Artykuły

Lubelski Klub Przyjaciół Siatkówki, czyli historia rodem z Hollywood

Po zdobyciu TAURON Pucharu Polski siatkarze BOGDANKI LUK Lublin zrealizowali już dwa z czterech celów na ten sezon. Wcześniej wywalczyli AL-KO Superpuchar, a przed nimi obrona mistrzowskiego tytułu w PlusLidze i walka w Lidze Mistrzów. Prezes klubu Krzysztof Skubiszewski wskazuje, co jest kluczem do dobrego wyniku BOGDANKI. Co sprawia, że nie musi przebijać ofert konkurencji, ale i tak jest w stanie pozostawiać kluczowych graczy i wcześnie budować skład na kolejny sezon. Czy to wszystko byłoby możliwe bez Wilfredo Leona oraz - jak to w ogóle możliwe, że w kilkanaście lat – z małego klubiku – stworzono taką potęgę?

MAREK ŻOCHOWSKI: Chyba nie mógł pan w najśmielszych snach oczekiwać, że po niespełna 13 latach istnienia klubu będziecie w miejscu, w którym teraz jesteście?
KRZYSZTOF SKUBISZEWSKI (prezes zarządu BOGDANKA LUK Lublin): Na samym początku naszej przygody klubowej z Maćkiem Krzaczkiem w 2013 roku nikt o tym nawet nie marzył, że będziemy mistrzami Polski, czy zdobędziemy inne puchary. Na początku to była taka przygoda przyjaciół z siatkówką po to, żeby kontynuować sportową pasję. I tak naprawdę dopiero kolejne lata przyniosły rozwój, sukcesy, czyli awans do drugiej ligi, później w drugiej lidze pojawił się sponsor Politechnika Lubelska, która dała nam szyld i wiarygodność. Dali nam także halę i mogliśmy myśleć o kolejnych krokach, a kiedy prezes firmy LUK Jacek Wysokiński z prezydentem Krzysztofem Żukiem dołączyli do tego projektu i wsparli nas w działaniach, mogliśmy już pomyśleć o czymś więcej. To był ostatni sezon w drugiej lidze i wiedzieliśmy, że chcemy awansować do pierwszej ligi i mieliśmy już plan na to, żeby awansować do PlusLigi. A długofalowe założenia były takie, żeby kiedyś – w przyszłości – namieszać w PlusLidze, ale to były na pewno dużo bardziej odległe cele niż to, co w efekcie się stało. W PlusLidze myśleliśmy o dłuższej perspektywie zdobywania medali. Na pewno nie spodziewaliśmy się, że taki sukces przyjdzie w tak krótkim czasie. Powiem nieskromnie, że jest to ciężka praca wszystkich ludzi, nie tylko moja i Maćka, ale wszystkich osób zaangażowanych w klubie. Mamy to szczęście, że na swojej drodze spotykamy osoby, które są w stanie nas wesprzeć, byśmy mogli realizować marzenia. Trafiamy na ludzi, którzy myślą podobnie jak my i widzą tę drogę. Może to śmiesznie zabrzmi, ale to taki hollywoodzki scenariusz: od zera do milionera.



Trochę tak! Skoro najpierw byliście skromnymi siatkarzami, a teraz zarządzacie wielką siatkarską firmą. 
Z Maćkiem graliśmy w Cukrowniku, czy w innych klubach, ale Cukrownik wtedy się rozwiązał. Politechnika Lubelska też wówczas przestała funkcjonować na boiskach drugoligowych. Chcieliśmy coś stworzyć na miejscu, a że dużo naszych znajomych zostało bez klubów, to tak naprawdę w pierwszym sezonie zorganizowaliśmy drużynę składającą się z samych kolegów, przyjaciół. Jak sama nazwa mówi, LKPS to jest skrót oznaczający Lubelski Klub Przyjaciół Siatkówki. I to było naszym założeniem od samego początku, żeby gromadzić przyjaciół wokół siatkówki. Pamiętam, że w pierwszym sezonie graliśmy w finale o awans do drugiej ligi i tak naprawdę zabrakło zaledwie seta do tego, żeby ten awans zrobić. Jednak myślę, że wtedy to by mogło „zabić” nasz klub, bo nie byliśmy na to jeszcze gotowi organizacyjnie i finansowo. Natomiast już w kolejnym sezonie widzieliśmy perspektywy w mieście, bo hala co prawda była może na 100 osób, ale ludzie oglądali nasze mecze. Wtedy już wiedzieliśmy, że są realne szanse na to, żeby siatkówkę w Lublinie zbudować i z Maćkiem zrezygnowaliśmy już z grania. Zajęliśmy się prezesowaniem, organizacją klubu. Ale nawet wtedy jeszcze też byliśmy czynnymi trenerami, bo w kolejnym sezonie, w którym zrobiliśmy awans, zewnętrznego trenera jeszcze nie zatrudnialiśmy. Sami z Maćkiem to prowadziliśmy. Czyli zaczynaliśmy od zawodnika, przez trenera, później prezesa... Myślę, że właśnie dzięki temu łatwiej nam patrzeć na siatkówkę z wielu perspektyw. Głębiej rozumiemy i czujemy organizację od wewnątrz. To nam pomaga w dzisiejszych działaniach.



