Artykuły

Tommi Tiilikainen: Chcę być częścią siatkarskiej rewolucji [WYWIAD]

Gdy pytam go o siatkówkę, cytuje Jima Carreya. Tommi Tiilikainen robił wiele, by móc dalej grać, ale przez ból musiał odpuścić. Pracował w przedszkolu i... klubie nocnym. W końcu wrócił do siatkówki i został trenerem. Jako 27-letni szkoleniowiec fińskiego klubu pokonał ZAKSĘ, a teraz ma poprowadzić do upragnionego złota PlusLigi PGE Projekt Warszawa. Kto jak nie on, skoro w wieku 38 lat ma już na koncie sześć mistrzostw kraju? Poznaj człowieka, który marzy o oglądaniu z bliska rugbystów z Nowej Zelandii, a w przyszłości chciałby mieć duży wpływ na zmienianie siatkówki. 

Jakub Radomski: Co czuje człowiek, który marzy o karierze siatkarskiej, ale przez ból musi dać sobie z tym wszystkim spokój?

Tommi Tiilikainen (trener PGE Projektu Warszawa): To bardzo trudne doświadczenie. W moim przypadku nie chodzi o nagłą traumę, jakiś wypadek. Miałem 18 lat, gdy ból pleców stawał się nie do zniesienia. W pewnym momencie nie mogłem skakać, lądować. Ból bywał taki, że ciężko było na krótkim spacerze. Momentami nie mogłem nawet ustać na nogach. Wiedziałem, że to w dużej mierze kwestie genetyczne. Moi rodzice też zmagali się z czymś dość podobnym. Próbowałem walczyć. Walczyłem kilka lat. Nie jestem w stanie policzyć, na ilu byłem konsultacjach lekarskich. Próbowałem nawet medycyny alternatywnej.

Ale wszystko na nic. Nie znaleźliśmy rozwiązania. Moja kariera zawodnicza tak naprawdę zakończyła się, zanim się w ogóle zaczęła. W tamtym czasie wydawało się, że pójdę do góry. Dostałem ofertę od klubu z najwyższej fińskiej ligi, miałem tam iść, ale już wtedy zaczęły się te poważne problemy. Nie podpisałem kontraktu, a później okazało się, że muszę zmienić swoje życie.

Przez kilka lat byłeś w ogóle poza siatkówką.

Studiowałem, podejmowałem też różne prace, które nie były związane ze sportem. Przez jakiś czas pracowałem w klubie nocnym. Robiłem tam wszystko: głównie dbałem o zaopatrzenie baru, ale gdy ktoś nabroił, zdarzało się go wyrzucać. Trzeba było wyczyścić otoczenie (śmiech). Właśnie wtedy poznałem swoją żonę, która też tam pracowała. Jesteśmy już razem 17 lat.

Innym razem zatrudniłem się jako człowiek, który doradzał, jak w środku mają wyglądać supermarkety. Mam na myśli wystrój, zaprojektowanie logo, umiejscowienie go. Tego typu rzeczy. Pracowałem nawet w przedszkolu z małymi dzieciakami. Trzeba było jakoś zapomnieć o siatkówce.

Jakim byłeś siatkarzem?

Występowałem na libero oraz na lewym skrzydle. Byłem typowym zawodnikiem, który raczej bronił czy przyjmował zagrywkę, niż atakował. Moi rodzice uczyli w szkole wychowania fizycznego, a tata grał w siatkówkę, był też trenerem. Występował na drugim szczeblu, który w Finlandii stał wtedy na wyższym poziomie, niż dzisiaj. Trzeci w moim kraju nie istnieje. Ile macie w Polsce poziomów?

Pięć.

Zazdroszczę. Mama natomiast zajmowała się głównie gimnastyką i tańcem. Jako że w siatkówkę grała też moja siostra, mieliśmy w domu zasadę, że z mamą o tej dyscyplinie się nie rozmawia, żeby były też jakieś inne tematy.

Ale ty uprawiałeś różne sporty, prawda? Który poza siatkówką lubiłeś najbardziej?

