Damaske sama wzięła kamerę przed meczem i nagrała kilka słów do fanów. Takie rzeczy uwielbiam, bo tego nie da się zaplanować, a takie rzeczy po prostu się dzieją. I to jest właśnie piękne. Cieszą mnie te proste, czasem śmieszne rzeczy. Nie musi być wszystko megaprofesjonalne. Ja nie ukrywam, że robię to totalnie amatorsko. Nie udaję profesjonalistki, bo nią nie jestem. I właśnie o to chodzi w moim „Bublogu”: ma być prawdziwy i naturalny.

Jest dużo próśb, żeby czegoś jednak nie umieszczać w “Bublogach”? Czasami spontaniczne pomysły po czasie nie wydają się już takie genialne.

(śmiech) Do tej pory ani razu nie było takiej sytuacji, że któraś z dziewczyn powiedziała: „ej, nie wrzucaj tego” albo „wiesz co, fajnie jakbyś tego jednak nie dała”.  Myślę, że to kwestia tego, że dziewczyny po prostu mi ufają. Wiedzą, że nie wrzucę niczego, co mogłoby im sprawić dyskomfort albo źle wpłynąć na odbiór całego zespołu. Na przykład po meczu z Opolem w rundzie zasadniczej siedziałyśmy sobie i jadłyśmy pizzę. Totalnie naturalna sytuacja, ktoś miał przy tym piwko bezalkoholowe. Nikt się nie zagrzał, nikt nie powiedział „nie wrzucaj tego, bo ktoś sobie coś pomyśli”. I właśnie o to chodzi.  Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie na wszystko jest miejsce w „Bublogu”, ale moim głównym założeniem jest to, że jeżeli ktoś już decyduje się dać mi się nagrać, to moim obowiązkiem jest zmontować to w taki sposób, żeby nikogo nie urazić i nie sprawić, że ktoś mógłby źle o nim pomyśleć. Nie mam wpływu na to, co ostatecznie ludzie sobie pomyślą, ale staram się zminimalizować ryzyko do zera.

Czego nie wrzucasz, bo sama czujesz, że to za dużo?

Zawsze wypikuję, jak ktoś przeklina. W nowym „Bublogu” tego pikania będzie całkiem sporo (śmiech). Nie wrzucam też na przykład przemówień trenera, bo uważam, że one są bardzo osobiste i są tylko dla nas, dla zespołu. Ani razu tego nie zrobiłam i myślę, że to jest w porządku. Oczywiście zdarza się, że w szatni poleci jakaś grubsza wiązanka w tle. Wtedy to po prostu wycinam. Podobnie jak przy baggerze, kiedy dochodzi do ostrzejszej wymiany zdań, też tego nie wrzucam (śmiech). Nie chcę tworzyć złego obrazu zespołu na podstawie paru emocjonalnych słów, które padają w gorącej chwili. Bo to nie oddaje tego, kim naprawdę jesteśmy. To po prostu emocje momentu. Ale na szczęście nie było żadnej takiej grubej sytuacji, żebym zobaczyła nagranie i pomyślała „o Boże, czemu ja to w ogóle nagrałam”. Na razie udało mi się tego uniknąć.

W jednym z “Bublogów” spotykacie się z dziewczynami w mieszkaniu i gracie w karty. Może tylko przy tej czerwonej migającej lampce było grzecznie, a potem się odpaliłyście?

Była taka sytuacja, że po meczu wszystkie dziewczyny, które mogły, zamiast jechać od razu do domów, spotkałyśmy się u jednej z koleżanek na sesję gier karcianych. Stwierdziłam, że nagram to, bo fajnie pokazać, że spędzamy razem czas też poza siatkówką i poza halą. I nie było żadnej takiej atmosfery typu „ojej, za grubo” albo że dziewczyny się jakoś ograniczają i nie mogą normalnie mówić. Wręcz przeciwnie. Wydaje mi się, że po prostu mi ufają: nawet jeśli ktoś rzuci jakimś bluzgiem, to wiadomo, że będzie to wycięte lub wyciszone i nie ma problemu. Jesteśmy w końcu dziewczynami, więc ten poziom przeklinania i luzu jest zupełnie inny niż w męskiej szatni. Ale ogólnie nie było żadnych takich momentów, żebym czuła, że coś jest nie tak. Wszystko poszło naturalnie.

“Bublogi” są bardzo emocjonalne i wsiąkają głęboko nie tylko w twoje odczucia, ale całej drużyny. Bo życie zawodowego sportowca potrafi być tak samo piękne, jak i monotonne lub po prostu męczące, też psychicznie. I to pokazujesz.

