Ljubomir Travica: Mówili na mnie „dziad", a ja czułem się świetnie [WYWIAD]
Podoba mi się rola ratownika – mówi nam Ljubomir Travica, 71-letni już szkoleniowiec, który ma zażegnać wielki sportowy kryzys drużyny z Częstochowy. Zaczął grać w siatkówkę jako 19-latek, a już dwa lata później był w reprezentacji Jugosławii. We Włoszech lubił chodzić na piwo z Tomaszem Wójtowiczem, którego uważał za najlepszego siatkarza świata. Jako trener, jak twierdzi, miał pecha, bo kiedy mógł wygrać coś naprawdę dużego, na drodze stawały kontuzje albo podejrzane problemy ze zdrowiem, jak na igrzyskach w Atenach. W dużej rozmowie z Siatkarskimi Ligami Travica mówi, komu zależało na krwawej wojnie na Bałkanach, wyraża tęsknotę za komunizmem, opisuje kulisy swojej „ucieczki" z Iranu i diagnozuje problemy zespołu z Częstochowy.
JAKUB RADOMSKI: Lubi pan rolę ratownika?
LJUBOMIR TRAVICA (trener Steam Hemarpolu Politechniki Częstochowa): Tak już się dzieje ostatnio, że jeżeli duży, znany zespół ma potężne problemy sportowe, to prezesi do mnie dzwonią. W lutym tego roku w podobnych okolicznościach objąłem włoską Piacenzę. Nie wiem, dlaczego wybierają akurat mnie, ale podoba mi się ta rola. Mam swoje lata, ale nie boję się dużych wyzwań. Jestem trenerem, który wierzy przede wszystkim w ciężką pracę na treningach i rozmowy indywidualne z zawodnikami. Uważam, że tymi dwoma elementami sporo można zmienić. Praca to klucz. Należy doprowadzić do tego, by mecz stał się kopią treningu.
Jak pan zareagował, gdy pod koniec listopada dostał ofertę z Częstochowy? Łukasz Żygadło, prezes klubu, stwierdził, że wszystko działo się bardzo szybko.
To prawda. Zadzwonił do mnie. Pamiętam, że była środa. Nie zastanawiałem się długo. Polska i włoska liga są najlepsze na świecie i to zaszczyt pracować w tych krajach. Znałem też już trochę PlusLigę, bo w latach 2008-2011 prowadziłem Asseco Resovię Rzeszów. Po rozmowie z prezesem Żygadłą wsiadłem w samochód i ruszyłem do Polski. Rano rozmawialiśmy już o tym, jak możliwie szybko poprawić grę zespołu.
To się chyba na razie nie do końca udaje. W pana debiucie ulegliście 2:3, po walce, JSW Jastrzębskiemu Węglowi. Później były dwie kolejne porażki, ale z PGE Projektem Warszawa i Asseco Resovią, czołowymi drużynami. W końcu udało wam się w niezłym stylu pokonać ZAKSĘ, ale później nastąpiła trudna do wytłumaczenia przegrana 0:3 z Energą Treflem Gdańsk.
Spotkanie z Treflem było wyjątkowo słabe. W naszej grze nie funkcjonowało zupełnie nic. Mam nadzieję, że nie powtórzymy już tak fatalnego poziomu i wierzę w to, że będziemy prezentować się coraz lepiej. Jestem po rozmowach indywidualnych z niektórymi zawodnikami. Chcę porozmawiać w ten sposób ze wszystkimi. Staram się zbudować ich właściwe podejście do meczu. Mentalność na pewno wymaga zmiany, ale to nie stanie się od razu.
Niektórzy nie są nauczeni ciężkiego trenowania. Brakuje mi też w tej drużynie komunikacji, pomagania sobie wzajemnie. Mówienia sobie pewnych rzeczy wprost. Zwracam zawodnikom uwagę, że jako grupa muszą wiedzieć, co komu leży na sercu, nawet jeżeli to nie są łatwe sprawy. Bez tego ciężko jest zbudować coś trwałego.
