Artykuły

Czy Michał Grzyb zrobi większą karierę siatkarską od taty Wojciecha? „Nie porównuję się do niego” [WYWIAD]

Jego nazwisko waży sporo, bowiem jego tata jest wicemistrzem świata, multimedalistą mistrzostw Polski i legendą polskiej siatkówki. On dopiero stawia kolejne, choć wciąż pierwsze poważne seniorskie kroki w tym sporcie. Od najmłodszych lat może jednak liczyć na wsparcie ojca. Dziś Michał Grzyb, syn Wojciecha, uznanego reprezentanta Polski, chce jednak napisać swoją historię siatkarską. I w tym celu wrócił do TAURON Ligi, a jego nowym zespołem został Steam Hemarpol Politechnika Częstochowa.

Z 21-letnim przyjmującym rozmawiamy o tym, dlaczego nie został środkowym jak tata, czy za czasów gry w VK Ostrawa był częstym gościem na słynnej Stodolni, jak żyje się w siatkarskiej rodzinie oraz tym, czy uczeń przerośnie mistrza.

Maciej Nowocień: Zacznijmy od tego, że urodziłeś się 1 stycznia, a to wyjątkowa data. Miałeś jakieś przygody z tym związane?

Michał Grzyb: Chyba raczej nie, oprócz tego, że rodzice sylwestra spędzili na porodówce (śmiech). Dzięki temu mogłem grać w kadrach młodzieżowych z rocznikiem 2005. Czasem śmieję się, że gdybym urodził się dosłownie dzień wcześniej, moja droga mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Trafiłbym do rocznika 2004, a później rywalizował z chłopakami z 2003, będąc od nich nawet półtora roku młodszy. W siatkówce młodzieżowej taka różnica wieku naprawdę ma znaczenie, więc pewnie byłoby mi dużo trudniej przebić się do reprezentacji. 

Ten jeden dzień faktycznie może zrobić znaczenie, bo różnica mentalna i fizyczna u dzieci nawet przy kilku miesiącach jest ogromna.

Byłem późno dojrzewającym dzieckiem i przez większość młodości należałem do najniższych zawodników. Z tego powodu zaczynałem jako libero, bo wtedy moje warunki fizyczne nie dawały mi żadnej przewagi.Kiedy grałem jeszcze w młodzikach, większość chłopaków zdążyła już mocno dojrzeć, a ja wciąż wyglądałem przy nich jak dziecko. Wszystko zmieniło się mniej więcej w wieku 15 lat, w czasie pandemii. W ciągu dwóch lat urosłem o około 15-20 centymetrów, co całkowicie zmieniło moją sytuację. Dzięki temu mogłem przejść z pozycji libero na przyjęcie i od tamtej pory gram właśnie na tej pozycji. To był moment, który w dużej mierze ukształtował moją dalszą drogę w siatkówce.

Nie marzyłeś jednak o grze na środku, jak tata?

Raczej nie. Szczerze mówiąc, środkowy to nie jest pozycja, o której młodzi siatkarze najczęściej marzą. Ja od zawsze wyobrażałem sobie, że będę albo rozgrywającym, albo przyjmującym. Zresztą długo nie miałem nawet okazji myśleć o innych pozycjach, bo przez wiele lat byłem najniższy w zespole. Żaden trener nie postawiłby mnie wtedy na środku, więc naturalnie grałem jako libero. Na tej pozycji występowałem jeszcze jako 14-15-latek. Dopiero kiedy zacząłem szybko rosnąć, pojawiła się możliwość zmiany. Miałem odpowiednie warunki i predyspozycje do gry na przyjęciu, więc przejście na tę pozycję było bardzo naturalne. Przez środek praktycznie nigdy się nie przewinąłem, od libero przeszedłem od razu na przyjęcie i tak już zostało.

Jakie jest twoje pierwsze wspomnienie siatkarskie?

