Artykuły

Łukasz. Plażowicz, który został halowym wicemistrzem olimpijskim

Za zwycięstwo w jednym z turniejów eliminacyjnych mistrzostw Polski w siatkówce plażowej dostał 690 złotych, a gdy po raz pierwszy został mistrzem świata, na rozmowy roamingowe wydał prawie tyle samo. W młodzieżowych imprezach mistrzowskich szedł po swoje, seryjnie zdobywał medale. I nagle… duży „zbieg okoliczności” sprawił, że Łukasz Kaczmarek porzucił grę na plaży i został siatkarzem halowym. Dziś jest wicemistrzem olimpijskim, wicemistrzem świata, mistrzem Europy, trzykrotnym zdobywcą Ligi Mistrzów i dwukrotnym mistrzem Polski. – Nie żałuję więc zmiany – mówi z rozbrajającą pewnością. Poznajcie plażową historię jednego z najlepszych atakujących PlusLigi.

Maciej Nowocień: Zdarza ci się jeszcze dziś pograć w siatkówkę plażową?
Łukasz Kaczmarek:
Oj, ostatni raz na poważnie grałem rok temu podczas Pucharu Polski w Przysusze wspólnie z Michałem Kubiakiem. Szczerze mówiąc, po zakończeniu sezonu halowego teraz ani razu nie byłem na plaży. Jedyny kontakt z siatkówką plażową miałem podczas Meczu Gwiazd, też w Przysusze. Tak naprawdę po sezonie nie znalazłem jeszcze czasu, żeby po prostu wyjść na piasek i pograć. Myślę jednak, że wynika to z tego, jak wymagający był ten sezon dla każdego z nas. Wszyscy potrzebowaliśmy chwili odpoczynku, dlatego siatkówka, niezależnie od odmiany, zeszła na jakiś czas na dalszy plan.

Zostały ci plażowe nawyki?
Wiesz co, takich rzeczy się po prostu nie zapomina. Oczywiście siatkówka plażowa bardzo się zmieniła od czasów, kiedy grałem regularnie. Teraz jest znacznie szybsza, akcje są bardziej dynamiczne, rozegranie wygląda inaczej, dlatego pod względem fizycznym trzeba być dużo lepiej przygotowanym. Z „Kubim” rok temu na ten turniej pojechaliśmy praktycznie z marszu. Nie trenowaliśmy wcześniej na piasku, nie mieliśmy żadnego przygotowania, a mimo to udało nam się wygrać z młodymi kadrowiczami i potem doprowadzić do tie-breaka. Mecz był naprawdę wyrównany. Myślę jednak, że z czasem było widać różnicę w przygotowaniu fizycznym. Młodzi zawodnicy trenują na piasku na co dzień i mieli pod tym względem sporą przewagę. Mimo wszystko było to fajne doświadczenie. Dla mnie największą różnicą jest właśnie tempo gry, bo w porównaniu z czasami, gdy sam grałem w siatkówkę plażową, dziś jest to zdecydowanie szybsza dyscyplina.

Nie wszyscy kibice wiedzą, ale ty tak naprawdę wywodzisz się z siatkówki plażowej. Jak się zostaje plażowiczem w Krotoszynie?
Razem z Sebastianem Kaczmarkiem tak naprawdę od razu zaczynaliśmy poważne granie od siatkówki plażowej. Każde lato, po zakończeniu sezonu i wszystkich turniejów Kinder Joy of Moving, poświęcaliśmy właśnie grze na piasku. Nasz trener mocno na to stawiał i dziś mogę powiedzieć, że siatkówka plażowa dała mi naprawdę wiele, patrząc na dalszy rozwój mojej kariery. To dyscyplina, która bardzo rozwija wszechstronność. Trzeba radzić sobie z wiatrem, podejmować decyzje praktycznie w każdej akcji i grać tylko we dwójkę, więc każdy zawodnik musi umieć zrobić na boisku niemal wszystko. W Krotoszynie były boiska do siatkówki plażowej i właściwie spędzałem tam każde lato. Grał mój tata, grał mój wujek, więc i ja naturalnie zacząłem chodzić na piasek. Później przyszły pierwsze turnieje, aż w końcu z Sebastianem wystartowaliśmy w mistrzostwach Polski młodzików, gdzie zdobyliśmy srebrny medal. To właśnie wtedy zwrócił na nas uwagę trener kadry Grzegorz Klimek. Zaprosił nas do Łodzi, do Szkoły Mistrzostwa Sportowego, bo uznał, że mamy potencjał i warto dać nam szansę na dalszy rozwój. To była taka “plażowa” Spała.

