Kamil Nalepka: Prawdziwie będę się cieszył tylko, gdy coś wygram [WYWIAD]
W wieku 21 lat, gdy rozwiązano jego zespół, dał sobie spokój z graniem. Szybko został trenerem. Zaimponował swojemu szefowi tym, że wsiadał w autobus (bo taniej) i jechał trzy godziny w jedną stronę, by prowadzić trening dzieci. Został statystykiem, choć nie miał o tym pojęcia. Uczył się w trakcie sezonu, „na żywca”. Dziś Kamil Nalepka ma 30 lat i jest pierwszym trenerem w PGE Projekcie Warszawa oraz statystykiem w reprezentacji Polski Nikoli Grbicia.
Ze swoim klubem wciąż może wygrać i PlusLigę, i Ligę Mistrzów. W dużej rozmowie z Siatkarskimi Ligami opowiada o początkach pracy, twardej szkole, jaką przeszedł w Krakowie i o kulisach „nocnej zmiany”, czyli pożegnania z trenerem Tommim Tiilikainenem w Warszawie. Opisuje też igrzyska w Paryżu i scenkę z dnia meczu z USA, oraz wspomina, jak pomógł w znalezieniu pracy w siatkówce młodszemu bratu.
Jakub Radomski: Masz 30 lat, w poważnej siatkówce zaczynałeś od bycia statystykiem, a dziś jesteś pierwszym trenerem PGE Projektu Warszawa i masz szansę na mistrzostwo Polski. Twój zespół awansował też do Final Four Ligi Mistrzów. Jakie miałeś pojęcie o statystyce, gdy zaczynałeś to robić?
Kamil Nalepka, trener PGE Projektu Warszawa, statystyk w reprezentacji Polski: Totalnie zerowe.
Naprawdę?
Tak. Ja nawet w szkole nie byłem za bardzo umysłem ścisłym. Gdy skończyłem studia w Nowym Sączu, chciałem przenieść się do Krakowa. Mieszkała tam moja dziewczyna. Nie grałem już wtedy w siatkówkę. Miałem praktycznie dogadaną pracę w tamtejszej Szkole Mistrzostwa Sportowego, ale nagle pojawił się temat AZS-u AGH Kraków. Występowali w I lidze, szukali drugiego trenera. Zespół prowadził uznany szkoleniowiec, pan Andrzej Kubacki. Pojechałem na rozmowę i on po niej powiedział mi: „Twoje CV jest bardzo dobre, ale nie do seniorskiej siatkówki, tylko do młodzieżowej”. Wyszedłem stamtąd przekonany, że nie dostanę tej pracy. Ale po paru dniach dostałem wiadomość, że chcą mnie zatrudnić. Że będę tym drugim trenerem. W ich zamierzeniach asystent miał jednocześnie być statystykiem, ale nie znaleźli osoby, która mogłaby to łączyć, więc podzielili to na dwóch ludzi. Rozegraliśmy chyba trzy kolejki w lidze, gdy nasz statystyk zrezygnował z pracy. Nie chcę mówić o szczegółach, ale nie dogadywał się z trenerem. Sezon trwa, a my nie mamy człowieka od tak ważnej funkcji. Dzwoni trener Kubacki, zaprasza na kolejną rozmowę. I proponuje, bym był też statystykiem. Powiedział mi wtedy słowa, których nie zapomnę nigdy: „Kamil, mówię ci to jako starszy, doświadczony człowiek, ale też dobry kolega: weź to bycie statystykiem. To ci się kiedyś w życiu przyda, bardzo pomoże”. A ja mam w głowie, że przecież nie mam o tej pracy pojęcia.
WARTO PRZECZYTAĆ TAKŻE: Alaksiej Nasewicz: Jest we mnie czasami za dużo frustracji [WYWIAD]
Co zrobiłeś?
