Siatkarskieligi app
 

Artykuły

Bartłomiej Lemański: chyba musiałem dostać po dupie, by popracować nad mentalem

Najwyższy polski siatkarz wkrótce stanie się także najwyższym polskim psychologiem. Bartłomiej Lemański specjalnie dla nas opowiada o swoich przygodach i potyczkach z PlusLigą, „zbyt małych stopach”... i łóżku hrabiego Monte Christo. Zapraszamy na rozmowę z mierzącym 217 centymetrów wzrostu środkowym PGE GiEK Skry Bełchatów.

KAMIL SKŁADOWSKI: Gdy myślisz o swoich 217 centymetrach wzrostu, jakie masz pierwsze skojarzenie? 
BARTŁOMIEJ LEMAŃSKI: Gdy dorastałem, powiedzmy na etapie wczesnej dorosłości, raczej patrzyłem na mój wzrost negatywnie. Najwięcej urosłem między trzynastym a szesnastym rokiem życia. Czułem się wówczas w jakiś sposób inny. A że był to okres dojrzewania, nie jest łatwo aż tak się wyróżniać.

Miałeś z tego powodu kompleksy?
Od dziecka obracałem się w środowisku sportowym, chodziłem do klasy sportowej, trenowałem od dziesiątego roku życia, także było mi trochę łatwiej. Większość moich znajomych była w siatkówce. To nie jest tak, że rówieśnicy mi dokuczali, czy coś w tym stylu. Ale jako dojrzewający nastolatek miałem swoje kompleksy i zawsze coś u siebie znajdowałem. Czułem się inny przez mój wzrost, a to już wywoływało niepokój.
 
Tak wysokiej osobie trudno się schować.
Chyba najbardziej mi doskwierało to, że nie byłem jeszcze świadomy wielu spraw. Niepotrzebnie się denerwowałem rzeczami, które w ogóle nie powinny były mnie drażnić. Odbierałem różne zachowania inaczej niż one wyglądały w rzeczywistości. Zbyt często brałem uwagi do siebie, zbyt serio je traktowałem i łatwo się denerwowałem. Z czasem sytuacja się zmieniła. Moje różne doświadczenia i większa świadomość samego siebie sprawiły, że 217 centymetrów wzrostu traktuję dzisiaj jako super atut.

Jesteś najwyższym grającym zawodowo siatkarzem z naszego kraju, więc gdy się pojawiłeś w warszawskiej Politechnice, wszyscy widzieli cię za moment w reprezentacji Polski. Oczekiwali wielkich rzeczy. Jak to podziałało na 18-letniego chłopaka?
Szczerze, to nasłuchałem się o sobie tylu różnych bzdur i absurdalnych rzeczy, że sam nie wiem.



Jakich bzdur? Która była najśmieszniejsza?
Że nie będę grał w zawodową siatkówkę, bo mam za małe stopy – jak na swój wzrost. 

Co?!
No tak. Za małe stopy...

Na którym forum to przeczytałeś, a może w social mediach?
Nie, doszło to do mnie z drugiej ręki. I powiedział to jeden z „fachowców”.

Zdradzisz który?
Nie, ale był to jeden z autorytetów, nie żaden anonimowy internauta, tylko człowiek ze środowiska. Uznał, że przy moich stopach będą się przewracał przy szybkim poruszaniu się pod siatką. 



Niesamowite! A jaki nosisz numer buta? 
49,5 albo 50, zależy od marki. Jak na mój wzrost to może nie są jakieś gigantyczne rozmiary, no ale ludzie... Usłyszałem tą historię dopiero po latach, ale znalazłoby się więcej takich rzeczy. Gdy trafiłem do PlusLigi byłem jeszcze juniorem, w Politechnice miałem być tylko czwartym do pomocy, a tymczasem dużo grałem. Bardzo dobrze mi szło, jakoś tak naturalnie weszło. Nagle dużo głosów się pojawiło, że wiesz, będę grał w przyszłości w kadrze, o wielkie cele. Wielki o wielkie cele.