No tak, ale wtedy idolami młodych siatkarzy byli bardziej Mariusz Wlazły, Michał Winiarski czy Paweł Zagumny, niż plażowicze. Nie wolałeś grać w hali?
Myślę, że złapaliśmy bakcyla do siatkówki plażowej przede wszystkim dlatego, że zaczęły przychodzić sukcesy. W hali, grając w Krotoszynie, oczywiście rywalizowaliśmy w różnych turniejach, ale nie osiągaliśmy takich wyników, które pozwalałyby walczyć o najwyższe miejsca. Natomiast na piasku zaczęliśmy wygrywać i to dało nam dodatkową motywację. Kiedy pojawiła się propozycja wyjazdu do Łodzi, wiedzieliśmy już, że otwierają się przed nami nowe możliwości. Mieliśmy szansę występować w mistrzostwach Europy i świata, regularnie wyjeżdżać na zgrupowania, między innymi do Turcji. Dla nas, jako młodych zawodników, była to bardzo atrakcyjna perspektywa i właśnie dlatego zdecydowaliśmy się wejść w projekt siatkówki plażowej.

Jak się odnalazłeś w łódzkiej SMS, która była specyficzną, ale elitarną dla plażowiczów szkołą?
Oj, to był wspaniały czas! Do Łodzi trafiłem już w trzeciej klasie gimnazjum. Musiałem szybko nauczyć się samodzielności, bo mieszkałem z dala od domu, więc trzeba było zadbać o siebie i pogodzić to wszystko z nauką oraz treningami. Początki nie były łatwe, ale z perspektywy czasu bardzo to doceniam. To doświadczenie sprawiło, że już w bardzo młodym wieku stałem się samodzielny, a to później bardzo pomogło mi zarówno w życiu, jak i w sporcie. Już w pierwszym roku wspólnych treningów z Sebastianem pojechaliśmy na mistrzostwa Europy do lat 18, choć sami mieliśmy po 16 lat. W Porto zajęliśmy piąte miejsce, co dla nas, jako młodszego rocznika, było ogromnym sukcesem. 

Potem było tylko lepiej.
Kolejne lata były już wypełnione występami na mistrzostwach Europy i świata oraz sukcesami na krajowym podwórku. Trzy razy z rzędu zdobyliśmy mistrzostwo Polski juniorów. Szczególnie pamiętam finał, który jako zawodnicy dopiero w drugim roku kategorii kadeta wygraliśmy ze starszymi Piotrem Kantorem i Bartoszem Łosiakiem, których nie trzeba przedstawiać. Oni wcześniej seryjnie zdobywali tytuły mistrzów Polski w swoich kategoriach wiekowych, dlatego zwycięstwo z takimi zawodnikami było dla nas czymś wyjątkowym. To dawało ogromną satysfakcję i przekonanie, że możemy rywalizować z najlepszymi. Tych sportowych doświadczeń i sukcesów było naprawdę bardzo dużo, dlatego okres spędzony w Łodzi wspominam niezwykle dobrze. 