Zadzwoniłem do Marcina Nowakowskiego, który dziś jest w kadrze asystentem Nikoli, a wcześniej też pracował jako statystyk. Mieliśmy kontakt, przecinaliśmy się jako zawodnicy. Marcin był wcześniej statystykiem właśnie u trenera Kubackiego w Krakowie. Mówię mu, że mam taką propozycję i waham się, co robić. A Marcin stwierdza: „Stary no, będzie ci ciężko. Nie bierz tego. Nie masz czasu na naukę”. Ja naprawdę miałem zerowe doświadczenie z liczbami. Nie byłem nawet w ogóle komputerowym chłopakiem. Moje dzieciństwo to piłka nożna, siatkówka i pomoc rodzicom w pracach domowych. Spotkałem się znów z trenerem Kubackim. Mówię mu o swoich wątpliwościach. A on dalej: „Weź to”. Zgodziłem się i jestem mu dziś bardzo wdzięczny, że mnie tak namawiał, a później dał czas i bardzo mnie wspierał w uczeniu się siatkarskiej statystyki od podstaw. Trwał sezon ligowy, a ja, cały czas ucząc się obsługi właściwego programu, musiałem jeszcze przygotowywać taktykę na przeciwnika.
Trener Kubacki był wymagającym człowiekiem. Miał taką specyficzną metodę dokręcania śruby, że gdy coś robiłem, to nie mogłem sobie powiedzieć: „Dobra, to już”, bo za każdym razem dokładał więcej i więcej. Najtrudniejsze było pisanie meczów. W pracy statystyka każde dotknięcie piłki przez zawodnika musisz opisać danym kodem w programie. I robisz to live, nie ma czasu na dopisywanie. I teraz wyobraź sobie, że trwa mecz, siedzę na ławce, trener mnie o coś pyta, zawodnicy schodzą, wchodzą, zmiany, a ja jeszcze piszę mecz. Masakrycznie dużo bodźców. To nie był łatwy czas, ale dał mi wiele. Poświęciłem też wtedy dla siatkówki naprawdę dużo. Głównie życie prywatne.
Kiedy poczułeś, że zaczynasz to wszystko rozumieć?
Chyba dopiero pod koniec sezonu 2018/2019, który spędziłem właśnie u trenera Kubackiego, poczułem się w tym dość pewnie. Wiesz, co on mi kiedyś powiedział? Że postawił na mnie, bo urzekła go moja historia, jak na ostatnim roku studiów dojeżdżałem z Nowego Sącza do Krakowa, do tamtejszej Sparty, na zajęcia chłopców. Tak było, robiłem to dwa razy w tygodniu.
Jak dojeżdżałeś?
Autobusem. Wtedy nie było jeszcze szybkiej trasy. Wybierałem autobus, bo to było tańsze. Musiałem oszczędzać. W jedną stronę dojazd na halę zajmował trzy godziny. Trening trwał półtorej. I później jechałem z powrotem albo zostawałem u dziewczyny. Było mi o tyle łatwiej, że nie grałem już wtedy w siatkówkę.
Jakim byłeś siatkarzem?
Myślę, że całkiem niezłym, ale to były realia MKS-u Ryglice – drużyny z miasta, z którego pochodzę. Występowałem tam w III lidze, więc to była bardziej przygoda zawodnicza, a nie kariera. Trafiłem do Dunajca Nowy Sącz, gdzie łączyłem granie w siatkówkę ze studiowaniem. Uczyłem się w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej. Z Dunajcem awansowaliśmy do II ligi, więc występowałem również na tym szczeblu, ale po roku zespół wycofał się z rozgrywek.
To wydarzyło się nagle?
Tak, nie spodziewaliśmy się tego. Zajęliśmy piąte albo szóste miejsce w sezonie zasadniczym. Mieliśmy jechać na spotkanie z Avią Świdnik, ale powiedzieli nam, że nie jedziemy, bo trzeba zaoszczędzić trochę pieniędzy na następny sezon. A później pojawiła się informacja, że w ogóle nie będzie II ligi w Dunajcu. Chcę jednak podkreślić, że ten klub słynie z bardzo dobrego szkolenia młodzieży, ma wielu wychowanków w wyższych ligach i może to było słuszne, żeby nie trzymać się na siłę tej II ligi. Do dziś w Dunajcu szkoli się dzieci na dobrym poziomie. Nie miałem wtedy jakichś wielkich pretensji.
Ale musiałeś coś zrobić.
