Paliwo zamarzało w baku, a kibice nocowali w wagonie na bocznicy kolejowej. O zdobyciu Pucharu Polski dowiedzieli się... pod prysznicem. Po 34 latach w Olsztynie znów marzą o trofeum
Indykpol AZS Olsztyn po 17 latach ponownie znalazł się w najlepszej czwórce TAURON Pucharu Polski. Kibice z Warmii na trzynaste trofeum w historii klubu czekają dwa razy dłużej, bo od 1992 roku, kiedy Akademicy z Kortowa obronili podwójną koronę, najpierw zdobywając puchar w Legnicy, a następnie wygrywając w finale ligi z AZS-em Częstochowa. Zimowe podróże na południe Polski potrafiły wtedy trwać dobę, a olsztyńscy kibice dzięki znajomościom na kolei na decydujące mecze pod Jasną Górę wybrali się... wagonem sypialnym i nocowali w nim na bocznicy.
Choć klub z Olsztyna jest jednym z najbardziej utytułowanych w całej historii polskiej siatkówki (5 mistrzostw i 7 pucharów kraju, co daje odpowiednio siódme i drugie miejsce w klasyfikacji wszech czasów), to wielu fanów, którzy dziś wypełniają po brzegi odnowioną halę Urania (komplet 4030 kibiców na każdym z siedmiu meczów domowych tego sezonu) w momencie zdobycia ostatniego z trofeów nie było jeszcze na świecie.
Sukcesy Akademików rozpoczęły się na samym początku lat 70. AZS zadebiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej w 1965 roku i choć nie zdołał się w niej utrzymać, to jako spadkowicz wywalczył ponowny awans, a już trzy lata później zespół prowadzony przez trenera Leszka Dorosza zdobył pierwszy Puchar Polski (który następnie dwukrotnie obronił). W kolejnym sezonie dołożył historyczny medal mistrzostw kraju, zaczynając od najniższego stopnia podium, ale rok po roku pnąc się o miejsce wyżej.


Na przestrzeni 15 sezonów olsztynian tylko trzykrotnie nie było na ligowym podium, a w 1982 roku, podobnie jak 11 lat wcześniej, oprócz brązowych medali zdobyli też czwarty już puchar. Po kolejnym w brązie w 1985 roku przyszedł jednak kryzys i dwa lata później, po 20 sezonach nieprzerwanej gry, AZS został zdegradowany.
Sympatycy mogli martwić się o przyszłość uczelnianego klubu z Kortowa, ale ich obawy okazały się płonne. Podobnie jak w 1967 roku, zespół po spadku od razu awansował z powrotem do I ligi. W odmłodzonej ekipie szansę dostało dwóch 17-letnich rozgrywających, Tomasz Kluchciński i Mariusz Szyszko. W 1988 roku oprócz awansu wywalczyli też mistrzostwo Polski juniorów.

Rok później AZS jako beniaminek zaskoczył wszystkich, zdobywając piąty w historii klubu Puchar Polski. Turniej finałowy był wtedy rozgrywany systemem ligowym i odbywał się w Słupsku.
Bazuję na wspomnieniach, które są być może trochę podkoloryzowane, ale na miarę tamtych czasów to było wydarzenie. Hale podczas takich imprez były pełne - wspomina Szyszko, dziś rzecznik PZPS. - W Słupsku po przegranym meczu z Czarnymi Radom wygraliśmy dwa kolejne. Po zwycięstwie nad Stalą Stocznia Szczecin zeszliśmy do szatni i nie wiedzieliśmy, czy zdobyliśmy puchar. Dowiedzieliśmy się dopiero pod prysznicem. Wyprzedziliśmy ich chyba dwoma małymi punktami.

Dopiero po jakiejś godzinie czy nawet dłużej się to wszystko wyjaśniło - dopowiada Jerzy Mróz, wtedy szef Klubu Kibica AZS-u, a dziś prezes Warmińsko-Mazurskiego ZPS i organizator Memoriału Huberta Jerzego Wagnera. - Ludzie nerwowi wychodzili palić papierosy, bo wtedy było to modne. Pozostali czekali w hali, bo na zewnątrz było zimno. Aż w końcu ktoś przy stoliku krzyknął: "ludzie, ludzie, jednak AZS Olsztyn z pucharem" i to poszło lawinowo. Komunikat spikera nie miał już znaczenia.
Na koniec sezonu 1988/1989 olsztynianie do pucharu dołożyli wicemistrzostwo Polski.