Wierzę, że w ten sposób sprawię, że zespół będzie popełniał mniej błędów. Zobaczymy, jak będziemy wyglądać za miesiąc, za dwa miesiące. Taki czas pokaże, czy obraliśmy właściwą drogę. Na pewno dobry wynik jest niezbędny, bo on też wpłynie na nastawienie mentalne. Tak było w Piacenzy – nie zmieniłem tam jakoś bardzo wiele. To był świetny zespół – rozmowy indywidualne, które przeprowadzałem przez 10 pierwszych dni, pokazały mi, co każdy z graczy może dać więcej od siebie. Widziałem po chłopakach, że zaczęli cieszyć się treningiem, mimo że zajęcia nie były lekkie. Pamiętam mecze: ogrywamy jakiegoś rywala w lidze i trener przeciwnika pyta mnie po ostatniej piłce: „Ljubo, co ty zrobiłeś, że twoi zawodnicy nagle zaczęli cieszyć się siatkówką?". Piacenza zaczęła grać sporo lepiej, byliśmy w półfinale play-offów i postawiliśmy się w nim mocno przyszłemu mistrzowi, czyli Trentino.
Wierzę, że w Częstochowie też nastąpi przemiana. Trzeba też na pewno mocno popracować nad techniką. Sporo zawodników tego nie lubi, woli iść w siłę, siłę i jeszcze raz siłę. Ale technika, np. przyjmowanie piłki na palce, czy umiejętne kończenie przechodzących piłek, to są naprawdę kluczowe rzeczy. Nie może być tak, że jest 24:24, dostajemy piłkę na naszą stronę i nie potrafimy rozegrać kończącej akcji, bo gubimy się w łatwych elementach. Mecze siatkarskie wciąż w dużym stopniu przegrywa się prostymi błędami. Ale można je ograniczyć.
Przy okazji meczu z ZAKSĄ wiele mówiło się o tym, że spotkania nie zaczął w pierwszej szóstce Luciano De Cecco, jeden z najlepszych rozgrywających świata ostatnich lat. Dlaczego?
Luciano miał od pewnego czasu kontuzję. To zaczęło się dwa tygodnie temu (rozmowa miała miejsce 22 grudnia – przyp. red.), ale on przez pewien czas z nią grał. Następnie był u lekarza w Warszawie, przebadano go, i usłyszał, że musi jakiś czas odpocząć. Wczoraj (czyli 21 grudnia – przyp. red.) próbował trenować, ale czuł jeszcze ból podczas zajęć, gdy próbował skakać.

Chodziło tylko o ten uraz? Komentatorzy Polsatu podczas meczu lekko sugerowali, że problemy mogą być również inne, ale nie chcieli zdradzać szczegółów.
Nie mam wiedzy na temat żadnych innych przyczyn. Jedno zauważyłem na pewno - dla Luciano sytuacja klubu jest trudna. Ten człowiek wiele ostatnich sezonów spędził we Włoszech, gdzie występował w czołowych klubach. Jest przyzwyczajony do grania o spore cele, a tutaj tyle porażek i jeszcze w dodatku on przez ból nie mógł pomagać tak, jakby chciał.
Z Piacenzą zajął pan ostatecznie czwarte miejsce w lidze. A jaki potencjał ma Częstochowa?
Trudno to powiedzieć. Ale mój prywatny cel, choć wiem, że będzie bardzo ciężko, to dostanie się do play-offów. Kluczowe jednak będzie stanie się jednością.
Porozmawiajmy o pana siatkarskiej drodze. Nikola Grbić opowiadał mi kiedyś o Kleku, swojej rodzinnej miejscowości, że tam w latach 50. nie żyło się łatwo i kiedy umierało ci dziecko, co zdarzało się często, po prostu robiłeś następne. Pan pochodzi ze wsi Ervenik, która leży na terenie dzisiejszej Chorwacji. Jak pan wspomina tamte realia?