Miałem 21 lat i stanąłem przed wyborem: zostać tu i dokończyć studia, czy jednak szukać okazji do gry w innym miejscu? Próbowałem w kilku: z Nowego Sącza jest blisko na Słowację, gdzie był klub w Starej Lubowli. Występował w tamtejszej ekstraklasie. Napisałem do ich trenera, on kojarzył mnie ze sparingów i nawet odpisał, że byłby bardzo chętny. Ale klub nie miał funduszy, żeby płacić mi za paliwo, a u mnie się wtedy nie przelewało. Nie było mnie stać, żeby trzy razy w tygodniu dojeżdżać tam na treningi, a później na mecze. Byłem wtedy na trzecim roku wychowania fizycznego i podjąłem niełatwą decyzję – kariera zawodnicza: stop. Dokończyłem studia, wtedy również zaczęła się moja przygoda trenerska.
Żałujesz, że nie grałeś dłużej?
Nie, nie żałuję.
W Ryglicach próbowałeś tylko siatkówki?
To małe miasteczko, w którym były sekcje piłki siatkowej i piłki nożnej. Miałem okres w życiu, gdy uczęszczałem na treningi piłkarskie. Jako 15, 16-letni chłopak rozegrałem nawet kilka spotkań w zespole seniorskim. To była okręgówka albo A-klasa. Byłem środkowym pomocnikiem, który odpowiadał za kreowanie sytuacji kolegom. Lubiłem to, nie ciągnęło mnie za wszelką cenę do strzelania goli. Ale w pewnym momencie mój trener z siatkówki – Marek Skrobot, z którym później będę pracował w SMS-ie Spała, w mocnych słowach przekazał mi, że muszę dokonać wyboru. Pamiętam dzień, kiedy po zajęciach piłkarskich wyszedłem na trening siatkarski i czułem, jak jest mi ciężko fizycznie. Trener miał rację, ciągnięcie tego w ten sposób nie miało sensu. Wybrałem siatkówkę. W czasach juniorskich byłem rozgrywającym. Kiedy trafiłem do seniorskiej siatkówki, w III lidze byłem przyjmującym. Pamiętam, że jako młody chłopak, gdy oglądałem mecze, szczególnie podziwiałem Dawida Murka i jego charakterystyczny atak przez bark. Sam bardzo często korzystałem na boisku z tego zagrania. Było skuteczne. Sezon w II lidze w Dunajcu, ten ostatni, zagrałem już na pozycji libero. Chodziło głównie o wzrost, choć, z drugiej strony, jest mnóstwo chłopaków mojego wzrostu, którzy radzą sobie na przyjęciu w II czy nawet I lidze. Chociażby Paweł Rusin. Wtedy jednak nie byłem świadomy tego, że mając niewielki wzrost, wiele można dołożyć ciężką pracą na siłowni.
Gdy skończyłeś z graniem w siatkówkę, praktycznie od razu zacząłeś pracę jako trener. Objąłeś kadrę Małopolski młodzików.
Jest kilka osób, z którymi zetknąłem się w siatkówce jako młody człowiek, które miały wpływ na to, że zaproszono mnie do współpracy w kadrze młodzików. Mogłem zacząć wyjątkowo wcześnie i jestem im za to bardzo wdzięczny. Były też dzieciaki w Sparcie, a później trafiłem do trenera Kubackiego w AZS-ie AGH Kraków, o czym już ci opowiadałem. To świetny klub nie tylko dla młodego, uczącego się szkoleniowca, ale również dla zawodników, którzy nie łapią się do PlusLigi, albo chcą zdobyć doświadczenie przed graniem w elicie. Trener Kubacki odważnie stawiał na młodych i osiągał wyniki ponad stan. Niemal zawsze miał jeden z najmniejszych budżetów w lidze, a czasami bił się o najlepszą czwórkę rozgrywek. Zobacz, ilu ciekawych chłopaków przeszło przez ten klub. Paweł Halaba, Arek Żakieta, Dawid Dulski, Marcin Kania, Bartek Gomułka, Konrad Stajer. Mógłbym tak jeszcze wymieniać.