Mam jakieś przebłyski ze starej hali Urania. Nie mam wielu konkretnych wspomnień z czasów, kiedy tata jeszcze grał w Olsztynie, raczej pojedyncze obrazy, jak biegałem gdzieś z boku, mając trzy czy cztery lata. Wtedy jeszcze same wydarzenia na boisku nie interesowały mnie aż tak bardzo. Z czasem jednak coraz bardziej wciągało mnie oglądanie meczów taty. Brałem balon i odgrywałem to, co widziałem na boisku. Rodzice opowiadają, że robiłem to już jako dwuletnie dziecko, a ja sam pamiętam to najlepiej z okresu, gdy miałem cztery czy pięć lat. Potrafiłem godzinami wymyślać własne mecze, a nawet stworzyłem sobie swoją „ligę”, w której sam rozgrywałem spotkania, używając tylko balona i wyobraźni. To chyba właśnie wtedy narodziła się moja pasja do siatkówki.

Widziałeś, że tata jest rozpoznawalny?

Na pewno to widziałem, chociaż sam niewiele z tamtego okresu pamiętam. Ale wystarczy wspomnieć, że Rzeszów był wtedy bardzo siatkarskim miastem i myślę, że do dziś taki pozostał. Zdarzały się więc sytuacje, że szliśmy z tatą przez miasto, a kibice Resovii go rozpoznawali i zaczepiali. Dla mnie jako dziecka było to coś całkowicie naturalnego. Ja jednak nigdy nie czułem z tego powodu żadnej presji. Raczej szybko wypracowałem własną drogę i skupiłem się na sobie. Nie miałem poczucia, że muszę żyć w cieniu taty czy się z nim porównywać. Po prostu od początku starałem się budować swoją własną karierę.

Miałeś siatkarskich “wujków”?

Trudno mi sobie przypomnieć… Z relacji rodziców słyszałem, że w Olsztynie był nim Michał Bąkiewicz, wtedy bardzo dobry kolega mojego taty. Ja z kolei od najmłodszych lat byłem blisko siatkówki. Po treningach czy meczach zdarzało mi się spędzać czas z zawodnikami, zamienić z nimi kilka słów czy po prostu obserwować ich z bliska. Dla mnie było to wtedy zupełnie naturalne i pewnie właśnie dzięki temu jeszcze bardziej wciągnąłem się w ten świat. Trudno mi jednak przypomnieć sobie konkretne nazwiska.

Urodziłeś się w Olsztynie, potem przeprowadziliście się do Rzeszowa, a ostatecznie osiedliście w Gdańsku. Czujesz się Gdańszczaninem?

Tak, zdecydowanie. Do Gdańska przeprowadziłem się, kiedy miałem około dziewięciu lat, i tak naprawdę to właśnie tam dorastałem. Do dziś, kiedy wracam do domu, wracam właśnie do Gdańska. Bardzo zżyłem się z tym miastem i uważam, że to najpiękniejsze miasto w Polsce. Bardzo dobrze mi się tam żyje i czuję się Gdańszczaninem. Oczywiście zarówno Olsztyn, jak i Rzeszów też są mi bliskie i mam z nimi wiele dobrych wspomnień. To miasta, z którymi również byłem mocno związany. Jednak to w Gdańsku spędziłem najwięcej czasu i właśnie z nim najbardziej się utożsamiam.

I tam zacząłeś treningi siatkarskie.

W Rzeszowie bardzo dużo grałem i odbijałem piłkę na podwórku, często nawet zwykłym balonem. Zdarzało mi się też chodzić na pojedyncze treningi, ale nie byłem jeszcze częścią żadnego klubu ani nie grałem w turniejach minisiatkówki czy Kinder Joy of Moving. Tak naprawdę dopiero po przeprowadzce do Gdańska zacząłem trenować na poważnie. To tam trafiłem do klubu i regularnie uczestniczyłem w treningach, trzy razy w tygodniu. Wcześniej uczyłem się głównie dzięki tacie albo po prostu sam spędzałem wolny czas z piłką. Bardzo lubiłem odbijać i ćwiczyć, nawet bez zorganizowanych zajęć. To była moja pierwsza prawdziwa styczność z regularnym treningiem siatkarskim.

Nie trzeba więc było cię namawiać do gry w klubie?

Nie! Kiedy tata usłyszał, że jest możliwość rozpoczęcia regularnych treningów, od razu chciałem spróbować. Po przeprowadzce do Gdańska trafiłem do Trefla i zostałem tam aż do końca wieku juniora. 