Mieliście chyba też fajną klasę, która się trzymała ze sobą.
Do dziś utrzymuję świetny kontakt z wieloma osobami. Chodziłem między innymi do klasy z Jagodą Gruszczyńską, dziś już Śliwką, czyli żoną mojego przyjaciela Olka. Trzymaliśmy się też z Kasią Kociołek [dziś Kropidłowską - red.], Agatą Lewicką czy wieloma kolegami, z którymi nadal się przyjaźnimy. To pokazuje, że byliśmy naprawdę zgraną grupą i że czas spędzony w SMS-ie był dla mnie wyjątkowy nie tylko pod względem sportowym, ale również prywatnym.

To wtedy też zostałeś “Zwierzem”, jak mówią na ciebie koledzy do dziś. Tę ksywę wymyślił Grzesiek Klimek.
No tak, pseudonim wziął się od moich nieproporcjonalnie długich rąk. Zawsze wszyscy śmiali się, że sięgają mi prawie do kolan, więc jakoś naturalnie zaczęli mówić na mnie „Zwierzak”. I tak już zostało do dziś.

Niezapomniane na pewno zostały zimowe treningi w nieistniejącym już balonie SMS przy Milionowej.
Oczywiście, że je pamiętam. Trenowaliśmy tam praktycznie codziennie przez cały okres zimowy. Zdarzało się, że było tak zimno, że ćwiczyliśmy w specjalnych butach, podobnych do tych używanych w surfingu. Nawet jeśli pod balonem udawało się ogrzać powietrze, to piasek i tak pozostawał niesamowicie zimny. Mimo tych warunków ten obiekt miał swój wyjątkowy klimat. Dziś wspominam te treningi z dużym sentymentem, bo właśnie tam spędziliśmy mnóstwo czasu, przygotowując się do kolejnych sezonów.

To mogło zahartować.
Tak, na pewno takie warunki hartowały charakter. W tamtym czasie w Polsce po prostu nie było lepszych możliwości do trenowania siatkówki plażowej, więc trzeba było pracować w takich warunkach, jakie były dostępne. Dzisiaj, kiedy jestem w Spale na zgrupowaniach reprezentacji i widzę, jaką bazą treningową dysponują obecni zawodnicy [plażowy SMS przeniósł się do Spały - red.], różnica jest naprawdę ogromna. Mają świetne hale i znacznie lepsze warunki do pracy. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, nasze warunki były bardzo spartańskie. Oczywiście wtedy wydawało nam się, że są całkiem dobre, bo nie mieliśmy porównania, ale rozwój infrastruktury przez te lata jest naprawdę imponujący.

Nadszedł czas na opowieści ze słynnej bursy, w której mieszkaliście. Nie krępuj się.
(śmiech) Tych historii było mnóstwo. Pamiętam jedną historię z mojego pierwszego roku w Łodzi. Mieszkaliśmy wtedy na Podgórnej, to chyba był teren ŁKS-u. Pewnego dnia przyszła grupa kibiców Widzewa i zaczęła rzucać kamieniami w okna. Wszyscy uciekliśmy na korytarz, gdzie nie było okien, żeby przypadkiem nikomu nic się nie stało. To na pewno jedno z tych mniej przyjemnych wspomnień z tamtego okresu. Na co dzień jednak życie w Łodzi miało swój niepowtarzalny klimat. Codziennie rano szliśmy z Podgórnej do szkoły i na treningi przy ulicy Milionowej. To było około 2,5 kilometra, więc trzeba było wstać o siódmej rano i zarezerwować sobie 20–25 minut na dojście. Nie było żadnych wymówek: po prostu trzeba było wstać i iść. Dziś wspominam to z dużym sentymentem, bo takie codzienne obowiązki też budowały charakter.

I jeszcze coś z siebie dać w szkole i przede wszystkim na treningu.
Nasz dzień wyglądał bardzo intensywnie. Zazwyczaj zaczynaliśmy od dwóch lekcji, później szliśmy na trening pod balonem albo na siłownię, wracaliśmy na kolejne trzy–cztery lekcje, a następnie czekał nas jeszcze drugi trening. Do internatu wracaliśmy często dopiero o 18:00, a czasem nawet o 19:00. Tak wyglądał praktycznie cały tydzień. Dzisiaj, kiedy patrzę na warunki, jakie mają młodzi zawodnicy, widzę ogromną różnicę. W Spale wszystko jest na miejscu. Z internatu na stołówkę czy halę można przejść dosłownie w klapkach. U nas wyglądało to zupełnie inaczej. Nasze spacery do szkoły czy bursy to była codzienność, która również uczyła dyscypliny i wytrwałości.

