Siatkarskieligi app
 

Artykuły

Fabian Drzyzga: Staram się nie przejmować, czy ktoś lubi to nazwisko czy nie

Fabian Drzyzga drugi sezon reprezentuje barwy Fenerbahce Medicana. W rozmowie z siatkarskieligi.pl, opowiedział m.in. o codzienności w tętniącym życiem Stambule, logistycznych wyzwaniach ligi tureckiej oraz o tym, jak z perspektywy czasu ocenia swoje zagraniczne wybory.  

Dla pana to już drugi sezon w barwach Fenerbahce Medicana Stambuł. Udało się już zadomowić w Turcji?
FABIAN DRZYZGA (rozgrywający Fenerbahce Medicana Stambuł): Myślę, że teraz jest już łatwiej, bo już po prostu wiem co się z czym je i czego się mogę spodziewać. Stambuł ma swoje uroki, ma też swoje minusy, ale do wszystkiego człowiek jest w stanie się przyzwyczaić. Osobiście nie mogę narzekać na życie tutaj, oprócz oczywiście jednego dużego minusa, że jestem tu sam, bez rodziny. Dajemy jednak radę, że tak powiem, ten minus akceptujemy i żyjemy dalej.

Czy coś poza rozłąką z bliskimi dostrzega pan jeszcze jakieś minusy?
Jak wszędzie tak i tu są pewne niedogodności. Kto był w Stambule, to na pewno od razu to od razu dostrzegł, mowa o korkach. Jak tylko słyszymy, że gdzieś jedziemy, to od razu mam, że tak powiem, delikatnie oczy zmęczone i ciało mi opada. Stanie w korkach w Stambule nie jest niczym miłym. Nigdzie nie jest miłe stanie w korkach, ale tutaj wyjątkowo, bo te korki są dużo, dużo większe niż w innych miastach. Tracenie czasu na to trochę mnie irytuje, ale do takich rzeczy też się człowiek przyzwyczaja. Po prostu tak tu jest. Kiedy już mamy jakieś wyjazdy, wtedy klub zawsze stara się znaleźć takie godziny, żeby korki ominąć, a podróż była jak najpłynniejsza, chociaż nie zawsze tak się da.


A czy sam również jeździ pan po Stambule? Klub zapewnia zawodnikom służbowe samochody do dyspozycji?

Nie, nie mam samochodu, ponieważ klub organizuje wszystkie transporty na hale treningowe czy meczowe. Później jesteśmy też odwożeni w takie miejsce, z którego ja mam akurat 2 minuty piechotą do domu. Nie potrzebuję więc auta. Jeśli mam ochotę poruszać się gdzieś po Stambule, to akurat taksówki są tutaj tanie i można bez problemu sobie pojechać.

Zawodnicy w innych klubach, szczególnie obcokrajowcy, często dostają samochody. Czy to jakaś odgórna sugestia klubu podyktowana względami bezpieczeństwa lub logistyki?
Wiadomo, że takie rzeczy tak naprawdę spisane są zawsze w kontrakcie. Poinformowano mnie przed podpisaniem kontraktu, że tak to tutaj wygląda i ja to zaakceptowałem, bo nie potrzebuję samochodu do życia. Pod domem mam wszystko czego chcę i potrzebuję. Jest sklep, są restauracje i mam blisko na trening. Poza tym tak jak wspomniałem, klub organizuje transport do hali, również treningowej i meczowej. Samochód nie jest mi do niczego potrzebny.


Przez ten czas pobytu w Stambule zapewne znalazł pan trochę czasu, żeby pozwiedzać to gigantyczne miasto. Ma pan jakieś swoje ulubione miejsca, czy raczej woli się nigdzie nie zapuszczać?