Młodzieżowe grupy Trefla są uważane w Polsce za bardzo mocne. 

Uważam, że w Treflu jest naprawdę bardzo dobry system szkolenia. Pracują tam trenerzy z dużym doświadczeniem w szkoleniu młodzieży, a cały proces jest dobrze przemyślany i przebiega bardzo naturalnie. Zawodnicy przechodzą przez kolejne etapy: od minisiatkówki, przez młodzika i juniora, aż do drugiej ligi, gdzie mogą już rywalizować z seniorami i zdobywać cenne doświadczenie. Dzięki temu przejście do seniorskiej siatkówki, a docelowo nawet do TAURON Ligi, jest znacznie łatwiejsze i bardziej płynne.

Jednym z trenerów w młodym Treflu jest również twój tata. Co więcej, przez jakiś czas byłeś w jego grupie! Miałeś lżej czy trudniej?

Powiedziałbym, że było mi trochę trudniej. Musiałem udowodnić więcej niż inni, żeby naprawdę zasłużyć na miejsce w zespole. Tata prowadził grupę o rok starszą ode mnie, a ja sam byłem wtedy jeszcze mało doświadczonym zawodnikiem. To był właściwie mój drugi poważny sezon na pozycji przyjmującego, bo pierwszy był okresem przejściowym, a dopiero później zacząłem regularnie grać na wyższym, juniorskim poziomie. Myślę, że tata świadomie starał się unikać jakichkolwiek sytuacji, które mogłyby zostać odebrane jako faworyzowanie. Zawsze mogą pojawić się głosy, że syn trenera ma łatwiej, więc paradoksalnie u mnie było raczej odwrotnie. Nie miałem żadnych taryf ulgowych i musiałem zapracować na każdą szansę. To nie był dla mnie najłatwiejszy sezon, także pod względem mentalnym. Nie da się przecież kontrolować tego, co mówią inni ludzie. Niezależnie od tego, jak wyglądała sytuacja, zawsze pojawiały się jakieś komentarze. Mimo wszystko wspominam ten czas dobrze, bo bardzo dużo mnie nauczył i na pewno pomógł mi się rozwinąć jako zawodnik.

A czy w domu rozmawialiście jeszcze o siatkówce?

Tak, ale nie było tego jakoś bardzo dużo. Staraliśmy się wyraźnie oddzielać relację trener-zawodnik od relacji ojciec-syn. Na uwagi i wskazówki trenerskie był czas na sali, natomiast w domu rozmawialiśmy bardziej o bieżących wydarzeniach, przykładowo obejrzanych meczach, ciekawych akcjach czy tym, co akurat działo się w siatkówce. Często wspólnie oglądaliśmy spotkania i wymienialiśmy się spostrzeżeniami, ale raczej nie przenosiliśmy treningów do domu. Taki podział od początku dobrze się u nas sprawdzał.

Byłeś trudnym dzieckiem?

Jak byłem młodszy, to podobno tak, chociaż o ten okres najlepiej byłoby zapytać rodziców. Sam nie pamiętam tego aż tak dobrze. Potrafiłem być bardzo emocjonalny, robiłem sceny i trudno było mi pogodzić się z porażkami. Byłem też dość głośnym i żywiołowym dzieckiem. Z wiekiem jednak bardzo się uspokoiłem i nauczyłem się panować nad emocjami.

Czy młody-gniewny Michał Grzyb spierał się w kwestiach siatkarskich z doświadczonym Wojciechem Grzybem?

Czasami tak, ale na pewno zawsze czułem wsparcie taty. Nie przychodzi mi do głowy jedna konkretna sytuacja, kiedy trochę dyskutowaliśmy, ale zawsze wiedziałem, że mogę na niego liczyć. Oglądał moje mecze i czasem dzielił się swoimi spostrzeżeniami czy radami, jednak robił to bardziej z perspektywy ojca i byłego zawodnika niż trenera. Nigdy nie próbował wchodzić w rolę szkoleniowca, bo wiedział, że od tego mam trenerów w klubie. Potrafił zachować odpowiedni balans. Wspierał mnie, motywował i był obecny, ale nie ingerował przesadnie. Znał swoją rolę i myślę, że właśnie dzięki temu jego wsparcie było dla mnie tak cenne.