Trudno powiedzieć, żebyś był rozczarowaniem: za moment będziesz w dwudziestce najlepiej blokujących graczy PlusLigi w historii. Ale w kadrze faktycznie – na razie – się nie zadomowiłeś. To przez te stopy?
Wbrew pozorom nie. Po prostu siadła mi głowa, nie miałem odpowiedniego mentalu, a przede wszystkim nie byłem gotowy na zawodostwo od strony fizycznej.

Jak to siadła, co przez to rozumiesz?
Po dwóch udanych latach w Warszawie poszedłem od razu do Rzeszowa. Klubu, który gra o medale. Niestety, okazało się, że nie byłem dobrze przygotowany do takiej gry, na takim poziomie, w takim rytmie i z taką intensywnością. Łapałem kontuzję za kontuzją. Nie miałem świadomości swojego ciała, jaką mam teraz, nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić.



I jak to znosiłeś?
Słabo. W Rzeszowie oczekiwania i presja były dużo większe niż w stolicy. Nie byłem już dalej traktowany jako chłopak, który wchodzi do ligi, tylko taki, który kilka lat pograł i ma robić swoje. Cztery sezony na Podkarpaciu to cała masa problemów, a w efekcie można powiedzieć, że tam podupadałem. Już w Warszawie nie byłem przygotowany fizycznie do zawodowej gry i to się kończyło kontuzjami. A potem przyjechałem do Rzeszowa, gdzie okazało się, że nie byłem przygotowany także mentalnie. Trafiłem też wówczas do kadry prowadzonej przez trenera De Giorgiego – i jak wszyscy pamiętają – nic nie wygraliśmy. To też było dla mnie bolesne i demotywujące. Czułem, że siada mi psychika, stwierdziłem więc, że trzeba zmienić otoczenie. Po odejściu z Rzeszowa grałem w klubach raczej z dolnej części tabeli, o inne cele.

Zmiana pomogła?
Musiałem się odbić od tego mojego „dna”, przeanalizować wszystko. Zrozumieć, jakie  wartości są dla mnie ważne, na czym mi zależy, nad czym chcę pracować. No i czuję właśnie, że ten okres odkąd jestem w Bełchatowie, jest właśnie takim odbiciem.



Masz w sobie poczucie, że coś tam w twojej karierze nie poszło, że może gdybyś wcześniej miał pomoc mentalną, to mogło się to wszystko inaczej potoczyć? 
Nie dramatyzuję. Na pewno patrzę na to dwojako. Po pierwsze, mam jeszcze sporo do zrobienia w PlusLidze. Są aspiracje, żeby powalczyć o wyższe cele. Z drugiej strony, na pewno jestem zadowolony, że utrzymuję się tutaj przez tyle lat i faktycznie cały czas gram. Jeśli dobrze liczę, to jest mój dwunasty sezon w PlusLidze, więc to już jest jakieś osiągnięcie. Cieszę się z tego, co już mam, ale mam też ambicje i chrapkę na zdecydowanie więcej.

Na co młodzi ludzie powinni zwracać uwagę, gdy wchodzą do zawodowej siatkówki? 
Nie wiem, czy będę pod tym względem obiektywny, ale biorąc pod uwagę moje doświadczenia uważam, że dużo pracy trzeba włożyć nad rozwojem mentalnym. Może zdarzyć się tak, że są osoby, które po prostu mają w sobie to coś i są w stanie poradzić sobie z presją bez niczyjej pomocy. Mają dużą odporność psychiczną i pewność siebie. Myślę jednak, że zdecydowana większość ma swoje problemy i ma nad czym pracować. Jest to bowiem moment, w którym można się pogubić. Ja, zdecydowanie, się w tym wszystkim pogubiłem. Bardzo dużo sytuacji brałem do siebie, personalnie, nie rozumiałem wielu rzeczy, czemu ludzie reagują w dany sposób na moje słowa czy czyny. W ogóle na mnie. 