Kluczowy dla ciebie był 2011 rok, bo to właśnie wtedy zostałeś mistrzem świata do lat 19 w parze z Maciejem Kosiakiem i mistrzem Europy do lat 18 z Sebastianem Kaczmarkiem.
To był sezon pełen sukcesów i wspomnień, które do dziś mam w pamięci. Na mistrzostwa świata juniorów jechaliśmy z nadzieją na dobry wynik, ale nikt z nas nie przypuszczał, że uda się zdobyć tytuł mistrzów świata. To była ogromna radość i niesamowite emocje. Doskonale pamiętam moment, kiedy po zakończeniu turnieju dzwoniłem do rodziców, dziadków i najbliższych, żeby podzielić się tą wiadomością. Później okazało się, że rachunek za te rozmowy wyniósł 615 złotych. Dziś brzmi to zabawnie, ale wtedy, kiedy roaming był jeszcze bardzo drogi, była to naprawdę spora kwota. To jedno z tych wspomnień, które do dziś wywołuje uśmiech. Ten rok był jednak wyjątkowy nie tylko ze względu na mistrzostwo świata. Razem z Sebastianem Kaczmarkiem zdobyliśmy również mistrzostwo Europy do lat 18 w Wilnie. Do tego doszły tytuły mistrzów Polski juniorów i kadetów oraz bardzo dobre wyniki w krajowych turniejach siatkówki plażowej. Patrząc na całokształt, 2011 rok był dla mnie zdecydowanie najlepszym okresem w siatkówce plażowej. Wszystko układało się wtedy niemal idealnie, a sukcesy przyszły zarówno na arenie krajowej, jak i międzynarodowej.

Dodajmy, że Sebastian Kaczmarek, mimo że jest w tym samym wieku, pochodzi z tego samego miasta i przede wszystkim ma to samo nazwisko co ty, nie jest twoim bratem. A wiele osób czy nawet dziennikarzy tak myślało.
To było naprawdę niesamowite, bo jednak byliśmy z tego samego miasta, mieliśmy to samo nazwisko i jeszcze razem graliśmy, więc wiele osób automatycznie zakładało, że jesteśmy rodziną. A tak naprawdę łączyła nas tylko wspólna pasja i pochodzenie.

Co ciekawe, w 2013 roku, czyli twoim ostatnim na plaży, w Wilnie w finale ME U-20 pokonaliście Michała Bryla i Kacpra Kujawiaka. Ten pierwszy w plażówce jest do dziś i wspólnie z Bartoszem Łosiakiem tworzą najlepszą polską męską parę. Śledzisz plażowe poczynania plażowe dawnych kolegów z kadry?
Oczywiście, staram się być na bieżąco z wynikami chłopaków.