Rok później w pucharze zajęli drugie miejsce za Hutnikiem Kraków, a w lidze trzecie - zarówno ich, jak i krakowian pogodził AZS Częstochowa. Aż przyszły lata 1991-1992, do dziś wspominane na Warmii przez starszych kibiców z łezką w oku. Klub wzmocnił Mariusz Sordyl, który z miejsca stał się ofensywnym liderem. Olsztynianie dwa razy z rzędu zdobyli podwójną koronę.
Z Olsztynem byłem związany już od 1985 roku, bo był bazą reprezentacji juniorskiej ze względu na trenera Marka Kotulskiego. Od początku polubiłem klimat miasta i było jasne, że prędzej czy później trafię do AZS-u i tak stało się w 1990 roku. W Resovii byłem rozgrywającym, natomiast w Olsztynie zmieniłem pozycję na atakującego i tak już zostało. Wiedzieliśmy, że mamy bardzo mocny skład i wierzyliśmy w swoje możliwości - wspomina obecny trener Energi Trefla Gdańsk.
Seria sukcesów zaczęła się w Ostrołęce.

Wtedy Puchar Polski zawsze odbywał się zimą i zawsze był śnieg. Pamiętam, że w drodze do Ostrołęki była ogromna śnieżyca. Hala nieduża, nas pojechała duża grupa i zakrzyczeliśmy resztę trybun - wspomina Mróz.

Ostatnie spotkanie graliśmy z Częstochową i utkwiło mi w pamięci, bo był to jeden z naszych najlepszych meczów w ogóle. Przegraliśmy jednego seta, ale pozostałe wygraliśmy dość gładko i graliśmy naprawdę dobrze - dodaje Szyszko.

Później przyszły akademickie derby w finale ligi. Grano do trzech zwycięstw, a pierwsze dwa mecze odbyły się w Częstochowie, po czym rywalizacja przenosiła się do Olsztyna. Pod Jasną Górą gospodarze wygrali dwukrotnie i było jasne, że na wyjeździe będą mieli aż trzy próby, by przypieczętować mistrzostwo.
Misja się jednak nie powiodła i to na Warmii kibice cieszyli się z tytułu odzyskanego po 13-letniej przerwie.

Mam w Olsztynie przyjaciół, którzy pełnili wtedy funkcję ochroniarzy. Do dzisiaj żartujemy, że to były dla ochrony złote czasy, bo w Uranii było o wiele więcej osób, niż księgowi myśleli, że jest - śmieje się Sordyl.
W kolejnym sezonie, mimo odejścia Leszka Urbanowicza i Arkadiusza Wiśniewskiego, znów to olsztyński AZS cieszył się z Pucharu Polski, który tym razem zdobył w Legnicy.
Ten turniej z kolei był ciekawy o tyle, że nie było na nim Częstochowy, która odpadła z Bielskiem. To był chyba najłatwiejszy z tych pucharów, bo pamiętam, że przed ostatnim meczem z Nysą mieliśmy właściwie wszystko załatwione i potrzebowaliśmy chyba jednego seta - mówi Szyszko.
Szampany się lały, Sowietskoje Igristoje, które koledzy załatwiali wcześniej. Mówili tak: albo będziemy pili z radości, albo ze smutku. No i wyszło, że piliśmy z radości - wspomina po latach Mróz.
Pogody podczas powrotu nie pamiętam, szczerze mówiąc. Pamiętam, że było wesoło, a podróż była bardzo długa, bo mieliśmy daleko, drogi były inne, Legnica to już był dla nas drugi koniec świata. Jeśli chodzi o zimowe podróże, to mam gorsze wspomnienia, gdzieś z Jastrzębia powroty trwające całą dobę, z zamarzającym paliwem w autobusie. Ale miało to swój urok - dodaje Mariusz Szyszko.
W lidze w finale raz jeszcze doszło do starcia dwóch AZS-ów. Tym razem olsztynianie zaczynali we własnej hali i przy nadkomplecie kibiców wygrali tylko jeden z dwóch meczów.
Pod Jasną Górą na obu meczach wspierało ich kilkudziesięciu kibiców, którzy na wyjazd udali się... wagonem sypialnym.
Byli wśród naszych kibiców panowie, którzy byli we władzach PKP i oni załatwili dla nas salonki. Zebrało się nas ze 30-40 osób i jechaliśmy taką salonką, a później na bocznicy mieszkaliśmy, noc lub dwie, bo wtedy był mecz i rewanż. To była piękna sprawa, żeśmy się tak ładnie zjednoczyli. To był pierwszy w Polsce klub kibica. Każdy miał legitymację AZS-u, tak jakby powstała osobna sekcja - zdradza Mróz.
Olsztynianie wygrali w hali Polonia dwukrotnie i mogli cieszyć się z obrony tytułu, tym razem na terenie największego rywala.
Najlepszym siatkarzem sezonu wybrano Mariusza Sordyla, z kolei Szyszko jednogłośnie został wybrany najlepszym rozgrywającym.