Później trafiłeś na trzy lata do SMS-u PZPS Spała. Kolejne wyjątkowe miejsce. W ogóle przeszedłeś taką bardzo logiczną ścieżkę.
To trochę inne miejsce dla zawodników niż Kraków, bo tam wszystko, co się dzieje, jest ukierunkowane na siatkówkę. Młody chłopak ma w Spale stworzone idealne warunki do rozwoju. Nie ma zbyt wielu bodźców zewnętrznych i pytanie brzmi tylko: „Na ile dany zawodnik chce i jest w stanie takie możliwości wykorzystać?”. A co do mnie, to czułem, że w Spale jest mi łatwiej po przejściu szkoły krakowskiej. Tam też trafiłem na ciekawych ludzi, bo współpracowałem z trenerem Skrobotem, a później Michałem Bąkiewiczem i Sebastianem Pawlikiem.
W 2021 roku byłeś członkiem sztabu reprezentacji Polski do lat 19, która w kapitalnym stylu zdobyła w Iranie mistrzostwo świata. Zespół prowadził Bąkiewicz, a ty byłeś jednocześnie statystykiem i trenerem wspierającym. Na czym polegał fenomen tamtej drużyny, która w całym turnieju przegrała tylko jednego seta?
Wytworzyła się grupa chłopaków, którzy byli świetni technicznie. Pamiętam spotkanie z Bułgarią, u nich Aleksandar Nikołow, dziś już jeden z najlepszych siatkarzy świata. Mieli świetne parametry, byli wysocy, ale my nadrobiliśmy to techniką. Mieliśmy większą kulturę gry, popełnialiśmy mniej błędów. To samo Irańczycy – już nie wnikam w to, czy byli z naszej kategorii wiekowej, czy starsi. Strasznie fizyczny zespół, bardzo silni, ale mylili się. My graliśmy cierpliwie, wiedzieliśmy, co robić i to prowadziło nas do kolejnych wygranych. Pomógł też fakt, że 90 procent drużyny to byli chłopcy ze Spały, którzy byli tu razem i rywalizowali w II, a później w I lidze. Znaliśmy się na wylot, a to procentuje w takich turniejach.
To Marcin Nowakowski zaproponował ci pracę w kadrze Nikoli Grbicia?
Tak, on zadzwonił.
Wahałeś się w ogóle?
Nie, może kilka sekund (śmiech). Ale z tym wiąże się ciekawa historia. Był mecz reprezentacji Polski, jeszcze za Vitala Heynena. Kraków, TAURON Arena. Spotkałem się z Marcinem i zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie na korytarzu: on z medalem za wygranie Ligi Mistrzów z ZAKS-ą, ja ze złotem mistrzostw świata z kadrą U-19. Wysłaliśmy od razu fotkę trenerowi Kubackiemu, żeby wiedział, że ludzie od niego osiągają sukcesy i trzymają się razem. Jakiś czas później selekcjonerem wybrano Nikolę Grbicia. On pracował z Marcinem w klubie, więc było logiczne, że będzie chciał kontynuować to w kadrze. A Marcin stwierdził, że potrzebuje chłopaka do pomocy. Odezwał się do mnie, wiedział, że w tej siatkówce przeszedłem całkiem fajną drogę. Zadzwonił do mnie, a ja po prostu nie wyobrażałem sobie, żeby z takiej okazji nie skorzystać. Dziś Marcin jest już asystentem Nikoli, a ja głównym statystykiem.

Czego przede wszystkim można się nauczyć od Grbicia?
Kapitalnego rozumienia siatkówki. To był wybitny zawodnik, do tego grał jako rozgrywający, a na tej pozycji jesteś mózgiem zespołu, bo prawie każda akcja przechodzi przez ciebie. Wiesz, ja też mam jakieś doświadczenie z boiska, ale tego się nawet nie da porównać do zawodników, którzy rozgrywali wielkie imprezy i zdobywali medale. Zawsze będę też powtarzał, że od Nikoli możesz się również nauczyć życia i tego, co jest w nim najważniejsze. Tego, jakie znaczenie ma rodzina, albo to, żeby mieć czas dla siebie. Nikola się raczej nie obrazi, gdy to powiem: on jest niezwykle pracowitym człowiekiem. Ale jednocześnie pokazuje nam wszystkim, że gdy mamy czas wolny, warto zrobić coś dla siebie. Wielokrotnie widziałem, jak poświęca czas na rozmowę z żoną, synami czy bratem. To były dziesiątki godzin. I widziałem, jak dużo mu to daje psychicznie.