No dobra, ale dlaczego, przy coraz większych sukcesach, ostatecznie zrezygnowałeś z gry na plaży i zacząłeś treningi w drugoligowej Victorii Wałbrzych?
W tamtym momencie nie było jasnego sygnału ze strony Polskiego Związku Piłki Siatkowej ani osób odpowiedzialnych za siatkówkę plażową, że chcą dalej na mnie stawiać. My w czerwcu i lipcu przygotowywaliśmy się do mistrzostw Europy, głównie w swoim rodzinnym mieście, grając z rówieśnikami, ale nie było żadnej konkretnej informacji, co dalej, jaki jest plan i czy ktoś widzi nas w przyszłości w tym projekcie. Dla mnie był to więc taki moment niepewności. Zacząłem się zastanawiać, co będzie dalej, jaką drogę wybrać. Wtedy pojawiła się propozycja z Wałbrzycha. Wiedziałem, że jest to bardzo ciekawy projekt i uznałem, że może to być dla mnie dobry krok, żeby wejść w siatkówkę halową od niższego szczebla, spokojnie się zaadaptować i zobaczyć, dokąd mnie to zaprowadzi. Wcześniej byłem raczej przekonany, że moja przyszłość będzie związana z siatkówką plażową. Ten 2013 rok okazał się jednak takim punktem zwrotnym. Dzisiaj, po wielu latach, mogę powiedzieć, że w życiu nie zamieniłbym tej decyzji. Uważam, że przejście do Victorii Wałbrzych, rozpoczęcie gry na hali i podjęcie tego ryzyka było najlepszym wyborem, jaki mogłem zrobić. To właśnie dzięki tej drodze jestem dziś w miejscu, w którym jestem, i mogłem osiągnąć wszystkie sukcesy, które przyszły później. Siatkówka plażowa miała ogromny wpływ na mój rozwój. Nauczyła mnie wszechstronności, samodzielności i radzenia sobie w różnych sytuacjach na boisku. Myślę, że właśnie dzięki temu stałem się lepszym zawodnikiem również w hali.

To pewnie nie była jednak łatwa decyzja. Masz 19 lat, kończysz szkołę, za tobą kolejny dobry sezon na plaży. A apetyt rośnie w miarę jedzenia.
Oczywiście wtedy nie było to łatwe. Była to decyzja trudna i ryzykowna, bo równie dobrze mogło się okazać, że nie odnajdę się w siatkówce halowej i wszystko potoczy się zupełnie inaczej. Dziś jednak wiem, że była to właściwa droga i nigdy bym jej nie zmienił.

Miałeś możliwość powrotu do plażówki?
Po dwóch latach gry w Wałbrzychu, najpierw w drugiej, a później w pierwszej lidze, przeniosłem się do Lubina. W pierwszym sezonie nie grałem jeszcze jakoś bardzo dużo, występowałem na pozycji przyjmującego, zanim później przeszedłem na atak. Wtedy zadzwonił do mnie Grzegorz Fijałek z propozycją powrotu na plażę. Tworzył wtedy projekt pod kątem igrzysk w Paryżu i zaproponował, żebym do niego dołączył, bo kończył grę w Mariuszem Prudlem. Ostatecznie zdecydowałem się jednak zostać przy siatkówce halowej. I jak się później okazało, był to idealny moment, bo trener zmienił mi pozycję i od tego czasu moja kariera zaczęła nabierać naprawdę dużego rozpędu.

Wielu jest zawodników, którzy zakończyli swoje plażowe kariery w ten sposób, a był w nich ogromny potencjał?
Ciężko mi to jednoznacznie ocenić, bo nie wiem dokładnie, jak wyglądała dalsza droga po tym, kiedy skończyłem SMS i moja przygoda z siatkówką plażową się zakończyła. Nie wiem, jak później rozwijał się cały ten system, więc trudno mi się do tego odnieść. Dla mnie jednak bardzo fajne jest to, że wielu zawodników, których spotkałem na swojej drodze w siatkówce plażowej, później pojawiło się również w mojej karierze halowej. To są naprawdę ciekawe historie. Przykładowo, w Rzeszowie jest Danny Demyanenko, a pamiętam, że wcześniej rywalizowałem z nim podczas mistrzostw świata U-19 w siatkówce plażowej. Podobnie było z Andreasem Takvamem. Przeciwko niemu grałem w finale mistrzostw świata, kiedy występowałem z Maćkiem Kosiakiem! Później spotykaliśmy się już na parkietach PlusLigi czy w meczach reprezentacyjnych. To jest właśnie jedna z fajniejszych rzeczy w tej historii. Zawodnicy, których poznawałem jeszcze jako młodych graczy na piasku, po latach pojawiali się ponownie na mojej drodze już w zupełnie innej rzeczywistości, na najwyższym poziomie siatkówki halowej.

