Ostatni puchar Resovii, czyli palec w zupie, atak zimy i tylko trzech kibiców z Rzeszowa
Dokładnie 18 stycznia minie 39 lat, odkąd po raz ostatni siatkarze Asseco Resovii zdobyli TAURON Puchar Polski. Wcześniej po to trofeum sięgnęli w 1975 i 1983 roku. Turnieje finałowe pucharu z Tomaszowa Mazowieckiego w 1983 roku i Leszna w 1987 roku doskonale pamięta wieloletni kierownik rzeszowskiej drużyny Wojciech Groszek. Dzięki niemu wracamy do przeszłości ekipy z Podkarpacia i czasów, o których na szczęście można już tylko poczytać.
A już za kilka dni edycja 2026 – 10 i 11 stycznia, w tym samym miejscu, ale z nowymi emocjami! Macie już swoje bilety? Łapcie je tutaj!
W drodze do finałowego turnieju Pucharu Polski w 1987 roku resoviacy pokonali w eliminacjach kolejno: po 3-0 Górnika Kazimierz, Beskid Andrychów i Hutnika Kraków. W Lesznie (16-18 stycznia 1987) rywalami zespołu trenera Jana Sucha byli: beniaminek Stal Nysa, która w eliminacjach sensacyjnie wyeliminowała późniejszego mistrza Polski - Stal Stocznię Szczecin oraz Legia Warszawa i Czarni Radom, w którym to zespole występował były trener siatkarek DevelopResu Rzeszów, Jacek Skrok. Mecze rozgrywane były w hali Trapez mogącej pomieścić 1400 widzów.

Dwa starcia na dzień
– Nie jechaliśmy na finały w jakichś świetnych humorach tym bardziej, że towarzyszyły nam spore perturbacje w podróży – wspomina Wojciech Groszek. – W środę nasza drużyna grała mecz Pucharu Zdobywców Pucharów w Bukareszcie z Dinamem, ale ze względu na atak zimy, z Rumunii wyleciała dopiero w piątek. Nie byłem tam z zespołem, ale czekałem z autokarem na lotnisku w Warszawie i wiem, że trener Jan Such ratował zawodników, żeby nie zamarzli serwując im różne napoje rozgrzewające... To opóźnienie spowodowało, że do Leszna dotarliśmy w nocy z piątku na sobotę, a przecież o godz. 18 w piątek mieliśmy grać już pierwszy mecz w turnieju ze Stalą Nysa. Organizatorzy zwrócili się do nas z prośbą, czy nie moglibyśmy zagrać tego zaległego meczu w sobotę rano, bo w przeciwnym razie turniej musiałby potrwać do poniedziałku. Nie mieliśmy nic przeciwko, tym bardziej, że przecież w środę czekał nas rewanż w PZP z Dinamem Bukareszt. Trener Stali, Andrzej Kaczmarek, pytał nas czy nie boimy się grać dwóch meczów praktycznie jeden pod drugim, ale w zespole nie było żadnych obaw. W sobotę bez straty seta pokonaliśmy Nysę i Legię. W tym pierwszym meczu doszło do zabawnej sytuacji, jak bodaj w drugim secie grający w Nysie Maciej Jarosz idąc na zagrywkę zaczął kwestionować piłkę. Turniej rozgrywany był Moltenami, a w lidze graliśmy Galami. Jego protesty wywołały sporo śmiechu, ponieważ nagle sobie przypomniał, że gramy innymi piłkami. Z kolei w niedzielę, w meczu, którego stawką był Puchar Polski, wygraliśmy z Czarnymi 3:1. Nie pamiętam dokładnie w którym, ale w jednym z tych meczów wygraliśmy seta do zera (stary system punktowania – przyp. red.). Być może rywale Lesznie trochę nas zlekceważyli myśląc, że tak z marszu to my ten puchar potraktujemy ulgowo. Nasz zespół był jednak mocno wkurzony, a zarazem mocno umotywowany tym co działo się w Bukareszcie i świetnie zaprezentował się na boisku. Najlepszym zawodnikiem turnieju wybrano wówczas Grześka Masłowskiego – wspomina Groszek, który przyznaje, że wówczas jakiejś wielkiej euforii z powodu wygrania Pucharu Polski nie było.