To prawda, że zadzwoniłeś do Nikoli, gdy w styczniu tego roku PGE Projekt Warszawa rozstał się z fińskim trenerem Tommim Tiilikainenem, a tobie zaproponowano posadę pierwszego szkoleniowca?
Rzeczywiście, rozmawialiśmy, ale to było już w momencie, gdy zdecydowałem się na ten krok. To był trochę szalony czas, nie było za wiele czasu na jakiekolwiek rozmowy.
Jak wyglądał?
Była niedziela, o 20.00 rozgrywaliśmy mecz u siebie z Barkomem Każany Lwów. Przegrywaliśmy 0:2, doprowadziliśmy do stanu 2:2 w setach, ale przegraliśmy tie-breaka. Duża niespodzianka, wielki zawód. Po 23.00 wyszedłem z hali, koło północy byłem w domu. W głowie dużo emocji. Rozmawiałem z Tommim. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że to nie klub zwolnił Tiilikainena, tylko on sam najwidoczniej stwierdził, że coś chyba w nim zgasło i zrezygnował. Wtedy, koło północy, on mówi mi, że to koniec i już podjął decyzję. Dodał, że od dłuższego czasu myślał o rezygnacji i wynik z Barkomem nawet nie miał tak wielkiego znaczenia. Mówię mu: „Ok, ale jeszcze się z tym prześpij, może się coś zmieni”. Chwilę później dostałem wiadomość od prezesa Piotra Gacka, czy wspólnie z Bartkiem Kaczmarkiem (inny członek sztabu – przyp. red.) bylibyśmy w stanie poprowadzić zespół do końca sezonu. Prezes był świadomy sytuacji. Wiedział, że Tommi może następnego dnia ostatecznie powiedzieć: „basta”. Powiedziałem mu w nocy, żebyśmy poczekali do rana. Tommi zrezygnował, a my zdecydowaliśmy się tego podjąć. Okoliczności nie były łatwe: wszystko ustaliliśmy w poniedziałek rano, a już dwa dni później rozgrywaliśmy u siebie mecz Ligi Mistrzów przeciwko Montpellier, który musieliśmy wygrać za trzy punkty, żebyśmy w ogóle wyszli z grupy. Wygraliśmy 3:0, choć wcale nie było tak łatwo.

Miałeś wtedy poczucie, że wszystko dzieje się błyskawicznie?
Oczywiście. Wiesz, ja zawsze marzyłem o byciu pierwszym trenerem w PlusLidze. O prowadzeniu zespołu w Lidze Mistrzów to chyba nawet w ogóle nie myślałem (śmiech). Ale chciałem, żeby mi ktoś, kiedyś, w przyszłości zaufał i powierzył jakąś drużynę. Może w I lidze? Nigdy nie chciałem przejmować drużyny w trakcie sezonu, ale tu wydarzyła się sytuacja nadzwyczajna. Czułem, że jestem w stanie pomóc tym chłopakom. Chciałem też pokazać, że się nie boję. Tommi powiedział: „Ja dziękuję”. Miał trzech asystentów i to nie wyglądałoby dobrze, gdyby oni też powiedzieli: „My dziękujemy”. Wziąłem to, żeby pokazać: „Robimy, jedziemy”. To jest Warszawa, tu grają topowi zawodnicy: polscy medaliści dużych imprez czy dwukrotny mistrz olimpijski Kevin Tillie. Dotarło do mnie, że trzeba po prostu poszukać czegoś, czego tej grupie brakowało. Od początku staraliśmy się to robić z całym sztabem i myślę, że pozmienialiśmy parę rzeczy, co sprawiło, że zaczęliśmy grać niezłą siatkówkę.
To prawda, że wtedy, w poniedziałek, kontaktował się z tobą nie tylko prezes, ale też rada drużyny?