Rok temu, gdy przyjechała moja rodzina i przyjaciele, to byliśmy w takich bardziej turystycznych miejscach. Jednak akurat my nie jesteśmy typem turystów, czy ludźmi, którzy chętnie zwiedzają. Po prostu kiedy gdzieś jedziemy, czy jeśli się gdzieś po prostu wybierzemy, to co zobaczymy, to zobaczymy. Byliśmy w różnych miejscach. Wiem na pewno, że po pierwszym razie kiedy byłem na Grand Bazaar, to powiedziałem, że nigdy więcej tam nie pójdę, dziękuję bardzo. Złapałem tylko córkę bardzo mocno za rękę, żeby przypadkiem jej nie sprzedali, bo handlują tam chyba wszystkim, co się da. (śmiech) Oczywiście, to tak pół żartem, pół serio, ale przeraziło mnie to miejsce pod względem liczby ludzi. Oczywiście na pewno ma to na swój sposób jakiś urok. Ja jednak raczej nie będę przewodnikiem i nie będę pokazywał, gdzie w Stambule można coś zobaczyć. Uważam, że można po prostu pójść do fajnej restauracji albo kawiarni, gdzieś blisko wody, gdzieś, gdzie jest fajny widok na cały Bosfor. Szczególnie wieczorami robi to bardzo duże wrażenie. Takie widoki cieszą moje oko. A czy zobaczę jedną atrakcję turystyczną, czy drugą, nie ma to dla mnie większego znaczenia. Raczej jestem domatorem, a nie turystą.

Czyli pana życie toczy się po stronie azjatyckiej Stambułu?
Tak jest. Na stronę europejską zarzucam swoje sidła tylko kiedy jestem z rodziną, albo naprawdę bardzo rzadko. Żeby po prostu zabić wolny czas inaczej niż robię to na co dzień.


Grał pan w Grecji, teraz w Turcji. Dostrzega pan jakieś podobieństwa między tymi krajami, czy jednak te światy mocno się od siebie różnią?

Taka ogólna mentalność jest bardzo podobna, ale są małe różnice, jakieś niewielkie detale. Jednak te kraje są dość blisko siebie. W pewnym sensie historia też ich łączy, albo może dzieli, w zależności jak się spojrzy. Wydaje mi się że i tam i tutaj żyje się bardzo podobnie.

Olympiacos Pireus był dla Fabiana Drzyzgi pierwszym zagranicznym klubem w karierze i pewnie przed wyjazdem było wiele niewiadomych?
Zdecydowanie. Dlatego już teraz każdy wyjazd za granicę nie jest dla mnie aż tak zaskakujący. Już wiem z czym to się je, natomiast mój pierwszy wyjazd, właśnie do Aten, bo tam mieszkałem, był troszeczkę inaczej przeze mnie postrzegany. Pewnie gdybym teraz wrócił przykładowo do tych Aten, to bym już inaczej funkcjonował. Pewne rzeczy może bym inaczej zrobił, zapytał, ale człowiek się uczy i zdobywa doświadczenie. Ten ateński moment razem z żoną wspominamy akurat bardzo dobrze. Na pewno w tych krajach żyje się po prostu wolniej. Oni się mniej spieszą i na wszystko mają czas, chociaż nie zawsze jest to prawdą. Także w jakiś sposób te kraje są do siebie podobne.


Trudno odnaleźć się w takim nieco luźniejszym, południowym podejściu do organizacji, gdzie nie wszystko jest zawsze do końca poukładane i zaplanowane?

Człowiek czy chce, czy nie, to musi się w jakiś sposób dostosować. Taka przykładowa różnica, to np. w klubie w Rzeszowie ja i większość chłopaków przychodziliśmy koło godziny, minimum pięćdziesiąt minut przed treningiem. Na miejscu zwykłe były jeszcze jakieś rozmowy, kawa, albo jeszcze w szatni przygotowanie się do treningu. Tutaj, tak jak wspomniałem, raczej wszystko jest bardziej powolne. Wszyscy przychodzą na dziesięć, czy dwadzieścia minut przed treningiem, a i to już jest bardzo, bardzo wcześnie. W Polsce jeżeli chodzi o wyjazdy, też wszystko jest raczej punktualnie. Tutaj zdarza się, że wyjedziemy pięć minut po czasie i nikt nie robi z tego żadnego problemu. Dla mnie to oczywiście też nie jest żaden problem, tylko byłem przyzwyczajony do nieco innych standardów. Tutaj po prostu pewne rzeczy akceptuję tak jak i wszyscy, bo przecież nie będę się wychylać i pouczać. Nie od tego tutaj jestem. Są zatem jakieś różnice, ale na samym końcu tak czy inaczej chodzi o siatkówkę i po to tutaj przyjechałem.