Dwa lata temu wyjechałeś z rodzinnego domu i grałeś w czeskim VK Ostrawa. Tata dzwonił do ciebie z radami po obejrzanych meczach?

W Czechach tata oglądał praktycznie wszystkie moje mecze i bardzo mnie wspierał. Po niektórych spotkaniach faktycznie dzielił się swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi mojej gry, ale były to raczej pojedyncze uwagi niż regularne analizy. Nigdy nie odbierałem tego jako krytyki czy próbę trenowania mnie. Bardziej mówił o tym, co sam zauważył podczas meczu i na co, jego zdaniem, warto zwrócić uwagę. To były po prostu obserwacje byłego zawodnika i ojca, a nie porady trenerskie. Dzięki temu nadal zachowywaliśmy wyraźny podział między rolą taty a rolą trenera.

Kończąc temat siatkówki młodzieżową, to grałeś też w kadrze. Szóste miejsce mistrzostw świata do lat 21 to twój największy dotychczasowy sukces w karierze?

Na pewno było to bardzo cenne doświadczenie i jeden z ważniejszych etapów w mojej dotychczasowej karierze. Trudno jednak powiedzieć, że był to mój największy sukces, bo ten na pewno jeszcze przede mną. Zajęliśmy szóste miejsce na mistrzostwach świata U-21, ale szczerze mówiąc, celowaliśmy w awans do najlepszej czwórki. Dlatego, mimo że sam turniej wspominam bardzo pozytywnie, pozostał po nim pewien niedosyt. Z perspektywy czasu najbardziej doceniam to, czego nauczyliśmy się jako zespół i jakie doświadczenie zebraliśmy podczas rywalizacji z najlepszymi drużynami świata. To na pewno zaprocentuje w dalszej karierze, ale wtedy wszyscy czuliśmy, że mogliśmy osiągnąć jeszcze więcej.

Ale chyba sama gra w reprezentacji to już dla ciebie wielka nobilitacja.

No tak, to coś wyjątkowego. To ogromne wyróżnienie i doświadczenie, które trudno porównać z czymkolwiek innym. Pamiętam, że kiedy jako 19-latek po raz pierwszy usłyszałem hymn Polski przed meczem, towarzyszyły mi naprawdę niesamowite emocje. To był moment, który na długo zostanie w mojej pamięci i uświadomił mi, jak wielkim zaszczytem jest reprezentowanie kraju.

A pamiętasz sam moment, gdy otrzymałeś powołanie na pierwsze zgrupowanie kadrowe? 

Byłem wtedy jeszcze na wakacjach w Hiszpanii, kiedy zadzwonił do mnie trener Sebastian Pawlik z informacją o powołaniu. To była ogromna radość i jeden z tych telefonów, których nigdy się nie zapomina. Samo otrzymanie powołania do reprezentacji było dla mnie spełnieniem jednego z marzeń i do dziś bardzo miło wspominam ten moment.

Jakub Nowak i Maksymilian Granieczny, czyli zawodnicy z twojego rocznika, grają już z powodzeniem w kadrze seniorskiej. Rozumiem, że to twoje marzenie?

Na razie staram się do tego podchodzić ze spokojem. Będę dawał z siebie wszystko w tym sezonie, ale nie chcę się na nic nastawiać ani wybiegać za daleko w przyszłość. Skupiam się na codziennej pracy i na tym, żeby z dnia na dzień stawać się lepszym zawodnikiem. Nie spieszy mi się. Wierzę, że jeśli będę konsekwentnie pracował, to odpowiedni moment po prostu przyjdzie. A kiedy już się pojawi, będę gotowy, żeby wykorzystać swoją szansę.

Jak się trafia do ligi czeskiej?

Trafiłem tam dzięki mojemu menedżerowi. Odezwał się do nich Mateusz Biernat-zasłużony zawodnik zespołu, który pomagał klubowi w wynajdowaniu graczy na polskim rynku. Była to decyzja, do której od początku byłem przekonany, bo dostałem konkretną propozycję, czyli możliwość gry w pierwszym składzie w lidze czeskiej, która stoi na całkiem dobrym poziomie. Wszystko potoczyło się dość szybko i bez większych komplikacji udało nam się dojść do porozumienia.