Dostałem telefon od kapitana, Damiana Wojtaszka. Ja jeszcze prezesowi wcześniej powiedziałem: „Piotrek, ja nie chcę, żeby to była twoja decyzja. Chcę, żebyś porozmawiał z chłopakami, z radą zespołu, by oni wypowiedzieli się też na ten temat”. I dostałem później przekaz, że zawodnicy są jak najbardziej na tak i nam zaufają. Damian zadzwonił i mówił: „Kamil, dawaj. Zróbmy to. Wiem, że wy pomożecie nam, a my pomożemy wam”. W tym momencie poniekąd decyzja podjęła się sama.
Zgodzisz się z opinią, że trenerowi Tiilikainenowi zabrakło trochę elastyczności? Słyszę od różnych osób, że to typ wizjonera, który jednak zbyt uparcie trzyma się własnych rozwiązań. W tym przypadku - improwizowania na boisku, czego od was wymagał, ale wam to ewidentnie nie odpowiadało. A on nie chciał się zmienić.
Bardzo dużo rozmawiałem z Tommim: w biurze, ale też na obiadach czy kolacjach. Myślę, że on po doświadczeniach z ligi japońskiej trochę inaczej wyobrażał sobie PlusLigę. Chciał wprowadzić do niej element świeżości, tylko to jedna z najsilniejszych lig na świecie, w której wymaga się określonych rzeczy i – tak mi się wydaje – nie ma jednak miejsca i czasu na wielkie eksperymenty.
Bartosz Gomułka postawił tezę w rozmowie ze mną dla Siatkarskich Lig, że gdyby Tiilikainen miał wpływ na wybór kadry przed sezonem, mógłby osiągnąć sukces. W Warszawie po prostu nie do końca miał zespół na szybkie granie, oparte na improwizacji.
Zgadzam się z Bartkiem. Zobacz, mamy w drużynie Bartosza Bednorza, którego atutem jest zasięg i siła ataku. Przez pewien czas w pierwszej szóstce w ataku nie występował Gomułka, tylko Linus Weber. Tommi wymagał od Niemca atakowania z szybkiej piłki, nabiegu z jeddnego, maksymalnie dwóch kroków. A Linus prezentował się najlepiej w Projekcie, kiedy mógł wykorzystywać zasięg i bazować na kierunku ataku. Fizycznie ten gość to Herkules, gladiator. Niesamowity atleta. Teraz ma trochę problemów, bo uczył się czegoś innego i musi wrócić do najlepszych nawyków. Ja jestem zwolennikiem szybkiej gry, ale w pewnych sytuacjach musimy postawić na precyzję i dokładność. Bo jeżeli wystawiasz z siódmego metra szybką piłkę do Bednorza, zabierasz mu zasięg, kontrolę nad piłką, a co za tym idzie – złapanie odpowiedniego kierunku i kątów w ataku. Zgadzam się, że to nie był zespół skonstruowany pod siatkówkę Tiilikainena, ale Tommi, podpisując umowę, wiedział, jakich ma zawodników. Chciał wprowadzić powiew świeżości, coś zupełnie nowego. Swój styl. Nie powiem, że zespół nie był do tego przekonany, bo zawodnicy i sztab poszli w tym kierunku, ale w pewnym momencie rzeczywiście on sam doszedł do wniosku, że musiałby zmienić siebie i swój styl, bo wyglądało to coraz gorzej. A tego chyba nie chciał. Dlatego, żeby wyjść z twarzą, odszedł. Ale chcę podkreślić, że Tommi Tiilikainen to bardzo ciekawy człowiek i bardzo ciekawy trener. Życzę mu powrotu do PlusLigi.

Porozmawiajmy o reprezentacji Polski i igrzyskach w Paryżu zakończonych srebrem. Chciałem cię zapytać o ten niesamowity półfinał z Amerykanami, wygrany 3:2. Mówi się w jego kontekście o heroicznym Pawle Zatorskim, niesamowitym Tomaszu Fornalu, o zmianie Grzegorza Łomacza. A pod kątem analizy gry, statystyki, był jakiś element, który pozwolił odmienić tamto spotkanie?