Była słoneczna Grecja, teraz ciepły Stambuł, ale w pana karierze był też Nowosybirsk. Gdzie, choćby ze względu na warunki pogodowe, żyło się najtrudniej?
Jeśli mówimy o samej pogodzie, to w Nowosybirsku była taka, której nikomu nie życzę. Było bardzo zimno, ale z drugiej strony było tam też bardzo słonecznie. W Nowosybirsku każdego dnia było słońce i to też miało swój urok. Jednak do takiego funkcjonowania i do codziennego życia, szczególnie dla rodziny to już o wiele gorzej. Akurat w tamtym momencie urodziła się nam córka. O ile dobrze pamiętam, miała półtora miesiąca albo dwa, kiedy tam pojechaliśmy. Spacery robiliśmy tylko na balkonie, bo ubieranie się i wychodzenie było bardzo problematyczne. Przede wszystkim mieliśmy nieprzystosowany wózek, bo z kółkami. Ludzie w Nowosybirsku są na taką pogodę przygotowani i używają wózków z płozami. W razie potrzeby mają możliwość wymienić je na kółka i to jest niesamowita rzecz zobaczyć coś takiego. My postanowiliśmy być trochę bardziej wygodni. Oczywiście wychodziliśmy na spacery kiedy było trochę mniej śniegu, ale nawet te dziesięciominutowe „spacery na balkonie” zahartowały naszą córkę, bo mało choruje. To był inny świat pod względem pogody. Jeżeli chodzi o samą Rosję, to mimo, że wiem, że teraz nie jest to zbyt poprawne polityczne, lub nie jest miłe dla kogoś tego słuchać, to ja Rosję dobrze wspominam pod każdym względem. Oddzielam sport od polityki.


Który z tych trzech krajów, najbardziej pasował by panu do życia, gdy powiedzmy za jakieś tam dziesięć lat zakończy pan karierę...

Dziesięć lat? Ktoś mi tu chyba troszeczkę źle życzy (śmiech). Pamiętam, że kilka razy rozmawiałem z żoną na ten temat i chyba na ten moment to Ateny mamy dobrze w pamięci. Wspominamy je najcieplej, chociaż najmniej doświadczenia tam mieliśmy. Tutaj w Stambule żyję sam, więc na pewno troszkę inaczej na to patrzę. Zawsze się jednak śmiejemy z żoną, że może te Ateny, za te wspomniane 10 lat na emeryturę, żeby jeszcze pograć. Dobrze się nam tam funkcjonowało i też trafiliśmy na bardzo fajnych ludzi dookoła. Byliśmy wtedy akurat sami, jeszcze bez córki, więc też na pewno to życie trochę inaczej wyglądało. W tym momencie może nie byłoby aż tak pięknie i kolorowo, nie mam pojęcia. Jest jednak gdzieś sentyment do tego miejsca.

Wspomniał pan, że jest sam w Stambule, czy to zmusza do regularnego samodzielnego gotowania, czy jednak kuchnia turecka na mieście jest zbyt kusząca, by z niej rezygnować?
Akurat jeżeli chodzi o jedzenie, to nigdy nie miałem problemów, żeby się dostosować. Jestem wszystko jedzący. Gotowanie w domu, czy jakieś zamawianie lub restauracje, to raczej tak pół na pół. Kuchnia turecka jest naprawdę bogata we wszystko i osobiście bardzo mi to odpowiada. Trzeba uważać, żeby nie jeść za dużo słodkości, bo mają bardzo dobre rzeczy. Wszystko jest dla ludzi, ale niestety na te słodkości różnego rodzaju tutaj trzeba bardzo uważać, chociaż od czasu do czasu i na to można sobie pozwolić. Myślę, że kulinarnie Turcja stoi bardzo, bardzo wysoko.