W większości nasze życie to jest po prostu rutyna. Męcząca, długa, monotonna rutyna, do której musisz się po prostu przyzwyczaić, żeby przetrwać cały sezon. Dlatego wrzucam tę bazę rutyny do „Bubloga”, ale staram się nie robić tego za często w stylu „dzień z życia siatkarki”, bo taki film wyglądałby praktycznie codziennie tak samo. Zamiast tego staram się ubarwiać go moimi przemyśleniami: zarówno tymi siatkarskimi, jak i pozasiatkarskimi. Tych drugich mam sporo. Czasem mam z tym lekki problem, bo szybciej myślę, niż włączę kamerę. Przychodzi mi do głowy fajna myśl i mówię sobie „o kurde, to było dobre”, ale zapominam to nagrać. Muszę być bardziej czujna! (śmiech) Myślę, że po sezonie, jak życie trochę zwolni i nabierze innego tempa, tych myśli będzie więcej i będę miała większą ochotę nagrywać. Bo teraz faktycznie moje dni są bardzo nudne. Wstaję, jem śniadanie, wychodzę z psem, idę na trening, wracam, znowu spacer z psem, robię coś do „Bubloga”, drzemka, obiad, drugi trening, kolacja, gadam z Jorisem i do spania. I tak w kółko. Oczywiście zdarzają się jaśniejsze momenty: gdy przyjeżdżają rodzice, idziemy na spacer, przyjeżdża Joris i lecimy do Aquaparku Fala albo coś takiego. To są te smaczki, które dodają kolorytu tej monotonii. Myślę, że każdy sportowiec powiedziałby dokładnie to samo.

W „Bublogach” dzielisz się też swoimi przemyśleniami na temat meczów. To pomaga ci oczyścić głowę?

Myślę, że tak. Efekt „Bubloga” jest dokładnie taki sam jak pisania dziennika, tylko że na głos i dla innych. Przyznam się, że tę ostatnią wstawkę po pucharowym „Bublogu”, która odbiła się największym echem, długo konsultowałam. Pisałam do przyjaciółki, do chłopaka, do rodziców i do cioci, która świetnie mnie rozumie. Pytałam, czy to jest na miejscu, czy kogoś nie urazi i czy nie zrobię jakiejś awantury. Każda z tych osób powiedziała mi dokładnie to samo: „jeśli tak czujesz, to wrzucaj”. No i wrzuciłam. Dostałam ogromną ilość ciepłych wiadomości i bardzo dużo tekstów w stylu „też tak miałam”. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że powinniśmy trochę bardziej otwierać się z takimi przemyśleniami, które w nas siedzą. Bo może komuś pomoże usłyszeć „ej, nie jesteś z tym sama”.  Nie chcę tu udawać żadnego coacha mentalnego ani wciskać wielkiej filozofii, ale jeżeli przez pięć minut ktoś dzięki temu pomyśli o sobie trochę lepiej i poczuje, że nie jest sam, to czemu nie? Warto.

Po przyjemnym nagrywaniu, trzeba to jeszcze zmontować… I tutaj zaczyna się zabawa.

Uwielbiam to robić. Jeżeli chodzi o „Bublogi”, to jest naprawdę super. Czuję w tym ogromną frajdę. Natomiast krótkie formaty, takie jak rolki czy shortsy, to one mnie niesamowicie irytują. Na ten moment to w ogóle nie jest coś dla mnie. Może z czasem się to zmieni. Myślę, że problem polega na tym, że przy krótkich formatach czuję, jakby to nie było dla mnie, tylko dla kogoś innego i wtedy mam w sobie takie duże wewnętrzne poruszenie. A przy dłuższym formacie jest zupełnie inaczej. Jak widzę jakiś klip, jakąś klatkę, od razu mam pomysł, co z tym zrobić, jaką wrzucić muzykę, jaki dodać tekst. Te pomysły pojawiają się same i wtedy czuję megaflow. To daje mi ogromne poczucie uznania własnej kreatywności. Oczywiście to jest bardzo monotonne i czasochłonne. Pierwsze „Bublogi” robiłam jeszcze na tablecie, na CapCut'cie, zanim kupiłam komputer. Wyobraź sobie: tablet miał ograniczoną pamięć, więc co chwilę musiałam usuwać pliki, a sam rendering trwał cztery godziny. Całość zajmowała mi jakieś osiem godzin. To była masakra. Teraz, jak już mam swój cykl, skróty klawiszowe i ogarnięty proces, to jestem w stanie zamknąć wszystko w około cztery godziny. Dzielę to na dni: pomontuję trochę dzisiaj, trochę jutro po treningu i tak dalej. .Myślę, że mam w sobie taką zdolność do długiej, monotonnej roboty i to mnie jakoś szczególnie nie nudzi. Wręcz przeciwnie: sprawia mi to satysfakcję.