Sezon 1991/1992 miał jednak słodko-gorzki smak, bo po przemianach ustrojowych był też początkiem problemów finansowych klubu z Kortowa. Po drugiej podwójnej koronie zespół opuścił Sordyl, a tym samym groził też Szyszko, który jednak ostatecznie pozostał w rodzinnym mieście.
AZS w pucharze nie awansował do turnieju finałowego, ale w lidze skończył ze srebrem. Później jednak w dwa lata spadł do trzeciej klasy rozgrywkowej, z której co prawda równie szybko powrócił, ale po roku znów wylądował w Serii B. Ponownie nie zagościł w niej długo i w 1999 roku po pamiętnych meczach ze Skrą Bełchatów wrócił do elity, w której gra nieprzerwanie do dziś.
W pierwszej dekadzie XXI wieku AZS znów wrócił do walki o najwyższe cele, zresztą znów z Szyszką i Sordylem w składzie. Brakowało jednak kropki nad i. Skończyło się pięcioma medalami (srebrne w 2004 i 2005 roku oraz brązowe w latach 2006-2008) oraz trzema finałami Pucharu Polski w dwuletnich odstępach.

W ostatnim z nich znów udział miał Sordyl, ale już w innej roli. Po zakończeniu kariery w 2004 roku wrócił do AZS-u po półtora roku jako asystent najpierw Waldemara Wspaniałego, a następnie Ireneusza Mazura. W marcu 2008 roku, po dymisji tego drugiego, przejął zespół, z którym w dramatycznych okolicznościach pokonał w ćwierćfinale fazy play-off Asseco Resovię Rzeszów i ostatecznie zdobył ostatni do dziś medal mistrzostw Polski.

Po sezonie olsztyński klub znów stanął na krawędzi bankructwa. Mimo tego w 2009 roku Sordyl poprowadził AZS do turnieju finałowego Pucharu Polski w Kielcach, gdzie jego zespół był skazywany na pożarcie.
Tak się składa, że te ostatnie wspomnienia medalowo-finałowe wiążą się z problemami, bo to był pierwszy sezon po latach tłustych, gdzie PZU długo inwestowało w AZS Olsztyn, a po rocznej przygodzie z Mlekpolem dosyć drastycznie się to urwało i znaleźliśmy się w sporych tarapatach, ale puchar był takim momentem, gdzie zadziało się dużo fajnych rzeczy. Zwycięstwo 3:2 w półfinale z ZAKSĄ to było dla nas duże przeżycie, ale niestety w samym finale nie udało nam się nawiązać do poziomu ekipy z Bełchatowa i zakończył się dosyć szybko - wspomina Sordyl.

Może się wydawać, że mieliśmy w zespole Zagumnego, mieliśmy Szymańskiego, był Olli Kunnari, natomiast mieliśmy również zawodników, którzy zazwyczaj byli siatkarzami wspierającymi. Zresztą świetnie zaprezentował się Krzysiek Andrzejewski, który w tym turnieju dostał nagrodę dla najlepszego broniącego, a to był w ogóle jego pierwszy sezon na takim poziomie - zaznacza ówczesny trener AZS-u - Z perspektywy czasu na pewno pozytywnie oceniamy ten puchar. Oczywiście chcieliśmy go wygrać, natomiast Bełchatów w tamtym momencie był zdecydowanie mocniejszy. Drugie miejsce nie premiuje, natomiast dla nas to było ważne w tej trudnej sytuacji, w jakiej byliśmy, bo jednak ten element walki się pojawił i te wszystkie problemy w tym momencie trochę nam przyblakły - dodaje.

Od imprezy w Kielcach minęło 17 lat - tyle musieli czekać kibice w Olsztynie, by znów zobaczyć swoich ulubieńców w najlepszej czwórce krajowego pucharu. W PlusLidze udało się to w tym okresie raz, w sezonie 2017/2018, który Indykpol AZS ostatecznie zakończył tuż za podium. Na boisku w biało-zielonych barwach występowali wówczas obecny kapitan drużyny z Warmii, Jan Hadrava, oraz jej trener, Daniel Pliński, a jego asystent, Marcin Mierzejewski, pełnił podobną rolę w sztabie Roberto Santillego.
Artykuł powstał w oparciu o materiały zgromadzone przez Karolinę Grzegorzewską i Martę Panasiuk, zawierające archiwalne wycinki z Gazety Olsztyńskiej, Dziennika Północy i Dziennika Pojezierza oraz książki Krzysztofa Mecnera "80 lat polskiej siatkówki - Od "przebijanki" do ligi światowej", a także serię artykułów "Z kart historii AZS Olsztyn" na oficjalnej stronie Indykpolu AZS-u Olsztyn.
Powrót do listy