Podasz jakiś przykład? 
Były takie momenty, że czułem się bardzo nierozumiany, głównie przez trenerów. Zarzucali mi coś, znaczy zarzucali w cudzysłowie, bo po prostu zwracali mi uwagę, a ja nie potrafiłem tego przyjąć normalnie. Broniłem się przed tym, uważałem że to nie miało miejsca i próbowałem się tłumaczyć, lecz nikt mnie nie rozumiał. Czułem się też niewysłuchany i gdzieś to we mnie kiełkowało – taka złość, frustracja. To się przekładało na dyspozycję na treningach, na mecze. To główna rzecz, która mi chyba najbardziej przeszkadzała.



Dzisiaj już tak nie jest?
Nie. Jestem dużo spokojniejszy. Poczułem się dużo lepiej na boisku, odkąd sam zacząłem pracować na swoją mentalnością. Najpierw współpracowałem z psychologiem standardowym, a w poprzednim sezonie już ze specjalistą od sportu. Przez te moje historie z psychologami sam bardzo mocno się zainteresowałem tą dyscypliną i ją studiuję. 

Gdybyś wcześniej postarał się o takie wsparcie, to szybciej znalazłbyś spokój?
Wiesz co, i tak, i nie. Pamiętam, że w Rzeszowie był zatrudniony psycholog sportowy, ale to ja wówczas musiałbym być gotowy na to, żeby ktoś mi pomógł. Mieliśmy jakieś zajęcia grupowe, lecz taka praca nie ma sensu, jeśli zawodnik nie chce, a jest tylko zmuszany. Wtedy zupełnie nie brałem tego pod uwagę. No i chyba po prostu musiałem dostać, że tak powiem, po dupie, żeby faktycznie się za to zabrać. 

Myślisz, że byłeś osobą zbyt wrażliwą na samodzielne poradzenie sobie w młodości z wejściem w zawodowy sport?
Myślę, że tak. Na pewno w jakimś stopniu jestem osobą wrażliwą, a przynajmniej byłem. Dzisiaj dużo lepiej się czuję i wiem, jak pracować właśnie ze słabościami, które mogą cię blokować w sporcie. Szczerze mówiąc trochę się z tego śmieję, bo ja nie traktuję tego jako słabość, a ludzkie odruchy. Nie każdy jest w stanie  zapanować nad swoją głową i sobie wmówić, że jest tak czy inaczej. Nie wierzę w to, że ktoś się w ogóle nie przejmuje albo, że w ogóle nie reaguje na stres czy presję. Są ludzie, którzy mają naturalną, nie wiem, pewność siebie i odporną reakcję na stres, a to powoduje, że dobrze radzą sobie z presją. Ale z tego co mi się wydaje, to jednak większość ludzi presja i stres dotykają, a cecha wrażliwości na pewno to jeszcze potęguje. 

W jaki sposób łączysz studia z zawodowym graniem?   
Od czasu COVID-u bardzo dużo uczelni wprowadziło tryby hybrydowe, gdzie dużo zajęć jest prowadzonych on-line. Jestem studentem właśnie w formie niestacjonarnej. To mój czwarty rok, a w dni wolne od meczów oraz między treningami odbywam praktyki w klinice, która znajduje się w pobliżu Bełchatowa. 



Masz już temat pracy magisterskiej?
Jeszcze się zastanawiam, ale będę chciał iść w stronę psychologii sportu. To mnie bardzo zainteresowało. Wiem, że na pewno pójdę na podyplomowe studia właśnie dotyczące tej specjalizacji.

Trenowanie psychiki powinno być w zawodowym sporcie traktowane na równi z treningiem mięśni?
Zdecydowanie. Każdy gracz powinien mieć narzędzia, które pozwalają poprawić mental, swoją głowę, jeżeli zachodzi taka potrzeba. Myślę, że gdybyś zapytał topowych siatkarzy na świecie, to jestem przekonany, że większość z nich pracuje mentalnie i w wielu sportach jest to na porządku dziennym. I tak powinno być.

Opowiadałeś, że na początku nie byłeś fizycznie przygotowany do zawodowej siatkówki. A jak jest teraz?
Między moim pierwszym sezonem w lidze, a obecnym, jak sobie dobrze policzę, to jest chyba około 18 kilogramów różnicy. Przez kilka lat obudowywałem się mięśniami. Uważam – mówiąc nieskromnie – że jak na swój wzrost – jestem naprawdę całkiem mobilny, całkiem szybki. Pracowałem też dużo nad mobilnością stawów, doszło dużo rehabilitacji, wzmacnianie poszczególnych partii mięśni. Więc dużo rzeczy się złożyło, że od kilku lat jestem bardziej gotowy na zawodostwo. 