To też chyba dobry pomysł na spędzanie długich podróży na mecze. O ile nie masz choroby lokomocyjnej.

Mam z tym problem, dlatego teraz leżę sobie w autokarze na materacu z komputerem na kolanach. Głowa wyprostowana, patrzę tylko oczami spod okularów. Bo jak próbuję siedzieć normalnie, to w ogóle nie ma co: jest niewygodnie i boli. Dlatego właśnie edytuję leżąc. Inaczej się nie da.

A sprzęt? Cały czas nagrywasz kamerą od Jorisa?

Tak. To jest po prostu Sony ZV-1. Mam w planie kupić sobie nową, ale na razie chcę dobrze przetestować właśnie tę. Bo ogólnie uważam, że ta kamera jest bardzo niedoceniana w środowisku blogerów i vlogerów. Ludzie od razu rzucają się na droższy sprzęt, jakieś topowe modele, a tak naprawdę ta ZV-1 spokojnie daje radę i ma sporo zalet.  Nie trzeba od razu inwestować fortuny, żeby robić dobry content.

Fornal na dzień dobry kupił sprzętu za kilkadziesiąt tysięcy złotych (śmiech).

Jak zobaczyłam, jaki on ma obiektyw i sprawdziłam ceny, to od razu powiedziałam sobie: „dobra, nie bawmy się w to, nie jesteśmy w tej samej lidze finansowej”.  Robię wszystko etapami. Na razie nagrywam na Sony ZV-1, za którą Joris zapłacił chyba 200 euro. Potem dokupiłam do niej dobry obiektyw i to była moja pierwsza większa inwestycja w ten sprzęt. I na ten moment totalnie mi to wystarcza. Wszystko, czego potrzebuję, jestem w stanie ulepszyć już na etapie montażu. Oczywiście mam plany związane z tym całym vlogowo-marketingowym biznesem, więc wiem, że w przyszłości będą większe inwestycje w kamerę i obiektywy. Ale na razie ta spokojnie daje radę. A przy okazji, niedawno oddałam ją do naprawy, bo zablokowała mi się migawka. Zaniosłam ją do takiego przesympatycznego pana w Łodzi, który ma chyba 50 lat doświadczenia w naprawianiu aparatów. Okazało się, że jakiś malutki pyłek albo kamyczek wpadł w mechanizm i zablokował migawkę. Normalnie pierwszy lepszy serwis wymieniłby cały mechanizm i zapłaciłabym więcej niż za samą kamerę. A ten pan otworzył to wszystko pod mikroskopem, wydmuchał i po prostu naprawił. Działa jak nowa. Dokupiłam do niej jeszcze lepszy mikrofon, więc teraz dźwięk jest czysty, nic nie szumi. Na ten moment jestem w pełni zadowolona, tym bardziej, że zainwestowałam w porządny komputer.

A może pojawiły się pierwsze współprace?

Jeszcze nie (śmiech). Ale na przykład ostatnio zmontowałam dla Jorisa taką sportową rolkę na Instagrama. On współpracuje z agencją reklamową we Francji i ta rolka bardzo im się spodobała. Odbiła się naprawdę pozytywnym echem. Nawet zapytali go, jakie mam plany po karierze siatkarskiej. Więc kto wie, może to pójdzie właśnie w tę stronę. Bardzo na to liczę. Myślę, że odnalazłabym się w tym świecie: montaż, treści, kreatywna robota.

Przyzwyczaiłaś się już do swojego widoku na ekranie w postprodukcji oraz do chodzenia po ulicach z kamerą w ręce? To chyba problem sporej części vlogerów.

Z tym chodzeniem i nagrywaniem kamerą dalej mam lekki problem. Ale już mam większy dystans do siebie. Jak patrzę na siebie na monitorze, to nie doszukuję się już jakichś wielkich problemów z wysławianiem się i nie wymagam, żeby wszystko było perfekcyjne. Po dwóch pierwszych „Bublogach” doszłam do wniosku, że przecież to nie o to chodzi. Gdyby było idealnie, to nie byłby to „Bublog”, tylko jakiś profesjonalny, wypolerowany blog. A o to mi właśnie nie chodzi. Z nagrywaniem siebie jest mi łatwiej, kiedy ktoś jest obok: jak filmuję którąś z dziewczyn albo idę z kimś ramię w ramię. Ale dalej mam opory, szczególnie w miejscach publicznych. Wyciągnięcie kamery i mówienie do niej na ulicy czy w restauracji wciąż jest dla mnie dość mało komfortowe. Zwłaszcza jak siedzę w restauracji, wyciągam kamerę i nagrywam siebie przy jedzeniu, a ludzie patrzą się na mnie i zastanawiają: „co ta dziewczyna, do cholery, robi?”. To nadal trochę krępujące.