A czy ta turecka tradycja picia herbaty widoczna jest też w waszym zespole np. podczas wyjazdów?

Tak, herbata jest ważna, ale akurat kawę też chłopaki piją. Powiedzmy, że w składzie mamy mniej więcej pół na pół obcokrajowców i „lokalsów”, ale chłopaki w większość piją też kawę. Chociaż faktem jest, że ten czaj jest taki u nich bardzo naturalny. Szczególnie widoczne jest to wśród ludzi ze sztabu, czy u fizjoterapeutów itd. Czaj pojawia się przy obiedzie, pojawia się na kolację. Ten czaj po prostu się u nich pije jak wodę. Podawany jest również w różnych restauracjach, szczególnie w tych mniejszych, takich bardziej lokalnych. Czaj wtedy podawany jest jak woda, i za to się nie płaci. W Turcji pija się go naprawdę bardzo dużo.


Jak wygląda logistyka podczas meczów wyjazdowych. Kilka klubów jest ze Stambułu i okolic?

Z tego co kojarzę, to w tym sezonie mamy w pobliżu chyba cztery albo pięć klubów. Różnie wyglądają te wyjazdy. Czasami latamy do Ankary, a czasami jedziemy tam autokarem. Naprawdę nie wiem od czego to zależy, może od jakiegoś terminarza. Czasami może musimy być gdzieś trochę szybciej. Tutaj te podróże autokarami nie są jednak raczej męczące, nie są też za długie. Jest tu też trochę inna kultura pod tym względem. Pewne rzeczy nieco zmieniliśmy, bo czasami było tak, że przykładowo zaczynaliśmy podróż o 8 rano, jechaliśmy godzinę albo półtorej, później zatrzymywaliśmy się na śniadanie, które trwało godzinę i dopiero jechaliśmy dalej. Zrobiliśmy tak, że teraz już śniadania wszyscy jedzą w domu, a jedziemy już płynnie, żeby nie tracić czasu. Wiadomo, że kiedy czasami ta podróż zamiast trwać 4 godziny, trwała 6, właśnie przez to śniadanie w trasie, czy przez jakiś jeszcze inny postój, to człowiek się czuje bardziej zmęczony, a ten odpoczynek w autokarze nie jest odpoczynkiem. To nie jest to nic miłego szczególnie ,dla zawodników, którzy mają po dwa metry i więcej. Wtedy to długie siedzenie w autokarze nie jest niczym dobrym. Tutaj raczej jednak podróże i logistyka wyglądają bardzo dobrze. Często też mecze odbywają się bardzo wcześnie, jak na standardy siatkarskie, czyli na przykład o trzynastej lub czternastej. Jest to dobre szczególnie jak gramy na wyjazdach, pod tym względem, że można jeszcze złapać wieczorny lot i wrócić na noc do Stambułu. Wszystko starają się robić tak, żeby ta drużyna miała wygodnie.