Z piasku jest łatwiej zejść do hali, niż odwrotnie. Ale jak ty odnalazłeś się w klasycznej odmianie siatkówki?
Największą zmianą i czymś, co na początku sprawiało mi najwięcej problemów, była… gra w butach. Przez całe lata byłem przyzwyczajony do gry na piasku, praktycznie cały czas na boso. Stopa zupełnie inaczej pracuje na plaży, a później nagle trzeba było rywalizować w obuwiu, na twardym boisku, gdzie każde lądowanie i każde odbicie wygląda zupełnie inaczej. Pamiętam, że na początku miałem problemy właśnie z przystosowaniem stóp do tych warunków. Organizm musiał się przyzwyczaić do zupełnie innego rodzaju obciążeń. Kiedy jednak udało się przejść ten etap adaptacji, wszystko zaczęło wyglądać normalnie i później nie było już z tym większego problemu.

Wspomniałeś o warunkach w dzisiejszej plażowej SMS w Spale. Żałujesz, że nie było takich w Łodzi?
Powiem ci, że oczywiście trochę żałuję, bo gdyby wtedy były takie warunki, jakie są dzisiaj, to na pewno byłoby to coś świetnego. Ale z drugiej strony właśnie te warunki, które mieliśmy wtedy w Łodzi, bardzo mnie ukształtowały. Myślę, że dzięki nim wykształciłem swój charakter i nauczyłem się wielu rzeczy, które później przydały mi się w karierze. Widocznie tak miało być. Dzisiaj młodzież ma zdecydowanie lepsze warunki do uprawiania siatkówki plażowej: lepszą infrastrukturę, większe możliwości i bardziej profesjonalne przygotowanie. My wtedy mieliśmy takie, jakie były dostępne, ale patrząc na tamten moment i na to, gdzie byliśmy, uważam, że i tak były one naprawdę dobre. Najważniejsze było to, że mogliśmy trenować, rozwijać się i rywalizować. A te trudniejsze rzeczy, jak zimny piach pod balonem czy codzienne pokonywanie drogi na treningi, paradoksalnie bardzo dużo nam dały i pomogły zbudować charakter.

Mimo że warunki do szkolenia są lepsze, przez bardzo długi czas, w zasadzie do tego sezonu, nie było międzynarodowych sukcesów młodzieżowych, z których zawsze reprezentacja Polski słynęła. Znasz diagnozę?
Trudno mi to jednoznacznie ocenić, bo nie byłem już później tak blisko tego środowiska, szczególnie kiedy przeszedłem na siatkówkę halową. Trochę odciąłem się wtedy od plażówki i nie śledziłem już dokładnie tego, jak cały system funkcjonował, jakie były przyczyny i z czego wynikały późniejsze wyniki. Mogę jednak powiedzieć, że nasz rocznik 1994 był naprawdę mocny. Te klasy były bardzo liczne, a przede wszystkim było widać ogromny charakter, zaangażowanie i chęć pracy, zarówno u chłopaków, jak i u dziewczyn. Każdy z nas chciał się rozwijać i walczyć o sukcesy. Później rzeczywiście nastąpił pewien przestój, jeśli chodzi o medale i wyniki, ale trudno mi powiedzieć, z czego dokładnie to wynikało. Wiem tylko, że za naszych czasów ta grupa była wyjątkowa i miała bardzo dużo jakości, co przełożyło się później na osiągane sukcesy.