Też było ciężko, choć może nie aż tak. Miałem 13 lat, gdy zacząłem chodzić do szkoły w większym mieście. Niedługo później trafiłem do Zagrzebia, gdzie zaczęła rozwijać się moja poważna przygoda ze sportem. Wielu z nas, ludzi z Bałkanów, wychowywało się w niełatwych warunkach, i może dlatego mamy takie predyspozycje do różnych sportów. Ja w szkole grałem w koszykówkę, piłkę ręczną. W zasadzie we wszystko. Wie pan, ile miałem lat, gdy zacząłem grać w siatkówkę?
Nie wiem, 15?
19.
To bardzo późno.
W szkole średniej występowałem w zawodach międzynarodowych w koszykówkę. Pamiętam artykuł w gazecie, w którym napisano malutkim drukiem, że jestem naprawdę dobry (śmiech). W pewnym momencie trener siatkarskiej drużyny zaproponował, żebym zaczął z nimi trenować. Namówił mnie. To była Mladost Zagrzeb: świetna ekipa. Od lat 60. bardzo często sięgała po mistrzostwo Jugosławii i regularnie dostarczała zawodników do reprezentacji kraju. Pierwsze tygodnie były bardzo ciężkie, ale wytrwałem. Widziałem, że staję się coraz lepszy. Minęły dwa lata od pierwszego treningu i powołano mnie do dorosłej kadry Jugosławii.

Myślę, że nie zrobiłbym tak szybko postępu, gdyby nie moje doświadczenia z innych dyscyplin. W Jugosławii każdy z zawodników, którzy osiągnęli dużo, miał podobnie. Niech pan spyta kiedyś o to Nikolę Grbicia – on też był kiedyś naprawdę dobrym piłkarzem i koszykarzem. W szkole robiło się wszystko. Co weekend zawody w różnych dyscyplinach. W dzisiejszym świecie trochę mi tego brakuje. Ktoś niedawno powiedział, że jeżeli zaczynasz ćwiczyć siatkówkę w wieku 10 lat, to jest już za późno. Nieprawda. Nawet 13, 14 lat to nie jest za późno, tylko musisz już wcześniej pracować, ćwiczyć i wyrabiać w sobie pewne nawyki.
W 1979 roku reprezentacja Jugosławii, w której pan występował, wywalczyła brąz mistrzostw Europy. Zmierzyliście się wtedy z reprezentacją Polski, drugą w tamtym turnieju, i gładko przegraliście 0:3.
Wtedy też moim trenerem w Mladosti został Polak, Leszek Dorosz. Siadał z nami na obozach i opowiadał o potędze polskiej siatkówki. O Edwardzie Skorku, Mirosławie Rybaczewskim, Ryszardzie Bosku, Tomaszu Wójtowiczu. Dzięki trenerowi Doroszowi wiedziałem o nich wszystko (śmiech). Zwłaszcza Wójtowicz był wybitnym graczem, o czym przekonywałem się na własne oczy. W latach 80. ja występowałem we włoskiej Modenie, a on w Sassuolo. Te miasta dzieli ledwie 20 kilometrów. Zakolegowaliśmy się. Widywaliśmy się, obaj lubiliśmy czasami wyskoczyć na piwko. Wójtowicz był w tamtych czasach najlepszym siatkarzem świata. Nie widziałem innego zawodnika, który by tak blokował. Nie skakał najwyżej, ale miał niezwykłe wyczucie i kapitalnie układał ręce. Nie wiem, kto w tamtych czasach mógł się z nim równać. Może tylko Aleksandr Sawin z reprezentacji ZSRR.
A ten finał igrzysk w Montrealu z 1976 roku między Polską a ZSRR? To było coś niesamowitego. 2:1 w setach dla Rosjan, w czwartej partii mają szansę na skończenie meczu. Nie udaje im się, a później Polacy złamali tę najlepszą przez lata drużynę świata. Zwłaszcza świetnego Władimira Czernyszewa, który zaczął popełniać błędy. To był wspaniały mecz, który rozegrał się na boisku, ale też w głowach.
Grał pan w siatkówkę do 1990 roku.