Pan grał jako libero, a wiceprezes Krzaczek jako środkowy. Ale teraz to już jesteście chyba wyłącznie rozgrywającymi?
No pewnie tak, ale czasem trzeba jeszcze i coś zablokować, i coś zaatakować, i coś obronić, i załatać dziury... 

Można powiedzieć, że po zdobyciu TAURON Pucharu, a wcześniej AL-KO Superpucharu Polski wykonaliście 50 procent planu na ten sezon, ale te najważniejsze zadania dopiero przed wami?
Pięćdziesiąt procent zostało, a można powiedzieć, że nawet troszeczkę więcej, licząc, że Superpuchar to tylko jeden mecz, a Puchar Polski zaczęliśmy od fazy ćwierćfinałowej, więc to tylko trzy starcia. Natomiast Liga Mistrzów i mistrzostwo Polski to dłuższa walka, tych spotkań zdecydowanie więcej trzeba rozegrać. Jeśli chodzi o Ligę Mistrzów, to wiadomo, najwyższa światowa półka, zresztą w polskiej lidze to wygląda podobnie. Uważam, że mamy najlepszą ligę świata, więc to też jest ten poziom. Zatem jeśli chodzi o liczbę samych meczów, to jeszcze troszeczkę więcej jest niż te 50 procent planu do wykonania.


Poza oczywistą obroną tytułu w PlusLidze i mimo że debiutujecie w Lidze Mistrzów, zakładam, że możecie otwarcie mówić o wysokich celach także w europejskich rozgrywkach, bez zbędnej skromności?
My zawsze podchodzimy do rywalizacji z myślą o zwycięstwach. Wiadomo, gra się po to, żeby wygrywać, więc na pewno chcielibyśmy znaleźć się w turnieju finałowym Ligi Mistrzów w Mediolanie. Natomiast to nie będzie prosta droga. Zdajemy sobie sprawę, jakich przeciwników mamy w grupie i mimo że dwa mecze mamy wygrane, to trzeba się napracować, został jeszcze kawałek do tego, by z tej grupy awansować, a później dobrze się pokazać w fazie pucharowej. Na razie spokojnie podchodzimy do sprawy, nastawiając się na następny mecz i jego wygranie. Oczywiście, najlepszym rozwiązaniem dla nas byłoby wyjść z pierwszego miejsca w grupie, bo wtedy się unika dodatkowej fazy play-off. Ma się wówczas bezpośredni awans do ćwierćfinału. A zespół tego odpoczynku potrzebuje i wiadomo, że gdyby były te te dwa dodatkowe spotkania, to dla nas nie byłaby to komfortowa sytuacja. Jednak spokojnie: jeszcze daleka droga do tego, żeby sobie jakiekolwiek medale wieszać na szyi. Ale tak jak powiedziałem, chcemy wygrać każdy kolejny mecz, żebyśmy to zawsze my kończyli ostatnią piłkę. 



Gdy pan patrzy na BOGDANKĘ LUK w tym sezonie i porównuje z poprzednim, jest to zespół dojrzalszy, lepszy?
Myślę, że przede wszystkim bardziej doświadczony. Oczywiście wiadomo, że w tamtym sezonie też mieliśmy doświadczonych graczy w składzie i wielu z nich zdobywało już różne medale i trofea, nie tylko klubowe, ale i reprezentacyjne. A rekordzistą świata jest tutaj Wilfredo Leon... Natomiast uważam, że jako zespół jesteśmy bardziej doświadczeni pod kątem grania o najwyższe cele, o stawkę, bo wcześniej takich meczów nie rozgrywaliśmy. To było widać w Pucharze Polski, że to doświadczenie zaprocentowało i ten właściwy mental się ujawnił właśnie wtedy, gdy to było ważne.



Wspomniał pan Wilfredo. Czy zastanawiał się pan, co by było, gdybyście go nie mieli? No bo jak go macie, to wszystko się wydaje łatwiejsze. Czy to wszystko w ogóle byłoby możliwe bez niego?
Myślę, że raczej nie, bo on jest wspaniałym zawodnikiem, graczem najlepszym na świecie, nie umniejszając jego kolegom rzecz jasna. Chociaż nie wygra się w siatkówce bez kolegów, a Leon nie zaserwuje 25 asów, to on spowodował, że inni poszli za nim. Stworzył ten drużynowy mental, zbudował pozostałych. Cała drużyna też zauważyła, że można wygrywać i każdy na tym skorzystał. Przecież i Marcin Komenda, i Kewin Sasak przy nim urośli, tak trzeba to sobie wprost powiedzieć. A Marcin jest teraz najlepszym polskim rozgrywającym i myślę, że to również dzięki Wilfredo. Oczywiście nie stało się wyłącznie za sprawą Leona, bo Marcin się świetnie rozwijał u nas w klubie, ale myślę, że w sporej części dzięki temu, że Wilfredo tu gra. To nie jest wyłącznie wysoki poziom sportowy, ale też ten mentalny, to jak wpływa na drużynę. W tym sensie myślę, że gdyby nie on, tych sukcesów by nie było. Natomiast podkreślę raz jeszcze: nie umniejszałbym tych sukcesów pozostałym graczom, którzy grali i w tamtym sezonie, i w tym. Każdy dołożył cegiełkę i tak samo bez nich Wilfredo też by tych medali nie zdobył, więc wygrywa zawsze drużyna.