Nie kojarzę nic takiego. To był dramatyczny i specyficzny mecz, w którym dużo rozgrywało się na emocjach. Wszedł Łomacz, który potrafi grać bardzo dobrze pierwszym tempem, uruchomił też drugą linię. Pracowałem z Grześkiem dwa lata w PGE GiEK Skrze Bełchatów i dla mnie to jest gość, który jak mało kto zasłużył, żeby coś takiego przeżyć. Jego ciężka praca, cierpliwość, dawanie przykładu innym zaprowadziły go do tej wyjątkowej chwili na igrzyskach. Myślę, że w tamtym półfinale swoje zrobiła też słynna przemowa Tomka Fornala na czasie w czwartym secie (śmiech). Ze spotkaniem z USA kojarzy mi się zupełnie inna scenka. Wioska olimpijska, jedziemy na rozruch przed półfinałem. Nikola idzie pierwszy, każdy z zawodników ze słuchawkami na uszach. Niedaleko nas Amerykanie rozciągali się, to było coś w stylu aktywacji przedmeczowej na siłowni. Puścili muzykę na full, jedni tańczyli w przerwie między ćwiczeniami, drudzy robili jakieś inne rzeczy. Hałas był na całą wioskę. Emanowała z nich olbrzymia pewność siebie. Nie chcę dziś mówić, że arogancja. Pomyślałem sobie wtedy tylko: „Mają luz. Ale zobaczymy wieczorem, kto będzie górą”. Pamiętam, że kiedy było 1:2 w setach, a w czwartym 13:9 dla USA, pomyślałem: „Kurde, będzie ciężko”. My też jesteśmy ludźmi i mamy czarne myśli. A gdy Wilfredo Leon skończył piłkę meczową, zapanowała niesamowita radość. Wbiegłem na boisko, ale jednocześnie panowałem nad sobą. Do dziś tak mam, że prawdziwie będę się cieszył tylko, gdy coś wygram, a wtedy w Paryżu była jeszcze robota do zrobienia. Mecz o złoto z gospodarzami, który niestety przegraliśmy. Trochę Nikola we mnie to zaszczepił, że trzeba zawsze walczyć o najwyższe cele. Teraz z PGE Projektem jestem w półfinale PlusLigi, awansowaliśmy do Final Four Ligi Mistrzów. I fajnie, jest to osiągnięcie jakiegoś celu minimum dla tego klubu. Ale ja tu i tu chcę walczyć o złoto.
Coś się zaskoczyło, gdy zostałeś pierwszym trenerem Projektu?
Zauważyłem, że teraz, gdy stoję przy boisku, a nie siedzę na ławce, wielu rozgrywających po drugiej stronie obserwuje mnie i stara się wychwycić, co przekazuję swojemu zespołowi. Wcześniej nie wiedziałem, że tak się robi. Podczas ćwierćfinału play-off z Jastrzębskim Węglem sporo akcji w pewnym stopniu ustawiałem, coś mówiłem chłopakom albo pokazywałem im na tablicy i widziałem, że ich rozgrywający, Benjamin Toniutti, ciągle na mnie patrzy. A Francuz to wyjątkowo inteligentny zawodnik, który potrafi idealnie dostosować swoje wystawy do sytuacji na boisku. Wiesz, to jest gra. Ale nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak. W pierwszym półfinale play-off z BOGDANKĄ LUK Lublin Marcin Komenda robił to samo. Obserwował mnie przed każdą akcją.
Choć sporo osób w tym półfinale to wam dawało lekką przewagę nad BOGDANKĄ, na Torwarze przegraliście 1:3. Na czym opierasz wiarę, że wygracie w Lublinie i doprowadzicie do meczu numer trzy?