Siatkówkę plażową (śmiech). A tak poważnie - w czasach szkolnych grałem w koszykówkę, hokeja na lodzie i oczywiście piłkę nożną. Hokej i piłka to dwa sporty, które do dziś są najpopularniejsze w Finlandii. Ale o ile w jednym jesteśmy od lat w światowej czołówce, to w drugim sporo nam do niej brakuje. Pamiętam, że podobała mi się też lekkoatletyka. Sporo biegałem. Nie uprawiałem tylko nigdy skoków narciarskich. Nie oddałem żadnej próby, nawet z jakiejś malutkiej skoczni. To szalony sport!

Miałeś jako dziecko sportowych idoli?

Pamiętam z domu kasetę VHS taty, na której były nagrane wielkie mecze siatkarskie. Na początku byli zawodnicy, których podziwiałem, przedstawiciele różnych dyscyplin, ale kiedy trochę dorosłem, dotarło do mnie, że ja nie wierzę w idoli. Mam tak do dzisiaj. Wierzę w siebie i, przede wszystkim, w to, że od każdego można się czegoś nauczyć, żeby stać się lepszym człowiekiem.

Jak to się stało, że jednak zacząłeś pracę jako trener w ośrodku sportowym Kuortane?

Przez rok byłem na studiach biznesowych, ale nie podobało mi się tam. Czegoś mi brakowało. Dlatego poszedłem do dwuletniej szkoły, kształcącej instruktorów sportu. Ona ma swoją siedzibę w miejscu, gdzie szkolą się również siatkarze. Trochę taka fińska Spała. To było dla mnie ciekawe doświadczenie, bo przebywałem tam jako młody zawodnik, a po trzech, czterech latach powróciłem w to miejsce, by się uczyć. Spotkałem jednego z byłych trenerów, który spytał, czy nie chciałbym być u niego asystentem. Tak to się wszystko zaczęło. Miałem 23 lata, gdy zacząłem pracę jako asystent w reprezentacji Finlandii kadetów.

Od początku to pokochałeś?

Tak, choć gdy musiałem przedwcześnie zakończyć karierę zawodnika, nie chciałem pozostać w siatkówce. Wszystko było dla mnie zbyt bolesne i wpłynęło na to, jak odbierałem ten sport. Nie widziałem się zupełnie w roli trenera. Ale kiedy rozpocząłem pracę, od razu poczułem, że mam w sobie tę samą pasję do siatkówki, jaką miałem jako zawodnik.

Miałeś 25 lat, gdy objąłeś czołowy fiński klub, Kokkolan Tiikerit. To był trochę problem, że w drużynach, które prowadziłeś, miałeś zawodników starszych od siebie?

Ludzie dookoła, później fińscy dziennikarze, robili z mojego bardzo młodego wieku jakiś wielki temat, ale ja nigdy nie czułem, by mi to przeszkadzało. Nawet teraz, po 13 latach, w Projekcie Warszawa, rozgrywający Michał Kozłowski jest starszy ode mnie. Nigdy nie pracowałem w klubie, gdzie byłbym starszy od wszystkich zawodników. Może powinienem odejść, kiedy taka sytuacja w końcu będzie miała miejsce (śmiech).

Był listopad 2014 roku, ty miałeś 27 lat, gdy twój klub trafił na ZAKSĘ Kędzierzyn-Koźle w 1/16 finału Pucharu CEV. To była ZAKSA prowadzona przez Sebastiana Świderskiego, z Pawłem Zatorskim, Kayem van Dijkiem czy Nimirem Abdel-Azizem, który wtedy jeszcze był rozgrywającym. W Polsce przegraliście 1:3, ale u siebie wygraliście po tie-breaku, co było sporym zaskoczeniem.

W Finlandii mieliśmy swoją markę, byliśmy wtedy wicemistrzem kraju, a później dwa razy sięgaliśmy po tytuł, ale nie potrafiliśmy przebić się w Europie. Ogrywaliśmy w pucharach drużyny z Francji, ale przeciwko tym najlepszym zawsze czegoś brakowało. Z ZAKSĄ było podobnie, w tamtym meczu u siebie mogliśmy nawet powalczyć o awans, jednego seta przegraliśmy na przewagi. Czułem, że jesteśmy blisko. Nie wyszło, ale tamta rywalizacja na pewno spowodowała, że trochę osób w Europie usłyszało o mojej drużynie.

Zawodnikiem Kokkolan pod twoją wodzą był Taichiro Koga, japoński libero, który później błyszczał w PlusLidze w zespole z Zawiercia.