Podczas mistrzostw świata reprezentacja Turcji zagrała w ćwierćfinale. Czy sukcesy reprezentacji przełożyły się na realny wzrost zainteresowania siatkówką?
Nie czytam mediów tureckich. Może gdzieś ta popularność chłopaków reprezentacji męskiej jest większa niż była, czego im życzę. Jeśli jednak przyjdzie się do nas na mecze domowe no to niestety hala, która ma pojemność pięć tysięcy, świeci pustkami. Strasznie szkoda, bo wiem jak fajnie to wygląda, kiedy są pełne trybuny, jak np. na meczach kobiet Fenerbahce. Niestety, u nas są pustki i trochę się śmiejemy, że jak nie przyjdzie rodzina to mamy tylko 10 ochroniarzy. Super, że mamy grupkę kibiców, którzy zawsze przychodzą i są na każdym meczu, ale to nie jest taka sama kultura dopingowania męskiej drużyny jak damskiej. Różnica jest 90, a nawet 95 procent. Na szczęście na wyjazdach jest inaczej. Na wyjazdach mamy przeważnie pełne hale albo wypełnione przynajmniej w połowie. Fenerbahce jest jednak największym klubem w Turcji pod względem bazy kibicowskiej. Wtedy nie ma dla kibiców znaczenia jaka to jest sportowa dyscyplina, po prostu przyjeżdża Fenerbahce, a oni przychodzą na mecz, kibicują i jest bardzo miło i sympatycznie. Niestety tego brakuje na meczach domowych i jest dla mnie takie zwyczajnie smutne. Trochę jestem jednak przyzwyczajony do tych kibiców. Czasami naprawdę ciężko też zmotywować się do grania w tych meczach. To jest coś podobnego to tego, kiedy był sezon covidowy w Polsce. Na meczu słychać piszczenie butów, każdy okrzyk, każde przekleństwo, każdą uwagę i to jest słabe po prostu. Ja tego nie lubię, lubię grać jak są ludzie.


Próbował się pan może dowiedzieć na czym polega ten fenomen kobiecej siatkówki w Turcji?

Pytałem i wszyscy mi odpowiadają, że to jest spowodowane sukcesami reprezentacji kobiet. Chyba po prostu po wygraniu mistrzostwa Europy, potem zwycięstwa w VNL popularność tutaj wskoczyła na taki wysoki poziom. Kobiety mają tu bardzo dobrze, bo każdy mecz grają przy pełnych trybunach, nieważne jaki jest przeciwnik, a jak jest lepszy to już w ogóle ciężko wejść na halę. Wygląda to więc kompletnie inaczej.

Jest to chyba trochę zaskakujące również pod kątem życia codziennego w Turcji. Czy pana zdaniem pozycja kobiet w tureckim społeczeństwie uległa zmianie, czy wciąż widać pewne nierówności w traktowaniu?
Chyba nie, kiedyś może tak było, przez względy religijne i kulturowe, ale prawdę mówiąc nie mam pojęcia. Myślę, że już tak nie ma i wydaje mi się, że to jest już tylko historia. Ani ja, ani żadni znajomi, którzy tu przyjeżdżali, ani moja żona, nigdy tutaj nie odczuliśmy, ani nie widzieliśmy żeby cokolwiek złego miało miejsce. Nigdy nie pojawił się żaden niemiły gest w stronę kobiet. Myślę więc, że to można sobie już naprawdę schować głęboko w kieszeń.


A mecze derbowe, gdy gracie z Galatasaray, przyciągają więcej kibiców na trybuny?

Sprawa wygląda tak, że na te mecze nie mogą wchodzić wtedy nasi kibice albo odwrotnie. Kto jest gospodarzem, to ma swoich kibiców, a nie ma drugich dla bezpieczeństwa. Na meczach derbowych jest trochę większa liczba kibiców, około tysiąca osób. Wtedy na pewno jest milej, ale dalej nie jest wypełniona cała hala i tego brakuje. Myślę, że gdyby kibiców było więcej, to po prostu wszystkim by się grało łatwiej i lepiej, a też ten obrazek w telewizji by wyglądał dużo lepiej.

Gdy dochodzi do derbowych pojedynków, to czy mimo nielicznej publiczności, kibice dają się we znaki? Pojawiają się docinki z trybun?
Gramy w tej samej hali. Może i coś tak kibice krzyczą, ale nie rozumiem, więc jakby nie przejmuję się tym (śmiech). W Grecji miałem większe poczucie tego, że jestem wrogiem niż tutaj. Tutaj nic takiego się nigdy, nic nie wydarzyło. Pewnie są jakieś okrzyki są w naszą stronę, ale po mnie to spływa, bo tego nie rozumiem. W Grecji było dużo, dużo gorzej. Były nawet takie bardzo niemiłe, niekulturalne sytuacje, których tutaj nie ma.