W tym sezonie zrobiliście coś, co w klubowej siatkówce polskiej nie jest takie częste, to znaczy na bardzo wczesnym etapie ogłosiliście, że większość gwiazd zostaje i trener też przedłuża kontrakt. Taki był pan od początku, czy to wyszło „w praniu”?
Prawdę mówiąc, musieliśmy zareagować na to, co zaczęło się dziać się na rynku. Chcąc być najlepszym, trzeba wyprzedzać ruchy innych zespołów. Oczywiście o tych wszystkich zawodnikach, z którymi przedłużyliśmy kontrakty, od samego początku sezonu wiedzieliśmy, że chcemy ich pozostawić na kolejny, ale nie zawsze wszystko zależy od nas. Muszą chcieć obie strony. Jesteśmy zadowoleni także dlatego, że zarówno siatkarze, jak i trenerzy i wszyscy inni, którzy związali się z naszym klubem, są szczęśliwi stanowiąc jego część i dzięki temu – żyjąc w Lublinie. Bo to miasto jest też świetne do mieszkania, do życia dla samych graczy, jak i dla ich rodzin. Myślę, że warunki oferowane przez klub są na najwyższym poziomie i dzięki temu jest nam na pewno dużo łatwiej ich zachęcić. I dla nich ta spokojniejsza głowa na resztę sezonu też dużo znaczy, bo już się nie muszą się stresować tym, co będzie w przyszłym roku, czy wszystkimi plotkami. A my też chcieliśmy, by te wszystkie pogłoski, te potencjalne ruchy transferowe uciąć, tak by i kibice, i sponsorzy, ale też i zawodnicy byli spokojniejsi. To też nam pomaga budować budżet, drużynę na kolejny sezon, kiedy przedłuża się umowy podstawowych zawodników i widać tę stabilność. 

Jako szefowi jest panu łatwiej prowadzić klub po zdobyciu mistrzostwa Polski, zebrać sponsorów, nakłonić nowych?
Z jednej strony na pewno jest łatwiej, ale puchar za mistrzostwo Polski jest ciężki i, mówiąc także w przenośni, swoje waży. Mówię nie tylko z perspektywy przychodów, ale też kosztów. Trzeba sobie uświadomić, że gracze, którzy zdobywają mistrzostwo kraju, nie zarabiają już tyle samo... Należy zdawać sobie sprawę, że wiąże się to wszystko i z podwyżkami, i z tym, że wszyscy dookoła też pragną ich mieć w swoim zespole. To tak naprawdę działa więc w dwie strony. A czy czy łatwiej pod kątem sponsorów? Na pewno tak, natomiast pod względem ilości pracy do wykonania, to myślę, że jest jej dużo więcej. Ten sukces też trzeba umieć wykorzystać na maksa.



Ma pan wiedzę, którym budżetem w PlusLidze dysponujecie? 
Myślę, że w poprzednim sezonie mieściliśmy się w pierwszej ósemce, a w tym może jesteśmy troszeczkę wyżej. Nie chcę zaglądać innym do portfela, ale sądzę, że nie jesteśmy najbogatszym klubem w Polsce.
 
Mówił pan, że konkurenci chcą zwyczajnie podkupić waszych graczy i musicie na to reagować. Zdarzyło się, że siatkarze zostają u was, mimo wyższych ofert z innych klubów?
Tak, było kilka takich sytuacji. Ja bym powiedział, że jeśli jest się mistrzem Polski, to otwiera inną perspektywę przed zawodnikami. I również zdecydowanie inną perspektywę daje to, że mamy w zespole choćby Wilfredo, czy Marcina Komendę. To wszystko ma spory wpływ na podejmowane decyzje, ale nie tylko to. Myślę, że dodatkowym argumentem jest stabilność finansowa i organizacyjna, a także fakt, że wszyscy świetnie się czują u nas w klubie oraz to, że dbamy o podopiecznych. Wszyscy już o tym wiedzą, nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Każdy wie, że nasz klub organizacyjnie jest na najwyższym poziomie i myślę, że to powoduje, iż często siatkarze patrzą nie tylko na finanse, ale też na możliwość realizowania się w dobrze prosperującej organizacji, w bardzo ładnym mieście, szanse grania o najwyższe cele. To wszystko powoduje, że na końcu kwota w kontrakcie okazuje się tylko jedną, choć kluczową, składową gratyfikacji dla siatkarza. Zbilansowana innymi walorami może dawać satysfakcję, choć finanse okazują się potencjalnie nieco mniejsze niż w ofertach konkurencji.

Powrót do listy

POWIĄZANE WIADOMOŚCI