Grał u nas tak fantastycznie, że wybrano go nawet MVP całej ligi. W PlusLidze libero kiedykolwiek dostał taką nagrodę?

Nie sądzę. W 2023 roku Paweł Zatorski został MVP turnieju finałowego Ligi Narodów, ale to jednak inny przypadek.

No właśnie. To pokazuje, jak znakomity był Koga. On miał wpływ nie tylko na zespół, ale i na poziom całych rozgrywek.

Kiedy przeprowadzałem z nim wywiad w Zawierciu i zeszło na historie z Finlandii, mówił mi, że zaskoczyło go to, ile jego koledzy klubowi byli w stanie wypić wódki.

(Tiilikainen się śmieje). Ja nie miałem takich doświadczeń, ale on przyszedł z innej kultury, a liga w Finlandii była wtedy półprofesjonalna. Mniej więcej połowę drużyny stanowili zawodowcy, a drugą połowę młodzi chłopcy, studenci, oraz zawodnicy, którzy dorabiali sobie po treningach. W lidze były cztery zespoły, w tym nasz, które prezentowały jako taki poziom. Reszta odstawała. A co do alkoholu, to powiem tak: myślę, że ludzie w Polsce i Finlandii są w pewnych aspektach do siebie podobni (śmiech).

Udzieliłeś kiedyś wywiadu, w którym mówiłeś o trenerskich inspiracjach. Wiem, że jedną z nich był dla ciebie Anders Kristiansson. Kiedy się poznaliście?

W 2016 roku, gdy po odejściu z Kokkolan pracowałem w lidze niemieckiej. Przyjechał mnie odwiedzić, bo było już wtedy jasne, że w kolejnym sezonie będziemy prowadzić razem japoński zespół Wolf Dogs Nagoya.

Gdy się spotkaliśmy, miałem 29 lat, a on 68. Mógłby być nawet moim dziadkiem. To facet, który pracował w siatkówce od lat 70. Przez wiele lat był trenerem reprezentacji Szwecji. Lubię uczyć się od innych, wierzę w coś takiego jak system mentorski. W klubie z Nagoyi Anders był menedżerem, a ja pierwszym trenerem. To nie był podział na zasadzie: główny szkoleniowiec i jego asystent. Mówiłem na to: „co-coaching". Unikalna sytuacja, ale była dla mnie świetnym doświadczeniem.

Wiele rozmawialiśmy. Widać było u niego doświadczenie, zbierane przez dekady. Często wyłapywał jakieś rzeczy, które dla mnie pochodziły totalnie z jakiejś retro siatkówki, i przenosił je na boisko, lekko dostosowując do realiów. Mimo że był 2017 czy 2018 rok, takie połączenie często okazywało się kreatywne, ożywcze.

A gdybyś dziś mógł wybrać jednego trenera ze świata, którego zajęcia i odprawy mógłbyś obserwować, powiedzmy przez tydzień, do kogo chciałbyś pojechać?

To nie byłby człowiek ze świata siatkówki. I nawet nie chodziłoby o konkretnego trenera. Bardzo chciałbym wybrać się do Nowej Zelandii i zobaczyć z bliska, jak trenują All Blacks.

Rugbyści.

Tak. Mało jest w historii sportu drużyn, które aż tyle wygrały na poziomie międzynarodowym. Nie jestem fanem rugby, nie oglądam tego sportu na co dzień, ale w tej akurat drużynie dostrzegam coś magicznego. W Nowej Zelandii każdy młody chłopak marzy, by zostać jej częścią. Ona jest czymś więcej niż tylko zespołem narodowym. Jest dumą całego kraju. Dlatego chciałbym pojechać kiedyś do Nowej Zelandii i poczuć to wszystko. Znaleźć się blisko. A przy okazji – pewnie dostrzegłbym w ich treningach, w ich podejściu coś, co mógłbym przełożyć na siatkówkę.

Wiem, że kiedy pracowałeś w Japonii, miałeś pewną rutynę. Regularnie biegałeś. Co daje ci bieganie?

Kiedy biegnę sam, słucham podcastów albo audiobooków. Lubię też rozmawiać przez telefon, kiedy biegam.

Poważnie?