Sytuacje, o których pan wspomina miały miejsce na meczu?

Tak. Była np. taka sytuacja na meczu w Salonikach, kiedy graliśmy z Iraklisem. Hala była wypełniona po brzegi, bo przyjechał Olympiakos. Akurat nie była za duża i przy zagrywce, za boiskiem stały dzieciaki z tatą. Chyba nawet to były dziewczynki w wieku 8-10 lat. Poszedłem na zagrywkę, pojawiły się przekleństwa, bo akurat „malaka” to akurat każdy mniej więcej rozumie, pojawiły się też środkowe palce, ale to jeszcze było ok. To wszystko wciąż można zaakceptować, ale na samym końcu pojawiło się jeszcze plucie. Pewne rzeczy mogę zrozumieć, ale żeby człowiek pluł na człowieka, to jednak trzeba mieć gdzieś tą wrogość i ona była zdecydowanie dużo wyżej postawiona niż tutaj w Turcji.

W tym sezonie jak na razie chyba nie możecie być zadowoleni z wyników. W Efeler Ligi zajmujecie piąte miejsce z bilansem 8-6.
Zgadza się. Przegraliśmy m.in. po tie-breaku z Galatasaray i GSK Stambuł. Te dwie porażki gdzieś tam ciążą nam trochę. Forma też nie jest najlepsza, bo mieliśmy parę kontuzji i na pewno nie jest na tym poziomie, co powinna być. Dalej szukamy swojego ja. Na pewno drugą rundę musimy zagrać dużo lepiej, jeśli w ogóle chcemy myśleć o tym Top 4. W Turcji jest trochę inny system i trzeba być w tej czwórce, żeby w ogóle mieć potem szansę grania o medale. Tak więc nie ma już teraz dużego marginesu na błędy.


Na czele ekstraklasy tureckiej są zespoły z Ankary, za którymi jest chyba dość niespodziewanie Galatasaray?

Co do drużyn z Ankary to nie ma zaskoczenia, bo Ziraat i Halkbank zawsze były najlepszymi zespołami w Turcji. Galatasaray to tak naprawdę chyba rok temu pierwszy raz od ponad 20 latach osiągnął pierwszy sukces. Fenerbahce tych sukcesów wcześniej też miało więcej i te wyniki w ostatnich latach też były dobre. Jednak te zespoły mają dużo większe budżety i też na pewno trochę inną kulturę organizacji itd. Moim zdaniem kluby takie jak Fenerbahce i Galtasaray też powoli wracają. Inwestowane jest coraz więcej pieniędzy, a też cała liga ma teraz już z 7-8 takich zespołów, gdzie już ten poziom jest naprawdę dobry i miły do oglądania. To już nie są wyłącznie 2-3 zespoły, tak jak było wcześniej, tylko naprawdę ten poziom jest dużo wyższy.

Czyli patrząc na ten poprzedni sezon w Turcji, można powiedzieć, że ten poziom poszedł w górę? 
Zdecydowanie. Myślę, że jest naprawdę wielu fajnych, nowych zawodników, którzy przyszli. Zostali też tacy co grali dobrze, więc teraz mają jeszcze jakieś wsparcie innych. Te zespoły powoli wyglądają dużo lepiej. Praktycznie nie ma już słabych drużyn, nie licząc może tych, które są na tych ostatnich miejscach. Teraz już naprawdę trzeba się skupić na każdym meczu i nie można do tego podchodzić z pewnością, że się wygra. Taką dużą jakość ma już przynajmniej te 7-8 zespołów i trzeba się skoncentrować, żeby nie zgubić meczu. Nie chodzi nawet o punkty, tylko o mecze, bo one są ważniejsze niż punkty.


Pewnie w takim potężnym klubie jak Fenerbahce presja na wynik jest ogromna? Czy jednak ze względu, na większą popularność zespołu piłkarskiego czy koszykarskiego, jest nieco inaczej z tymi oczekiwaniami?