Umiarkowana radość
– Radość była ale bez przesady, taka normalna – mówi kierownik drużyny z Rzeszowa. – Zdecydowanie większa była w 1983 roku w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie awansowaliśmy z ósmego miejsca, a w finałowym turnieju wyprzedziliśmy późniejszego mistrza Polski, Legię Warszawa, wicemistrza Gwardię Wrocław i brązowego medalistę AZS Olsztyn. Przed wyjazdem ówczesny prezes klubu Słowik pytał nas z uśmiecham: po co wy tam jedziecie? Odpowiedziałem mu, że po naukę i przywieźliśmy Puchar Polski – uśmiecha się Groszek. Wówczas trenerem zespołu był Jan Strzelczyk, a jego asystentem Jan Such, a zespół tworzyli: Zbigniew Zieliński, Seweryn Koziarz, Grzegorz Masłowski, Jacek Szerszeń, Bogusław Kanicki, Andrzej Wiącek, Jan Miruk, Robert Mikulski, Jacek Kurzawiński i Jan Wietecha. – Wtedy euforia była, bo przecież my walczyliśmy, żeby nie spaść z ligi, a tu taki sukces. Ten turniej w 1983 roku tak się nawet dla nas ułożył, że po dwóch zwycięstwach w niedzielnym meczu z Legią potrzebowaliśmy tylko jednego seta. Pamiętam jak dziś, że po wygranym secie Kanicki „sam się zmienił” twierdząc, że puchar jest już nasz i poszedł świętować. W 1987 roku, choć wygraliśmy Puchar bezkonkurencyjnie, aż takiej radości nie było – wspomina Groszek, który na pytanie czy było świętowanie sukcesu w drodze powrotnej do Rzeszowa z uśmiechem odpowiada.

Drobny toast i… palec w zupie
– Drobny toast był podczas obiadu po turnieju, a w autokarze „coś” tam było, ale nic wielkiego. W tamtych czasach to nocą można było jedynie zatrzymać się na dworcu, np. w Kielcach i coś zjeść, bo wszystko było pozamykane. Często podczas wyjazdów korzystaliśmy z takiej restauracji w Żarnowie, gdzie zawsze ta sama pijana kelnerka – chwiejnym krokiem –przynosiła kapuśniak trzymając talerz w ten sposób, że jeden z palców zawsze był w zupie... Takie były czasy, nie to co teraz, gdzie wokół mnóstwo jest barów czy karczm – mówi były kierownik drużyny Resovii, która podbudowana zdobyciem PP w Lesznie w rewanżu z Dinamem Bukareszt odrobiła straty i awansowała do finałowego turnieju Pucharu Zdobywców Pucharów w Bazylei. W tych rozgrywkach resoviacy zagrali tylko dlatego, że w poprzednim sezonie (1985/1986) mistrzostwo i Puchar Polski zdobyła Legia Warszawa, która wystąpiła w Pucharze Mistrzów Krajowych, a zespół z Rzeszowa, który był drugi w PP, zagrał właśnie w PZP.
– Z tych pucharowych meczów utkwiły mi w pamięci dwa z Filamentem Bursa, gdzie występował Wojciech Drzyzga, a trenerem był Hubert Wagner. W Turcji przegraliśmy 0:3 zdobywając 32 małe punkty, ale w rewanżu daliśmy rywalom ugrać tylko dziewiętnaście. Nietęgie miny mieli prezesi tureckiego klubu, którzy do Rzeszowa przyjechali ekskluzywnymi mercedesami. W kolejnej rundzie w Bukareszcie również przegraliśmy 0:3 zdobywając 34 pkt, ale u siebie odrobiliśmy straty z nawiązką, pozwalając rywalom na zdobycie tylko 22. W finałowym turnieju w Bazylei już nam tak dobrze nie poszło i zdołaliśmy wygrać tylko jednego seta (porażki z Tartarini Bolonia i Slavią Sofia 0:3 i Bośnią Sarajewo 1:3). Wówczas w oko Włochom wpadł Zbyszek Zieliński i chcieli go nam „chapnąć”. Nic z tego jednak nie wyszło bo przepisy były takie, że aby wyjechać z Polski do zagranicznego klubu trzeba było skończyć 30 lat, a Zbyszek miał wówczas 24 – wspomina wieloletni kierownik Resovii, która sezon 1986/87 zakończyła z brązowym medalem, za Stalą Stocznia Szczecin i Hutnikiem Kraków. Rok później Wojciech Groszek przestał pełnić funkcję kierownika drużyny. Przez trzy kolejne lata był dyrektorem MOSiR-u, a potem wyjechał na dziewięć lat do USA. Po powrocie zaczęła się współpraca z Janem Suchem i Markiem Karbarzem, Wieśkiem Radomskim i Markiem Borejką przy odbudowie Resovii. Wojciech Groszek ponownie został kierownikiem Resovii w meczach o awans do PlusLigi z Górnikiem Radlin w 2004 roku.