Tak. Dzwonię często do moich znajomych. A kiedy biegnę z kimś, to dobra sesja terapeutyczna. Możemy porozmawiać, poznać się lepiej – tak, jak może nie byłoby to możliwe w innych okolicznościach. Generalnie bieganie mnie rozluźnia, redukuje stres. Lubię zrobić trochę kilometrów, a przy okazji się spocić. Ale nie brałem dotąd udziału w żadnych zawodach amatorskich. Wolę biegać na swoich zasadach, kiedy chcę. Dwa tygodnie temu z Patrykiem, naszym statystykiem, przebiegliśmy 22 kilometry.

Dużo.

On przegrał zakład, a ja powiedziałem: „Ok, pobiegnę z tobą".

Wróćmy do Japonii. Pewnie nie pamiętasz, ale spotkaliśmy się tam w 2018 roku. Był chyba maj, pojechałem na turniej Kurowashiki Cup, w którym rywalizowała też twoja drużyna. Pisałem wtedy reportaż o fenomenie siatkówki w Japonii i robiłem wywiad z grającym tam Michałem Kubiakiem. Praktycznie nikt w hali nie mówił po angielsku. Chwilę rozmawialiśmy, po czym wskazałeś mi kilku kolejnych rozmówców.

Nie pamiętam, ale mogło tak być i zdecydowanie cię rozumiem. Przede wszystkim w Japonii, ale też później, przez cztery lata pracy w Korei Południowej (Tiilikainen w latach 2021-2025 był szkoleniowcem Incheon Korean Air Jumbos – przyp. red.), nie rozstawałem się z translatorem. Nauczyłem się, że moja wiadomość do Japończyka musi być krótka, konkretna i precyzyjna. I że ciągłe korzystanie z translatora to też jest pewna umiejętność.

Teraz, gdy jestem w Warszawie, nie ma potrzeby, bym uczył się polskiego, bo wszyscy znają tu język angielski. Nie ma we mnie instynktu przetrwania (śmiech). Ale w Japonii był. Mieszkałem w małym miasteczku obok Nagoyi, obok nas nie było żadnego innego obcokrajowca i kiedy szedłem nawet na najprostsze zakupy, tłumacz w telefonie był mi niezbędny. Na treningu – najczęściej to samo, choć byli zawodnicy, którzy przynajmniej trochę mówili po angielsku. Japończycy rok po roku coraz lepiej znają ten język, ale przed nimi jeszcze trochę pracy.

Z tamtego turnieju w Osace pamiętam, że na trybunach było wiele kobiet. Wpatrzone najczęściej w jednego siatkarza, idola. Często – mające dla niego prezent, który wręczały mu po meczu.

Zgadza się. Na każdym naszym treningu, jeśli był otwarty, pojawiali się kibice. Z reguły właśnie kobiety. Mniej więcej 20-30 osób, sporo przychodziło regularnie. Oglądały zajęcia, a po nich dawały siatkarzowi prezent. Nawet ja kiedyś jeden dostałem!

Jaki?

Akurat zbliżały się święta i kibicka wręczyła mi zgrzewkę piw.

Potrzebowałeś czasu, żeby zrozumieć osobowość Japończyków?

Tak, to zupełnie inna kultura. Przede wszystkim: myślą kolektywnie, w przeciwieństwie do Europy, gdzie dominuje podejście indywidualne. W Japonii naprawdę trzeba uważać. Kiedy żartujesz, może być niebezpiecznie, jeśli użyjesz sarkazmu. Nie zrozumieją go, ktoś się obrazi. W Korei było już inaczej: ludzie z tego kraju są bardziej „zachodni", można z nimi swobodnie żartować.

W klubie z Nagoyi przez rok, w sezonie 2020/2021, byłeś trenerem Bartosza Kurka. Jest jakaś jedna historia, która twoim zdaniem najlepiej oddaje jego osobowość?

Jednej ci nie opowiem, ale kilka razy powtarzał się podobny scenariusz. Gramy wyrównany mecz, z bardzo silnym rywalem. Spotkanie jest totalnie na styku. Piąty set, Bartosz gra fantastycznie, ale ostatecznie przegrywamy, powiedzmy, 13:15 w tie-breaku. Kurek po meczu jest niezadowolony. Kręci głową, ciągle powtarza: „Muszę być lepszy. Powinienem był skończyć przynajmniej jedną piłkę więcej".