Co dały ci te dwa lata za naszą południową granicą?

Przede wszystkim bardzo dużo doświadczenia boiskowego. Było to coś niezwykle cennego i trudnego do zastąpienia. Szczególnie ważne było dla mnie zaufanie, jakim obdarzył mnie klub, bo w przypadku młodych zawodników nie jest to takie oczywiste. Od początku byłem zawodnikiem pierwszego wyboru na swojej pozycji, co dało mi ogromną możliwość rozwoju. Nauczyłem się tam również radzić sobie z trudniejszymi momentami na boisku. Na przykład tego, jak reagować po słabszych akcjach czy gorszych spotkaniach i jak zachować odpowiednie podejście. To są rzeczy, których nie da się nauczyć tylko w teorii. Trzeba je przeżyć, zdobyć doświadczenie i samemu znaleźć rozwiązania w trakcie gry.

Był to lepszy wybór, niż ławka w TAURON Lidze lub TAURON 1. Lidze?

Zdecydowanie tak. Najważniejsza była sama możliwość grania. Trafiłem do miejsca, gdzie od początku dostałem bardzo dużo zaufania, a to mocno zmieniło moje podejście, zarówno do gry na boisku, jak i do mnie samego jako siatkarza. Dzięki temu nabrałem większej pewności siebie, nauczyłem się brać większą odpowiedzialność za swoją grę i lepiej rozumieć, czego ode mnie wymaga się na tym poziomie.

Odnaleźć się w VK Ostrawa miałeś o tyle łatwiej, że w składzie czeskiej ekipy mieliście swoją polską “mafię”.

Mieliśmy tam grupkę czterech Polaków w pierwszym sezonie, więc na pewno łatwiej było mi odnaleźć się w szatni. Chłopaki z Czech też rozumieli sporo języka polskiego, bo wcześniej w klubie występowało już kilku Polaków, więc nie było większej bariery komunikacyjnej. Oczywiście była to pewna nowość, bo jednak to połączenie polsko-czeskiej szatni. Dobrze porozumiewam się też po angielsku, więc bez problemu mogliśmy się dogadać. Szybko się zaaklimatyzowałem i nie miałem większych problemów z odnalezieniem się w nowym zespole.

Mieszkaliście jako Polacy razem?

W pierwszym sezonie mieszkałem razem z Wojtkiem Dudzikiem, więc pod tym względem też było mi łatwiej wejść w nowe środowisko. Życiowo Czechy są bardzo zbliżone do Polski, dlatego nie było to jakieś ogromne zderzenie z inną kulturą czy zupełnie nowym światem. Na pewno było to jednak dla mnie bardzo cenne doświadczenie pod względem samodzielności. Wcześniej mieszkałem z rodzicami w Gdańsku, więc wyjazd do Czech był pierwszą sytuacją, w której musiałem sam organizować sobie życie. Przez te dwa lata dużo się nauczyłem, ale nie powiedziałbym, że było jakoś zdecydowanie trudniej niż w Polsce. Ostrawa też była dobrym miejscem pod tym względem, bo znajduje się blisko polskiej granicy. Do Gdańska oczywiście było daleko, ale podobnie jak z innych polskich miast, na przykład z Katowic. Nie była to więc jakaś ekstremalna odległość i dzięki temu łatwiej było utrzymać kontakt z Polską.

Daleko mieliście do Stodolni, czyli słynnej imprezowej ulicy Ostrawy (śmiech)?

A wiesz, że teraz Stodolni już w zasadzie zamknęli? To już nie taka sama legendarna ulica, co kiedyś i jej magia za chwilę runie. Teraz będą tam budować apartamenty.

Ale chociaż raz musieliście tam być!

No tak, mieliśmy jedno wyjście drużynowe na koniec sezonu (śmiech).

Teraz wracasz do TAURON Ligi. Podkreślam: “wracasz”, bo przecież masz już za sobą debiut!