Mówisz, że działasz spontanicznie, ale pomysł długofalowy musisz mieć. W dzisiejszym czasie internautom szybko nudzą się te treści. 

Tak jak mówiłam, na te najbliższe dwa tygodnie mam już pomysły, bo materiał praktycznie tworzy się sam. Gram przecież po raz pierwszy w finale Mistrzostw Polski. Zauważyłam, że moje ostatnie „Bublogi” stały się trochę bardziej pokazowe. Jest więcej tego, co dzieje się wokół mnie, a mniej tego, co siedzi w mojej głowie. Dlatego teraz chcę to trochę zmienić. Kolejne odcinki potraktuję bardziej pamiętnikowo. Chcę się dzielić tym, co naprawdę czuję na co dzień: jak się czuję z tym, że gramy w finale, jak odbieram ten swój najlepszy wynik w karierze. Mam w głowie odpowiedzi, które niekoniecznie są takie, jakich każdy by się spodziewał, więc myślę, że mogą być ciekawe. A jeżeli chodzi o później, to na pewno chcę zrobić jeszcze raz Q&A, bo poprzednie spotkało się z bardzo dobrym odbiorem. Tym razem zmontuję to trochę inaczej. No i zainwestuję w softboxy, żeby lepiej się naświetlić i żeby całość wyglądała po prostu ładniej.

No, tego sprzętu robi się coraz więcej. Brzmi poważnie!

(śmiech). Softboxy wbrew pozorom nie są takie drogie. Ale skoro wiążę swoją przyszłość z tym całym vlogowaniem, to nie mam absolutnie żadnego problemu z inwestowaniem w takie rzeczy. Mam w sobie taką cechę, że jeśli czuję, że coś może stać się moją nową zajawką, hobby, a najlepiej pracą, to bez wahania w to wchodzę. Na przykład kupiłam wspomniany komputer, który był bardzo drogi, chociaż nie zarabiam milionów. Wzięłam go tylko po to, aby montaż był lepszej jakości i żebym po prostu szybciej i wygodniej pracowała. Jestem racjonalna: nie inwestuję w coś, na co mnie nie stać. Na razie nie ruszam jeszcze nowej kamery ani nowego obiektywu, ale… jak wleci bonus za mistrzostwo, to kto wie, może się coś zmieni (śmiech).

Oprócz koleżanek z drużyny w “Bublogach” jest też kilku gości specjalnych, mam na myśli twojego chłopaka Jorisa czy psa Duke’a. W przerwie między sezonami będzie ich więcej?

Planujemy z Jorisem zrobić taki trip europejski aż do Francji, więc na pewno będzie sporo nagrań z trasy, typowy travel vlog. Potem przez cały maj zostaję we Francji, więc chcę pokazać ten kraj trochę z mojej perspektywy: co tam uwielbiam robić i jak to wszystko wygląda na co dzień. Myślę, że będzie ciekawie. Duke jedzie z nami, więc jego też będzie całkiem sporo w „Bublogu”. On ma już swoją wierną rzeszę fanów, choć chyba sam jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy. Będę go przemycać w kadr za każdym razem. Tak wygląda mój plan na wakacje.

Z każdego ważnego wydarzenia w życiu na twoim ciele pojawia się tatuaż. Zapowiedziałaś już, że z Łodzi będzie to Miś Uszatek. Tylko ze złotym czy srebrnym medalem?

Nawet myślałam o tym w ostatnich dniach! Cały czas patrzyłam na swój rękaw z tatuażami, konsultowałam się z koleżankami i powiem szczerze: jeszcze nie mam jednego, konkretnego miejsca na tego misia. Na pewno nie będzie tak duży jak Reksio, bo fizycznie nie ma już na to miejsca na ręce. Ale mogę wrzucić go mniejszego na przykład na kostkę. Jeszcze się waham. Natomiast tak, plany są.

Może ze złotym medalem pokusisz się o większego misia?

Niezależnie od tego, czy będzie ze srebrnym, czy ze złotym medalem, kangur na pewno dostanie towarzystwo. I to nie tylko z medalem, ale również z TAURON Pucharem Polski.

Powrót do listy

Powiązane informacje

POWIĄZANE WIADOMOŚCI