Na analizie pierwszego spotkania. Wiele razy w tym sezonie udowadnialiśmy, że potrafimy grać lepiej. Poza tym, dużo osób mi o tym mówi, i chyba coś w tym jest, że bardzo dobrze radzimy sobie pod presją. Wyeliminowaliśmy z Ligi Mistrzów Trentino, mimo porażki 2:3 w Warszawie. Przeciwko Jastrzębiu wygraliśmy u siebie decydujący trzeci mecz. 2Wierzę w mój zespół i wiem, że jesteśmy w stanie odwrócić tę rywalizację. To trochę jest tak, że Lublin szukał czegoś na tamten mecz z nami i znalazł. Zmienili nieco swoją grę. My nie chcieliśmy za bardzo kombinować, bo w ćwierćfinale Ligi Mistrzów poradziliśmy sobie z nimi w dwumeczu. Ale teraz musimy czegoś poszukać. Myślę, że znajdziemy i wrócimy do Warszawy na spotkanie numer trzy.
To dobrze, że w Final Four Ligi Mistrzów, które w połowie maja odbędzie się w Turynie, trafiacie w półfinale na Perugię?
Tak, bo to zespół zbudowany właśnie po to, żeby wygrać tę Ligę Mistrzów i oni będą trochę w takiej sytuacji, że muszą, a my – że możemy. Dla wielu osób awans Projektu do Final Four jest zaskoczeniem. My cierpieliśmy w tej Lidze Mistrzów od drugiej kolejki w grupie. Drżeliśmy o awans do fazy pucharowej. Dlatego Final Four będzie nagrodą za sezon, taką wisienką na torcie dla tej grupy chłopaków i sztabu, który znalazł się w nowej roli. A przy okazji super przygodą. Ale chcę wyraźnie podkreślić, że my nie jedziemy tam, żeby te mecze zagrać. Chcemy ten turniej wygrać.
Po sezonie klubowym przyjdzie kadrowy, a reprezentacja Polski pierwszy mecz w tym roku zagra z Serbią. Zapowiada się rodzinne starcie.
Zgadza się. Kuba, mój młodszy o dwa lata brat, jest statystykiem u Serbów, pracuje też w GKS-ie Katowice. Wcześniej był statystykiem w PGE GiEK Skrze.
Jak to się stało, że poszedł w twoje ślady? Patrzył na ciebie i sam zaczął czytać na ten temat i uczyć się programów?
Nie, zupełnie nie. To w sumie ciekawa historia. Pracowałem już w Spale, byłem z moją narzeczoną na kolacji. Dzwoni trener Kubacki. Uznałem, że na szybko odbiorę. „Słuchaj, znów potrzebuję statystyka w klubie” - usłyszałem. Po chwili ona rzuca do mnie: „A czemu ty nie pomożesz Kubie?”. Brat przebywał wtedy w Berlinie.

Co tam robił?
Pracował fizycznie, montował sprzęt AGD.
Miał jakieś doświadczenie ze statystyką?
Żadnego, zupełnie jak ja. Ale od małego interesował się siatkówką, żył nią, grał też kiedyś trochę. Następnego dnia dzwonię do Kuby i mówię: „Słuchaj, jest sprawa. AZS AGH Kraków szuka statystyka. Jak chcesz, mogę cię polecić. Może uda ci się znaleźć pracę w siatkówce”. Brat mówi, że okej. Dodaję jeszcze: „Ale to się wiąże z tym, że kończysz pracę w Niemczech, pakujesz się i wracasz do Polski”. Potwierdził. No to zadzwoniłem do trenera Kubackiego. Rozmowa wyglądała tak:
- Trenerze, mam kandydata.
- Kogo masz?
- Kuba, mój brat.
- Jak Nalepka, to biorę.
Kuba spakował się z dnia na dzień. Swojemu kierownikowi powiedział, że dostał wyjątkową szansę i pragnie ją wykorzystać. Cieszyłem się, bo chciałem, żeby był bliżej mnie i domu rodziców. Uważam, że siatkówka mu bardzo pomogła i trochę uratowała. Ja też mu pomogłem, ale resztę zawdzięcza sobie. Dostawał pracę w kolejnych miejscach, dziś jest w reprezentacji Serbii. Jestem z niego bardzo dumny. 








![Atak na zero plus, czyli tajemnice siatkarskich statystyk [ROZMOWA]](/dl/704727/inline/crop=120x69x1517x999,scalecrop=496x330/324eda/20250720-SUM_1487.jpg)