Miałem 37 lat, gdy zakończyłem karierę zawodniczą. Występowałem w Gividi Milano, byłem najstarszy w drużynie. Mówili na mnie: „dziad", a ja czułem się najlepiej w życiu, naprawdę. Dziś to jest normalne. Fin Mikko Esko wciąż występuje, choć ma 47 lat. Decyzja o zakończeniu kariery była bardzo trudna. Miałem w głowie, że ciągle mógłbym dawać sporo różnym drużynom, ale jednocześnie była pewna presja otoczenia. Zdecydowałem, że będę trenerem.

Jakim pan jest trenerem?
Mogłem mieć więcej sukcesów. Gdy dziś patrzę na swoją karierę szkoleniowca, dochodzę do wniosku, że kilka razy miałem pecha w kluczowych momentach. Weźmy igrzyska w Atenach w 2004 roku. W poprzednich igrzyskach, w Sydney, Jugosławia sięgnęła po złoto, które wiele znaczyło dla całego narodu. Ci zawodnicy grali wtedy z gigantyczną motywacją. Chcieli pokazać całemu światu, że Jugosławię można kojarzyć z czymś pozytywnym.
W Grecji, cztery lata później, już jako Serbia i Czarnogóra, graliśmy pierwszy grupowy mecz z Polską. Przegraliśmy 0:3, ale później cztery razy wygraliśmy i zajęliśmy pierwsze miejsce w grupie. W ćwierćfinale, w wyniku splotu okoliczności, trafiliśmy na Rosję. Już wcześniej problemy ze zdrowiem miał Ivan Miljković, który według mnie był wtedy najlepszym atakującym świata. Pojechał do szpitala. Jakaś infekcja, nie było wiadomo, co to w zasadzie jest. Kolejnych trzech, czterech zawodników też miało poważne problemy ze zdrowiem. Dziwne to było wszystko, ale nie mieliśmy żadnych dowodów. O to też może pan kiedyś spytać Nikolę.
Sugeruje pan jakieś otrucie?
Mogło to się zdarzyć, ale nikt nikogo nie złapał i ciągle, po ponad 20 latach, nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć. Rosja pokonała nas 3:1. Szkoda, bo mieliśmy potencjał, by znów sięgnąć po olimpijskie złoto.
Mija rok, jest sezon 2004/2005 i włoska Serie A. Prowadziłem Piacenzę, której rozgrywającym był Grbić. W rundzie zasadniczej jesteśmy zdecydowanie najlepsi. To był kapitalny zespół: Nikola, na libero Brazylijczyk Sergio, do tego jego rodak Anderson Rodrigues, Hristo Zlatanov, Kubańczyk Leonel Marshall, a środkowym, całkiem niezłym, był Massimo Botti. Ten sam, który teraz prowadzi Asseco Resovię i niedawno mnie pokonał (śmiech). Miałem też Vigora Bovolentę, który w 2012 roku niestety zmarł podczas meczu. Przechodzimy ligowy ćwierćfinał, ale w półfinale przeciwko Perugii Nikola łapie kontuzję. Nic się nie dało zrobić, po prostu nie mógł grać. I Perugia pokonała nas 3:1 w czterech spotkaniach.

Do tego dochodzi Resovia, mój ostatni sezon, czyli 2010/2011. Jesteśmy w play-offach, ale musimy grać bez Georga Grozera i Olega Achrema. Kontuzje. I przegraliśmy w półfinale z ZAKSĄ. Jestem przekonany, że gdybyśmy rywalizowali w najmocniejszym składzie, byłaby wielka szansa na złoto.
Ma pan jeszcze jakieś wspomnienie z Grbiciem?