Jeżeli chodzi o Fenerbahce to na pewno siatkówka męska w hierarchii jest za piłką nożną, koszykówką i kobiecą siatkówką i tego nie ma co ukrywać. To nie jest jednak tak, że po przegranym meczu prezes czy dyrektor sportowy, powiedzą, że nic się nie stało, bo dziewczyny wygrały, czy koszykarze albo piłkarze. Każdy ma swoją działkę, każdy jest za coś odpowiedzialny i koncentruje się tylko na własnym ogródku. Jeżeli przegramy, to są różnego rodzaju rozmowy i pytania. Jest odczuwalne to, że jeżeli przegrywasz, no to jest coś nie tak. Jeżeli wygrasz znaczy, że robisz swoje i oczekuje się, że będzie tak zawsze. Chyba nie jest to jednak nic nadzwyczajnego, to jest raczej normalność, szczególnie w klubach gdzie te ambicje są wysokie.

Patrząc na temperament Turków, to czy w sytuacji kiedy przegracie derbowy mecz z Galatasaray, to te rozmowy są jakieś bardziej impulsywne, czy wygląda to podobnie jak u nas?
Wydaje mi się, że są bardzo podobne. Sport to sport i pewnych rzeczy nie można zmienić. Wiadomo, że czasami ludzie mają inne charaktery, ale myślę, że jest to bardzo podobne. Po prostu każdemu zależy na tym, żeby jego drużyna wygrywała.


Grając w Olimpiakosie Pireus, Lokomotiwie Nowosybirsk czy teraz w Fenerbahce nie brakowało sukcesów -  mistrzostwo i Puchar Ligi Greckiej, mistrzostwo Rosji oraz Puchar Turcji. Który z nich ceni pan sobie najbardziej?

Dla mnie to jednak będzie Rosja. Rosja była dla mnie dużym wyzwaniem, z którym w jakiś sposób sobie dałem radę. Poziom ligi też był bardzo dobry. Tak jak wcześniej wspomniałem, ten dwuletni okres w Rosji wspominam bardzo dobrze. Uważam, że czasami niektóre ligi są po prostu stworzone dla pewnych zawodników. Sądzę, że akurat tam bardzo dobrze bym mógł funkcjonować i odnalazłbym się grając w lidze rosyjskiej.

Co po pierwszym sezonie w Stambule przeważyło o decyzji o przedłużenia kontraktu? Czy miał pan oferty z innych klubów?
Akurat na ten sezon miałem możliwość powrotu do Polski i miałem też ofertę z Rosji.

Gdyby zdecydował się pan na przyjęcie oferty z Rosji, to w obecnej sytuacji politycznej, taka decyzja wywołałaby w Polsce niemałe kontrowersje. Społeczeństwo bardzo łączy politykę ze sportem.
To co powiem może nie będzie miłe, ale niestety społeczeństwo nie wykarmi później mnie i mojej rodziny. To ja będę tym, który będzie kupować np. buty mojej córce, nie będę nikogo o to prosić. Rozumiem, że komuś się to może nie podobać, ale ostatecznie to jest moje życie. Nikogo nie zabijam i też nikomu nie karzę. Nie jestem osobą, która wspiera wojnę. Jestem ostatni do takich rzeczy. Bardzo nie lubię mieszania sportu z polityką. Wiem jednak, że w pewnym sensie jest to powiązane ze sobą, bo polityka bardzo lubi się opierać na sukcesach sportowych. Oddzielmy jednak sport od tego. Czym są winni przykładowo zawodnicy rosyjscy? Niektórych znam i są tacy, którzy stracili swoje szanse olimpijskie. Żeby była jasność, nie będę bronić Rosji, która atakuje Ukrainę, tylko oddzielam od tego sam sport. Ostatecznie to ja i moja małżonka będziemy odpowiedzialni za to, żeby nasze życie było dobre, a wiemy, jak wyglądają rosyjskie budżety. Staram się po prostu robić swoją pracę i koncentrować się na tym, co mogę zyskać, a nie zagłębiać w pewne polityczne rzeczy. Nie wybrałem jednak tej opcji, ani propozycji z Polski, bo pojawiła się też opcja turecka. Wyszło tak, że ostatecznie zostałem tutaj i bardzo się cieszę z tego powodu. Na pewno niektórym spadł kamień z serca, że nie poszedłem do Rosji, ale to nie oznacza, że mi również.