Pieniądze w plażówce dziś też są inne, szczególnie na polskim podwórku?
Na pewno dzisiaj te nagrody i całe możliwości związane z siatkówką plażową są dużo bardziej atrakcyjne niż w czasach, kiedy ja grałem, czy to z Sebastianem, czy z “Kosą”. A nawet później, kiedy w 2015 roku przez jeden sezon występowałem na plaży z Dominikiem Witczakiem. Pamiętam do dziś jeden turniej Plaży Open w Chorzowie. W piątek graliśmy eliminacje, później w sobotę przez cały dzień mecze turnieju głównego, a w niedzielę finały. Kończyliśmy granie praktycznie wieczorem, bo ostatnie spotkanie rozgrywaliśmy przy sztucznym oświetleniu około godziny 21. To były trzy dni rywalizacji, do tego trzeba było samemu zorganizować hotel, dojazdy i wszystkie koszty. Wygraliśmy ten turniej i dostaliśmy po… 690 złotych na osobę. Oczywiście mieliśmy wtedy wsparcie sponsora, czyli Aluronu, który pomagał nam z hotelami, paliwem i organizacją, ale gdyby tego nie było, to często wyglądało tak, że nawet wygrywając turniej, zawodnik mógł wyjść na minus, jeśli doliczyło się wszystkie wydatki: podróż, noclegi, jedzenie czy przygotowania. Myślę, że to pokazuje, jak bardzo przez te lata zmieniły się realia siatkówki plażowej. Dzisiaj zawodnicy mają zdecydowanie większe możliwości i lepsze warunki do tego, żeby traktować tę dyscyplinę bardziej profesjonalnie.

Rozmawiając o plażówce nie sposób nie wspomnieć o Starych Jabłonkach. Czy te magiczne turnieje sprzed lat kiedyś powrócą czy to już czasy, które będziemy tylko wspominać z uśmiechem na ustach?
Co ciekawe, nigdy nie miałem okazji być w Starych Jabłonkach. Jeśli chodzi o turnieje młodzieżowe, to tam akurat nie rozgrywano zawodów, w których brałem udział. Bardziej kojarzę Mysłowice, czyli taką drugą mekkę siatkówki plażowej w Polsce, zaraz po Starych Jabłonkach. Ale jeśli chodzi o rangę i klimat, to Stare Jabłonki zdecydowanie były numerem jeden. Patrząc z perspektywy czasu, kiedy ja grałem w plażówkę, tego wszystkiego było zdecydowanie mniej. Dzisiaj mamy dużo więcej turniejów, różne kategorie, cykle, turnieje Futures, zawody w różnych miastach, chociażby ostatnio w Rzeszowie. Kalendarz jest dużo bardziej rozbudowany niż kiedyś.

Czy to trochę nie psuje magii? Kiedyś najważniejszy był cykl World Tour i czekało się na te turnieje. Dziś pod egidą World Toura mamy tez znacznie mniejsze turnieje, o których zresztą wspominasz.
World Tour to było naprawdę wielkie wydarzenie. Tych turniejów w całym roku było kilkanaście i każdy z nich miał wyjątkową rangę. Czekało się na nie, bo były prawdziwym świętem siatkówki plażowej. Oczywiście sam klimat Starych Jabłonek znam bardziej z opowieści, ale wiem, że był wyjątkowy. W tym roku odbywają się tam mistrzostwa Europy i dostałem zaproszenie, żeby przyjechać, ale akurat zaczynam już treningi w nowym klubie, więc nie będę miał takiej możliwości. Teraz, będąc przy organizacji turnieju Pucharu Polski w Przysusze i pomagając Dominikowi Witczakowi oraz Piotrkowi Skibie, widzę, jak bardzo profesjonalnie można przygotować takie wydarzenie. Dla mnie Przysucha jest wzorem pod względem organizacji, atmosfery i całej otoczki związanej z turniejem. Jeśli Stare Jabłonki są mekką siatkówki plażowej na świecie, to uważam, że Przysucha jest taką polską wizytówką i jednym z najlepiej zorganizowanych turniejów plażowych w naszym kraju. Dzisiaj ta dyscyplina jest też dużo bardziej skomplikowana pod względem organizacyjnym. Jest więcej turniejów, więcej możliwości, ale też więcej zależności związanych z punktami, rankingami i kwalifikacjami. Sam teraz rozmawiam z trenerem Łukaszem Fijałkiem, bo w jego parze jeden z zawodników doznał kontuzji i pojawiły się różne kombinacje związane z tym, kto może występować w kolejnych zawodach, żeby nie stracić punktów. Kiedy ja grałem, ten system wyglądał zupełnie inaczej.