Wielu gości miałoby podejście na zasadzie: „Ja byłem dobry, to inni zagrali gorzej", ale on nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Zwłaszcza kiedy przegrywaliśmy, nigdy nie był z siebie w pełni usatysfakcjonowany. Miałem wrażenie, że w jego głowie wielkie poczucie odpowiedzialności łączyło się z perfekcjonizmem. Taki właśnie jest dla mnie Bartosz Kurek.

Słyszałem, że prowadząc teraz PGE Projekt, używasz specyficznych metod treningowych, które niektórzy określają jako „kreatywny chaos". To wpływ przebywania w Azji?

Nie, to bardziej mieszanka świata nauki z tym, jak ja sam patrzę na siatkówkę i co chcę w niej robić. Ten sport jest dziś superszybki, a podczas meczu stymuluje cię mnóstwo rzeczy. Nie masz dwa razy tej samej piłki, akcje się różnią. Dlatego dobrą możliwością uczenia się gry jest znajdowanie się w otwartych, trochę przypadkowych sytuacjach, do których nie jesteś przyzwyczajony. Próba radzenia sobie z nimi i właściwa komunikacja. To może wydawać się nieco niechlujne, ktoś może stwierdzić, że na boisku panuje bałagan, ale krok po kroku takie rzeczy uczą cię radzenia sobie z chaosem.

Przed sezonem na treningach Projektu często mieliśmy gierki trzech na trzech albo czterech na czterech, w których zawodnicy nie byli przywiązani do pozycji. Każdy miał robić wszystko. Były też różne gry na rozgrzewce, które często nie miały wiele wspólnego z siatkówką. Chodziło o proces poznawczy, naukę rozwiązywania problemów. „Ok, co się robi w tej grze? A, tutaj są zasady. Dobra, to teraz użyję takiej taktyki, bo ona wydaje się dać największą szansę na zwycięstwo". Chcę, żeby moi gracze uczyli się czegoś takiego. Kreując różne gry, świadomie umieszczałem zawodników w sytuacjach, w których być może nie znajdowali się nigdy wcześniej. Niech spróbują przetrwać.

Pracowałeś jako asystent z reprezentacją Finlandii kadetów oraz juniorów. Chciałbyś kiedyś objąć jako pierwszy trener dorosłą reprezentację swojego kraju?

Nie mam takiej konkretnej ambicji czy marzenia. Patrzę na przyszłość trochę inaczej: będę szczęśliwy, jeśli zostałbym częścią rewolucji w siatkówce. Jeżeli spojrzysz na to, jak ta dyscyplina wyglądała 20 lat temu, zobaczysz, że w pewnych aspektach jest podobna, ale wiele rzeczy wygląda inaczej. Jestem przekonany, że za kolejnych 20 lat w siatkówce będą rzeczy, które dziś nie istnieją. Rewolucja to mocne słowo, ale ten sport musi się trochę zmienić, urosnąć.

Kocham siatkówkę i chciałbym, żeby cieszyła się większym szacunkiem w skali globalnej. W Polsce jest bardzo popularna, wiele osób ją uwielbia, ale w wielu państwach jest sportem zapomnianym. Myślę, że pewne zmiany w samej dyscyplinie mogą pozytywnie na to wpłynąć.

W jakich aspektach siatkówka może być inna w 2045 roku?

Nie tylko w siatkówce, ale i w piłce nożnej czy koszykówce wszystko dzieje się szybciej. Piłka leci z większą prędkością, co wynika z tego, że gracze są silniejsi fizycznie, ale wpływ ma też to, jak uderzasz piłkę i jak sobie radzisz w różnych sytuacjach. Z tą coraz lepszą szybkością w siatkówce musi iść w parze większa liczba wzorców grania.

To gra polegająca na trzech dotknięciach piłki, dlatego jestem przekonany, że będzie się pojawiało coraz więcej wariantów walki w przestrzeni między antenkami. Mój zespół – taką mam nadzieję – już w tym sezonie pokaże ciekawe rozwiązania. W najbliższych latach bardzo ważne będzie właśnie to, jak będziesz potrafił wygrać bitwę w przestrzeni między antenkami, używając do tego różnej prędkości, timingu oraz różnego kierowania piłki.

Byłeś zaskoczony, gdy reprezentacja Finlandii na tegorocznych mistrzostwach świata w grupie najpierw mocno postawiła się Argentynie, a później pokonała mistrzów olimpijskich, Francję?