Czyli to była jedna z tych propozycji, które trafiają się raz na całe życie...
Dokładnie, to są życiowe decyzje i wszystko trzeba brać pod uwagę. Myślę, że ja pod uwagę wziąłem wszystko, dlatego jestem tu gdzie gdzie jestem.


Myśli pan już o tym gdzie będzie grał w sezonie 2026/2027?

Mam nadzieję, że mój menadżer myśli (śmiech). Na razie nie mam jeszcze pojęcia, gdzie zagram. Polska jak zawsze ma swoje tempo, ale „market” jest duży w tym roku. Myślę, że gdzieś tam znajdę robotę. A gdzie to będzie, to życie pokaże.

Czy można się spodziewać powrotu Fabiana Drzyzgi do Polski?
Nie zamykam się na taką możliwość, ale z tego, co słyszę, to chyba w PlusLidze już nie ma za dużo miejsc. Myślę, że pewnie ciężko będzie wrócić do Polski. Różne sytuacje jednak w życiu widziałem i też wiem, że nie wszystkie kontrakty są podpisywane i też wszystkie można rozwiązywać. Jestem już trochę za doświadczony, żeby się takimi rzeczami stresować, zwłaszcza teraz, kiedy mamy styczeń. Wiadomo, że gwiazdy i ci najlepsi zawodnicy podpisują kontrakty w grudniu czy nawet listopadzie, a niektórzy podpisują kontrakty w maju. Spokojnie, jeszcze jest czas.

Skąd przypuszczenie, że powrót do polskiej ligi może nie być taki prosty? Czy jest wyczuwalna jakaś niechęć ze strony klubów do pana osoby?
Mam głęboką nadzieję, że nie. W niezbyt wielu klubach w Polsce grałem i raczej z prezesami, czy z różnymi trenerami żyję albo dobrze, albo tak naprawdę się nie znamy. Tak więc tutaj nie ma chyba żadnej złej krwi. Jestem otwarty na wszystko, ale co życie przyniesie... Mam nadzieję, że nie ma żadnej niechęci do mojej osoby, chociaż wiem, że akurat gdzieś tam na moje nazwisko rodzinne się czasami trochę inaczej patrzy niż na inne. Czy to jednak dobrze, czy źle, to tego nie wiem.

Czy w PlusLidze wobec Fabiana Drzyzgi stosuje się surowszą miarę ocen, a innemu rozgrywającemu można by wybaczyć więcej?
Być może ktoś odnosi takie wrażenie, ale ja nie będę z tym dyskutować. Zawsze powtarzam, że wiem kiedy gram źle, a kiedy gram dobrze. Wiem też kiedy drużyna gra źle, czy to przeze mnie, czy przez innych zawodników, czy po prostu jako cały zespół. Staram się tym nie przejmować, czy ktoś lubi to nazwisko czy nie.

Znajduje pan czas na oglądanie meczów PlusLigi?
Każdego meczu nie oglądam, bo nie dałbym rady. Tutaj mamy dwie godziny różnicy czasowej, więc chwilami nie jest to też takie łatwe, ale śledzę. Oglądam dużo siatkówki, czy to z Japonii, czy to z Włoch. Mam czas, jestem sam. Momentami ten wolny czas inaczej zabijam, ale siatkówkę lubię oglądać. Śledzę polską ligę, patrzę co się dzieje, bo PlusLiga jest ciekawa i pędzi, że tak powiem. Oczywiście najbardziej obserwuję Asseco Resovię, z którą po prostu jestem najbardziej zżyty i też mam tam najwięcej kontaktów.

Powrót do listy