Kto był twoim idolem, gdy grałeś w plażówkę?
W moich czasach zdecydowanie największym wzorem był dla mnie Phil Dalhausser. To był zawodnik, na którym bardzo chciałem się wzorować jako siatkarz plażowy. Starałem się go obserwować, podpatrywać jego grę i wyciągać z niej jak najwięcej dla siebie. Dla mnie był to zawodnik kompletny. Miał niesamowitą zagrywkę, ale przede wszystkim wyróżniał się tym wyjątkowym blokiem. To, jak czytał grę i jak potrafił zatrzymać rywali przy siatce, robiło ogromne wrażenie. 

W Spale, już podczas zgrupowań kadry halowej, za kadencji Vitala Heynena mieliście zajęcia na plaży. Faktycznie widać było że kiedyś trenowałeś na piachu na tle innych reprezentantów?
Myślę, że można było to gdzieś zauważyć, przede wszystkim w poruszaniu się po boisku. Gra na piasku bardzo rozwija pracę nóg, reakcję i umiejętność dostosowania się do trudnych warunków. Do tego dochodzi jeszcze kwestia wiatru. Po tylu latach grania w siatkówkę plażową człowiek po prostu nabiera pewnego wyczucia. Wie, jak ustawić się do przyjęcia, jak przewidzieć zachowanie piłki, kiedy zagrać trochę niżej czy jak skorygować swoje ruchy. Tego nie da się nauczyć w kilka treningów, to przychodzi z doświadczeniem. To są właśnie takie elementy, których się nie zapomina. Jeśli ktoś przez wiele lat trenował na piasku, to pewne nawyki i umiejętności zostają na całe życie. Myślę, że w porównaniu do zawodników, którzy nigdy nie mieli takiej możliwości, była to moja przewaga i coś, co później pomagało mi również w siatkówce halowej.

A może któryś z ambitniejszych zawodników chciał utrzeć byłemu plażowiczowi nosa? (śmiech)
Nie, nie, raczej nie. Wszyscy traktowaliśmy siatkówkę plażową bardziej jako element przygotowania fizycznego i uzupełnienie treningu, niż jakąś wielką rywalizację. Tak naprawdę miało to miejsce tylko za czasów Vitala Heynena. Później, kiedy trenerem reprezentacji został Nikola Grbić, takich zajęć na piasku w okresie przygotowawczym praktycznie już nie było. Wtedy skupialiśmy się wyłącznie na przygotowaniach do sezonu halowego.

Na początku sierpnia w Ustce odbędzie się kolejna edycja turnieju PGE Grand Prix. To specyficzna odmiana plażówki. Jak ją odbierasz?
Jako były plażowicz podchodzę do tego z pewnym dystansem. Jestem zawodnikiem, który zna zarówno siatkówkę plażową, jak i halową i dla mnie prawdziwa siatkówka plażowa to zdecydowanie gra dwóch na dwóch. To właśnie ta formuła ma swój wyjątkowy klimat: każdy zawodnik odpowiada za dużą część boiska, musi być wszechstronny i radzić sobie w każdej sytuacji. Szczerze mówiąc, nigdy w życiu nie grałem meczu plażowego czterech na czterech, więc trudno mi to oceniać z własnego doświadczenia. Jestem jednak zdecydowanie zwolennikiem klasycznej odmiany, czyli rywalizacji dwóch na dwóch. Oczywiście rozumiem, że za takim formatem stoją też inne aspekty: kwestie sponsorskie, promocja dyscypliny i możliwość przyciągnięcia znanych zawodników halowych. Wydaje mi się jednak, że w tym przypadku bardziej chodzi o dobrą zabawę, wydarzenie medialne i promocję siatkówki niż o rywalizację w takiej formie, jaką znamy z prawdziwej siatkówki plażowej.

Powrót do listy

Powiązane informacje

POWIĄZANE WIADOMOŚCI