A jest jakiś sposób, żeby być gotowym na takie granie w młodym wieku?
Przede wszystkim trzeba mieć świadomość, że do PlusLigi trzeba się przygotować. Gdy byłem w młodzieżowych klubach, nie było jakiegoś specjalnego programu w siłowni. Więc gdy przychodziłem do Warszawy w ostatnim juniorskim roku, to dopiero pierwszy raz tak trenowałem z obciążeniami. Młodzi zawodnicy muszą być świadomi, co ich czeka i zająć się tym wcześniej, niż ja.

Ostatnie sezony w Bełchatowie, twoja współpraca z Grzegorzem Łomaczem – to wszystko dobrze wygląda. Masz powody do zadowolenia?
Nie chcę oceniać samego siebie. Ale według mnie to charakteryzuje dobrego zawodnika – wysoka forma przez dłuższy czas – do tego dążę, żeby prezentować się stabilnie. Nie o to chodzi, żeby zagrać jeden mecz fenomenalnie, a potem pięć tragicznie. Najlepszych zawodników charakteryzuje to, że wiadomo czego można od nich oczekiwać. Grzesiek jest takim rozgrywającym, który lubi grać ze środkowymi, co mi bardzo pasuje. Gramy ze sobą już trzeci rok. Mam też duże zaufanie od klubu, od trenerów, którzy przychodzą, czy od kolegów z drużyny. Czuję się tutaj dobrze.

Dziś już się nie wkurzasz, gdy trener czy koledzy zwracają ci na coś uwagę?
Musiałem sobie po prostu pewne rzeczy przepracować. Jak mam na przykład problem z kimś, no to przecież kogoś nie zmienię, mogę zmienić tylko swoje reakcje, prawda? Nie każdy jest idealny. Nic nie jest czarno-białe i gdzieś tam wina może leżeć po obu stronach. Dziś wiem, że mogę pracować nad sobą i mieć wpływ na swoje decyzje. Tylko i wyłącznie na nie.

Oficjalny profil zawodnika na plusliga.pl



Zbliżasz się do trzystu meczów rozegranych w PlusLidze. Całkiem ładna liczba! Jak ci się gra w polskiej lidze?
Jest interesująco. Wiesz, gdy zaczynałem, to było tak, że przed sezonem już wszyscy wiedzieli, jaka będzie strefa medalowa. Były kluby najbogatsze, które zawsze grały o medale, były gdzieś tam te biedniejsze, które po prostu walczyły o utrzymanie. No a teraz, jak widać, każdy mecz może być niespodzianką. Myślę, że nikt by nie powiedział przed sezonem, że my i Olsztyn będziemy w czołówce tabeli. To pokazuje wysoki poziom zespołów, że przy 14 drużynach nie wiadomo w połowie sezonu, gdzie jaka drużyna się znajdzie na końcu.

Zmieniając temat. Jak sobie radzisz ze zwykłymi sprawami, mając 217 centymetrów wzrostu? Jak choćby z ubraniami czy łóżkami w hotelach?
Myślę, że kiedyś byłoby chyba trochę trudniej. W XXI wieku to żaden problem, jest mnóstwo miejsc z ciuchami dla wysokich. A jeżeli chodzi o spanie, to jestem przyzwyczajony do dwumetrowego materaca, całe życie na takim śpię, więc na dłuższym poczułbym się jak hrabia Monte Christo na łóżku z baldachimem.

Czyli jak?
W filmie, który powstał w oparciu o powieść Aleksandra Dumasa był taki motyw, że facet spędził kilkanaście lat w więzieniu, gdzie spał na kamieniach. Jego historia potoczyła się w taki sposób, że zgarnął skarb i kupił sobie wielką willę. Miał wielkie łoże z baldachimem, ale na nim nie spał, tylko na ziemi, bo przyzwyczaił się do kamieni. Tak mi się to skojarzyło.

Powrót do listy