Oczywiście, że byłem. Nie spodziewałem się wygranej z takim rywalem. Finlandia ma obecnie młody, naprawdę ciekawy i przyszłościowy zespół, który pokazał wielki głód i miał ogień w oczach. W 2007 roku, kiedy miałem 20 lat, Finlandia potrafiła być czwarta w mistrzostwach Europy, ale my nie jesteśmy dużym siatkarsko krajem, więc to oczywiste, że w takich meczach i wielkich turniejach gramy z pozycji underdoga. Jednocześnie taki zespół jak nasz zawsze ma szansę, by ograć kogoś bardzo silnego. Kojarzysz film „Głupi i głupszy"?

Oglądałem, ale lata temu.

Jest tam jedna scena, którą uwielbiam. Główny bohater, którego gra Jim Carrey, pyta dziewczynę, jakie ma u niej szanse: „Może 1 na 1000?" Ona mówi mu coś w stylu, że bardziej jeden na milion. A Carrey na to: „Czyli mówisz mi, że jest jakaś szansa?". Czyli 0% to zero. Ale jeżeli masz nawet 0,5%, to jest jakaś możliwość. Jim Carrey jest trochę jak reprezentacja Finlandii, która zawsze będzie walczyć do upadłego, jeżeli wyczuje nawet drobny ułamek prawdopodobieństwa wygranej.

Słyszałem, że kiedy w 2021 roku odchodziłeś z drużyny z Nagoyi, mogłeś objąć Cuprum Lubin. Czyli twoja przygoda z PlusLigą mogła zacząć się cztery lata wcześniej.

Potwierdzam – byłem blisko pracy z tą drużyną, ale nie chcę wchodzić w szczegóły. Ostatecznie przeniosłem się nieco bliżej, do klubu z Korei.

Masz 38 lat, a w swojej karierze trenerskiej, jak policzyłem, wywalczyłeś już 11 medali ligowych, w tym aż sześć złotych. Teraz prowadzisz Projekt, który jeszcze nigdy nie był mistrzem Polski. To duże wyzwanie?

Oczywiście, że tak. Gdy otrzymałem ofertę objęcia PGE Projektu, byłem na wakacjach w Finlandii. To nie była zbyt trudna decyzja. Podjąłem ją stosunkowo szybko. Mam świadomość, jak silna jest PlusLiga. Gra tu wiele drużyn, które mają ambicje, by być na szczycie. Wiem, że mój zespół w przeszłości był blisko, raz nawet grał w wielkim finale, zdobywał srebro i brąz i brakuje tego najcenniejszego medalu. Każdego dnia ciężko pracujemy, żeby ten sezon był jak najlepszy.

Zaczęliście ligę świetnie. Później przyszła porażka u siebie 0:3 z Asseco Resovią, która też ma wielki potencjał oraz ambicje. Nikt raczej nie mówił o wielkiej niespodziance, ale tak można było już nazwać przegraną również 0:3 z Barkomem Każany Lwów w Elblągu. Słowo „kryzys" byłoby zbyt duże?

To brzmi trochę dramatycznie, ale wiem, że dziennikarze muszą mieć dobre nagłówki (śmiech). Ja nie lubię używać tego słowa. Można mieć kryzys w życiu, ale w siatkówce?

W Elblągu nasz przeciwnik zagrał bardzo dobry mecz. Pokonali nas elementami siatkarskimi, ale to było spotkanie, w którym mieliśmy swoje szanse. Przecież w pierwszym secie było 23:21 dla nas. Gdybyśmy to dociągnęli, byłoby 1:0 dla Projektu i historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Ale nie daliśmy rady, a Barkom poczuł się na boisku dobrze. Byli nakręceni, a my nie mieliśmy najlepszego dnia. W takich sytuacjach trzeba po prostu skupić się na kolejnym spotkaniu. My tak zrobiliśmy. Po porażce oczywiście nikt nie czuł się dobrze, ale ta grupa ludzi potrafi radzić sobie w takich okolicznościach. I w kolejnym spotkaniu wygraliśmy u siebie z Energą Treflem Gdańsk.

Jest takie zdanie, które bardzo lubię: „Kiedy przegrywasz mecz, nie marnuj lekcji, jaką on dla ciebie był".

Rozmawiał: Jakub Radomski

Autor jest dziennikarzem serwisu Weszlo.com. 

Powrót do listy