Jeszcze wcześniej, w sezonie 1995/1996, kiedy miał 22 lata, prowadziłem go w Catanii. Miał problem z nadgarstkiem, okazało się, że konieczna jest operacja. Ciężka sprawa dla rozgrywającego. Trochę nie wiedzieliśmy, na czym stoimy w klubie. Ale ja wtedy zobaczyłem nadzwyczajnie zdeterminowanego człowieka. Nikola każdego dnia zostawał po treningu i robił wszystko, żeby doprowadzić się do pełnej sprawności. Robił dosłownie wszystko, żeby jak najszybciej wrócić. Nie widzę dzisiaj siatkarza z takim podejściem, jak on. Poza tym to zawsze był zawodnik, który podczas meczów od pierwszej do ostatniej piłki był najbardziej ze wszystkich skupiony na grze. Miałem wrażenie, że na boisku widział wszystko.
Gdy w latach 90. pracował pan już jako trener we Włoszech, wybuchła wojna na Bałkanach. Doświadczył jej pan z bliska?
Nie, przebywałem we Włoszech, ale bardzo martwiłem się o bliskich. Rodzina musiała opuścić miejsce zamieszkania i przenieść się do Serbii. Mama, ojciec, siostra, brat. Wszyscy. Trafili do Belgradu i już nie wrócili. Mama miała swoje lata, różnie było z jej zdrowiem. Rodzice później zmarli, siostra pozostała w Serbii. Niektórzy z tych przesiedlonych ludzi próbowali później wrócić do Chorwacji. Przyjeżdżają, a tam katastrofa. Nie było nic.
Wydaje mi się, że kilka innych europejskich państw – Anglia, Francja, Niemcy - miało swój interes w tym, żeby, m.in. na bazie różnic religijnych, rozbić Jugosławię. Byliśmy mocni, to się innym nie spodobało. I pasowało im zniszczenie Jugosławii. Łatwiej jest rządzić tym, kto jest mniejszy i ma za sobą wewnętrzne piekło.
Szkoda, że tak się stało. Dużo osób krytykuje dawny ustrój komunistyczny, a mi w Jugosławii żyło się bardzo dobrze. To nieprawda, że komunizm był złem. Ludzie gadają, co chcą. Lubią powtarzać frazesy. We wczesnych latach 80. to był świetny kraj do życia. U nas np. nie było problemów z dostaniem paszportu. Mogłeś jechać wszędzie – do USA, Rosji, do Chin. Podróżować po świecie. Mam wielu znajomych Polaków i wiem z ich opowieści, że w waszym kraju w tamtym czasie o paszport było sporo trudniej. Szkoła w dawnej Jugosławii? Bezpłatna. Opieka zdrowotna? To samo. Praca? Nie było dużego bezrobocia. Może nie byliśmy bogaci, ale wiele osób było szczęśliwych.
Pan, już jako trener, pracował w różnych ciekawych miejscach. Najbarwniej, ale i najtrudniej było w Iranie? Pytam, bo w latach 2016/2017 przez kilka miesięcy prowadził pan w tym kraju klub Szahrdari Urmia, czyli drużynę z miasta, które na dodatek wyjątkowo żyje siatkówką.
Specyficzne miejsce. Problem polegał na tym, że podpisałem kontrakt, przyleciałem do Iranu i dostałem jedną pensję. A później co chwilę słyszałem: „Pieniądze pojawią się w następnym tygodniu". A tu nic. Przez trzy miesiące nas oszukiwano. Gdyby działacze byli z nami szczerzy i powiedzieli: „Nie mamy teraz pieniędzy, dajcie nam miesiąc", byłoby bardziej w porządku. Podeszlibyśmy do tego ze zrozumieniem. A tak w pewnym momencie powiedzieliśmy „dość". Każdy by w końcu nie wytrzymał. Już wcześniej wysyłaliśmy pisma do międzynarodowej federacji.
W trzecim miesiącu pracy wygraliśmy ważny mecz. Kibice w euforii. To w ogóle było niesamowite, bo w Urmii na każdy nasz trening przychodziło 100-200 kibiców. Na każdy! Dopingowali nas, byli fantastyczni, choć nie lubili jednego mojego zawodnika. Podpadł im kiedyś jakąś publiczną wypowiedzią na temat fanów. Irańczycy są pamiętliwi. Ten zawodnik, Irańczyk, robił na zajęciach wszystko, co mógł, a ci na niego buczeli. A kiedy na treningu popełniał błąd, skakali z radości (śmiech). Pierwszy raz w karierze trenera miałem taką sytuację.