Trójka z Rzeszowa
Ostatni Puchar Polski zdobyty przed 39 laty doskonale pamięta też jeden... z trójki kibiców Resovii, która stawiła się w Lesznie - Mariusz Krupa. – To był spontaniczny wyjazd, na który pojechaliśmy pociągiem, z przesiadką w Lesznie – wspomina mający wówczas 20 lat Krupa. – Gdy znaleźliśmy hotel ruszyliśmy do hali i tam pojawiła się konsternacja, bo turniej się zaczyna, a Resovii nie było. Wówczas internetu nie było i różne plotki krążyły, że resoviacy wycofali się z turnieju, czy też że zostali wykluczeni, bo nie stawili się na czas. Organizatorzy sami do końca nie wiedzieli, co robić. My natomiast obejrzeliśmy mecz Legii z Czarnymi, a później w hotelu słuchaliśmy w radiu informacji, ale okazało się, że zespół dotarł w nocy do Leszna i następnego dnia rozegrał dwa mecze. Widać było w zawodnikach sportową złość, czego efektem były wysokie zwycięstwa nad Nysą i Legią. Resoviacy rozjechali rywali niczym walec. Nieco emocji było w niedzielnym meczu z Czarnymi, ale też Resovia zagrała koncertowo. Hala, w której na co dzień grały koszykarki Tęczy, była wypełniona w 80 procentach, ale poza naszą trójką to zauważalni byli jeszcze kibice z Nysy. Resztę widowni stanowili miejscowi – mówi Mariusz Krupa, który w drogę powrotną do Rzeszowa ruszył z siatkarzami Resovii.

Kibice w autokarze
– To była fajna sprawa, że zabrali nas do autokaru, bo zima była wówczas nietęga, z dużym mrozem. Mimo sukcesu nie było jednak jakiejś totalnej euforii – wspomina Krupa. – Widać było, że każdy jest mocno skoncentrowany na rewanżu z Bukaresztem. Zresztą jak nam zawodnicy opowiadali, co tam się działo na meczu – w trakcie akcji gdy piłka była po naszej stronie gasło światło, czy też o stronniczym sędziowaniu arbitrów z Turcji – to łapaliśmy się za głowę. Z Leszna wyjechaliśmy po obiedzie, a do Rzeszowa dotarliśmy na siódmej rano, a po południu zawodnicy już mieli trening – mówi jeden z trójki kibiców Resovii, która wybrała się do Leszna. Mariusz Krupa planował też z kolegami wyjazd na finałowy turniej PZP do Bazylei, ale nic z tego nie wyszło. – Gdy zapadała decyzja, że turniej będzie rozgrywany w Szwajcarii nie byliśmy w stanie w tak krótkim czasie załatwić paszportu. Wówczas były dwa rodzaje: na kraje kapitalistyczne i socjalistyczne, a szczególnie na ten pierwszy czas oczekiwania był zbyt długi – uśmiecha się Mariusz Krupa.
Końcowa kolejność finałowego turnieju Pucharu Polski 1987:
1. Resovia Rzeszów 3 6 9-1
2. Czarni Radom 3 5 7-3
3. Stal Nysa 3 4 3-8
4. Legia Warszawa 3 3 2-9
Skład Resovii, zdobywcy Pucharu Polski w 1987 w Lesznie: Robert Mikulski, Zbigniew Zieliński, Wojciech Jarzębski, Mariusz Komar, Zdzisław Adamowicz, Arkadiusz Czapor, Dariusz Marszałek, Tomasz Marszałek, Grzegorz Masłowski (wybrany najlepszym zawodnikiem turnieju), Seweryn Koziarz. Trener: Jan Such.