No tak, w meczu z Bełchatowem wszedłem na boisko praktycznie na ostatnią piłkę, a właściwie na przedostatnią akcję, kiedy mieliśmy już dużą przewagę. Trener Igor Juričić wypuścił mnie wtedy głównie na blok i mimo że był to tylko jeden moment, to zapamiętałem go bardzo dobrze. To były ogromne emocje, bo graliśmy w Ergo Arenie, gdzie na trybunach było około pięciu tysięcy kibiców. Nigdy wcześniej nie miałem okazji wystąpić w takiej atmosferze. Samo wejście na boisko było dla mnie bardzo intensywnym przeżyciem, emocje od razu wzięły górę, ale udało się zagrać tę jedną akcję i później zejść. Mimo krótkiego występu wspominam to jako naprawdę fajne i ważne doświadczenie.

Wcześniej nie wiedziałeś, że możesz wejść?

Nie, to był normalny dzień meczowy, tak jak przy innych. Z uwagi na to, że mieliśmy już bezpieczną przewagę, trener chyba chciał docenić moją pracę z pierwszym zespołem i dał mi szansę na to wejście. Wcześniej nie wiedziałem, że taka możliwość się pojawi, więc było to dla mnie pewne zaskoczenie, ale bardzo pozytywne. Cieszę się, że mogłem dostać ten debiut i zaliczyć pierwszą akcję w takim spotkaniu. Było to dla mnie ważne doświadczenie i fajna nagroda za pracę wykonaną na treningach.

Oglądałem tę akcję i ostatecznie Wiktor Musiał, ówczesny atakujący PGE GiEK Skry, obił blok. Zapytam inaczej: czy ty w ogóle dotknąłeś piłki w TAURON Lidze?

Nie, przeszła przez środkowego (śmiech). 

Czyli taki prawdziwy debiut przed tobą.

Faktycznie, nie traktowałbym tamtego meczu jeszcze jako takiego pełnoprawnego debiutu. Oczywiście samo doświadczenie było dla mnie naprawdę świetne, szczególnie że miałem wtedy 18 lat i wydarzyło się to chwilę po moich urodzinach. Możliwość wejścia na boisko w takim meczu i poczucie tej atmosfery było czymś wyjątkowym. Ale teraz liczę na debiut już z większym udziałem z mojej strony, czyli taki, w którym będę mógł faktycznie pomóc drużynie, spędzić więcej czasu na boisku i pokazać swoje umiejętności. To jest coś, do czego teraz dążę.

Wiesz już, jaką rolę będziesz pełnił w Steam Hemarpolu Politechnice Częstochowa, którego właśnie zostałeś zawodnikiem? 

Trudno mi powiedzieć. Na pewno muszę dalej ciężko pracować i wykorzystywać każdą szansę, którą dostanę od trenera. To jest jedyna rzecz, na którą mam wpływ: codzienna praca i przygotowanie się tak, żeby być gotowym, kiedy pojawi się możliwość gry.

A jakie macie cele po nie najlepszym ostatnim sezonie w wykonaniu Częstochowian?

Na pewno chcemy się odbudować. Chcemy pokazać się z lepszej strony, zrobić dobry wynik i wrócić na właściwe tory. Będziemy podchodzić do tego spokojnie, patrzeć z meczu na mecz i dawać z siebie sto procent w każdym spotkaniu. Najważniejsze, żeby cały czas iść do przodu i rozwijać się jako drużyna.

Na koniec: uczeń Michał przerośnie kiedyś mistrza Wojciecha?

Też nie wiem, mam nadzieję, że tak, ale zobaczymy, jak potoczy się moja kariera. Na pewno nie wyznaczam sobie takiego celu, żeby zrobić większą karierę niż tata. On sam bardzo dużo osiągnął i ma na swoim koncie wiele sukcesów, więc nie podchodzę do tego w taki sposób. Staram się myśleć bardziej zadaniowo: z dnia na dzień, z meczu na mecz i z sezonu na sezon. Chcę cały czas się rozwijać, pracować i wykorzystywać swoje możliwości. Ten długoterminowy efekt przyjdzie na końcu i wtedy będzie można ocenić, dokąd mnie to zaprowadzi. Na pewno nie porównuję swojej drogi do taty, bo każdy z nas ma swoją własną karierę.

Powrót do listy

Powiązane informacje

POWIĄZANE WIADOMOŚCI