Ale wróćmy do sytuacji finansowej. Po tamtym prestiżowym zwycięstwie usiedliśmy we trzech: ja, mój syn Dragan (wielokrotny reprezentant Włoch – przyp. red.), który był rozgrywającym zespołu z Urmii, i członek sztabu. Narada: „Co robimy?". Ustaliliśmy, że nie możemy funkcjonować w takich warunkach. I że wracamy do domu. Ale wie pan, kiedy przekazaliśmy szefom klubu, że opuszczamy Iran? Wysłaliśmy sms-y z lotniska w Stambule. Baliśmy się jakiejś gwałtownej reakcji, tego, że np. ktoś wpadnie na pomysł, by zatrzymać nasze paszporty.
Pan chciał, żeby Dragan został siatkarzem?
Do 12. roku życia syn bardziej skupiał się na piłce nożnej.
Ale w rozmowie z „La Gazzetta Dello Sport" powiedział kiedyś, że wiele panu zawdzięcza, bo kiedy miał sześć lat, pan uczył go już serwowania z wyskoku.
Mogło tak być. Mój przyjaciel, mieszkający niedaleko, prowadził bazę, gdzie były korty tenisowe i boiska do siatkówki plażowej. Pamiętam, że zabierałem tam Dragana, ale też jego starszą siostrę, która uprawiała ten sport. Dragan był jak ja, też miał predyspozycje do koszykówki. Ciągnąłem go w stronę różnych dyscyplin. Kiedy skończył 12 lat, pojechał na dwutygodniowy obóz siatkarski. Gdy wrócił do domu, mówi do mnie i żony: „Czy ja mogę uprawiać na poważnie i piłkę nożną, i siatkówkę?". Wtedy powiedzieliśmy mu stanowczo, że musi wybrać. Potrzebował na tę decyzję trochę czasu.
Myślę, że wybrał dobrze, choć trener drużyny piłkarskiej nie był zadowolony z jego decyzji. Minęło niewiele czasu i gdzieś najwidoczniej rozeszła się wieść, że jest tutaj taki zdolny siatkarz, bo zadzwonili z Sisleya Treviso. Bardzo chcieli Dragana u siebie i tak się stało. Miał 13 lat, gdy zmienił szkołę, zamieszkał w Treviso i zaczął grać dla tego dużego klubu.
Wiem, że nie jest łatwo was porównać, ale syn jako zawodnik zrobił chyba jednak większą karierę od pana.
Kiedy Dragan przenosił się do Treviso, powiedziałem mu: „Jeżeli nie okażesz się lepszym siatkarzem ode mnie, nie osiągniesz w tym sporcie nic". Trochę żartowałem, to było nieco samokrytyczne, ale też zawsze byłem w stosunku do niego wymagający. Obiektywnie patrząc, syn na pewno jako zawodnik osiągnął w siatkówce więcej niż ja.
Co panu się najbardziej podoba we współczesnej siatkówce, a co niekoniecznie?
To jest dzisiaj kompletnie inny sport. Wprowadzenie punktowania każdej akcji, a nie tylko tej przy własnej zagrywce, było świetnym pomysłem. Polska jest wyjątkowa: ludzie kochają ten sport, są transmisje w telewizji, ale takich państw jest ledwie kilka. Wasz kraj powinien stanowić przykład, bo w wielu miejscach siatkówka jest zbyt mało popularna i należałoby nad tym popracować. A co mi się nie podoba w samej grze? Czuję, że technika trochę zostaje wyparta przez siłę. Liczy się to, kto jest większy i uderzy mocniej, co dzieje się zresztą też w innych dyscyplinach. Za moich czasów to właśnie technika była najważniejsza. I to było piękne
Rozmawiał: Jakub Radomski
Autor jest dziennikarzem serwisu Weszlo.com.
Powrót do listy