Wojciech Grzyb został doktorem akademickim! “Ciężko było wrócić do nauki po 20 latach” [WYWIAD]
Mimo że sportowcy w trakcie sezonu mają niewiele czasu dla siebie, często decydują się ukończyć studia, by mieć alternatywę po zakończeniu kariery. Ale Wojciech Grzyb, 12-krotny medalista TAURON Ligi i wicemistrz świata z 2006 poszedł o krok dalej. Po 20 latach przerwy… wrócił na uczelnię i został doktorem na Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku! – I nie zamierzam na tym poprzestać – mówi były znakomity środkowy Energi Indykpolu AZS Olsztyn, Asseco Resovii i Trefla Gdańsk.
Maciej Nowocień: Ostatnio obroniłeś pracę doktorską na Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku. Czyli teraz mam zwracać się do ciebie per “doktorze”?
Wojciech Grzyb: Oczywiście możesz się dzisiaj zwracać normalnie (śmiech). Sama obrona odbyła się 3 września, natomiast procedura nadania tytułu jeszcze trwa. Nastąpi to na Radzie Naukowej, która odbędzie się około 20 września. Dopiero wtedy formalnie będę miał tytuł doktora i związane z nim uprawnienia.
Gratulacje należą się tym bardziej, że pracowałeś nad tym przez ostatnie cztery lata…
Tak naprawdę etat na AWFiS jest jednym z dwóch, które realizuję na co dzień. Drugim jest praca w 4 LO, w którym swoje oddziały ma Trefl Gdańsk. Uczą się tam zawodnicy klubu, więc również jestem zaangażowany w ich edukację i rozwój sportowy. Taka praca na dwóch etatach na pewno nie ułatwia pisania obszernej pracy naukowej, bo siłą rzeczy trzeba dzielić czas między obowiązki zawodowe, życie rodzinne i jeszcze pracę nad doktoratem. Na pewno było to duże wyzwanie, zarówno dla mnie, jak i dla mojej rodziny. Natomiast nie było tak, że przez cały czas ten proces wyglądał tak samo. Były okresy naprawdę szalenie intensywne, kiedy musiałem poświęcać na doktorat bardzo dużo czasu. Były też takie momenty, w których czekałem na odpowiedź promotora lub recenzentów oraz takie, gdy musiałem się po prostu bardzo dużo nauczyć. Tutaj chodzi o rzeczy bezpośrednio potrzebne do napisania pracy, jak chociażby analityczne czytanie artykułów naukowych, wyszukiwanie w nich najważniejszych informacji czy wyciąganie z nich tego, co było mi potrzebne do moich badań. Z czasem człowiek zaczyna robić to coraz sprawniej, ale na początku wymagało to naprawdę sporo pracy. Do tego musiałem przygotować się do egzaminu z nauk o kulturze fizycznej, który potwierdzał moją gotowość do uzyskania stopnia doktora. I tutaj pojawiło się kolejne wyzwanie, bo… nie jestem absolwentem AWF-u. Dla człowieka, który ostatnie poważne egzaminy zdawał mniej więcej 20 lat wcześniej, powrót do takiego trybu nauki był naprawdę dużym wyzwaniem.
Twoja studencka ścieżka zaczęła się jeszcze na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. Studiowałeś pedagogikę.
Tak. W 2005 roku obroniłem magistra i od tamtej pory nauka nie moim podstawowym zajęciem. Oczywiście grałem w siatkówkę, więc uczyłem się, doskonaliłem powtarzalność ruchów i zagrań na boisku, powtarzalności, ale nie wiedzy książkowej. I teraz tę głowę, która miała długą przerwę od uczenia się, trzeba było znowu wyćwiczyć. Optymistycznie mogę powiedzieć, że “da się” (śmiech).

Jako siatkarz AZS Olsztyn miałeś nieco lżej na studiach na UWM?
UWM jest dużym uniwersytetem, może nie aż tak jak teraz Uniwersytet Gdański czy Uniwersytet Warszawski, ale jednak sporym. Wszystkie takie „układy”, które nawiązuje się z prowadzącymi, trzeba było sobie wypracować. Teraz sam jestem wykładowcą i dydaktykiem, więc wiem, że jeśli ktoś jest rzetelny i przystępny, to da się to wyczuć. Jeżeli do tego jest aktywnym sportowcem, a na AWFiS mamy takich sporo, to też inaczej na niego patrzę niż na kogoś, kto cały czas kreatywnie się tłumaczy, a jego historie niekoniecznie się kleją w całość. To naprawdę można szybko zweryfikować. Kiedy sam byłem studentem, też starałem się być dosyć uważny. Pierwsze dwa lata były jeszcze takie bardziej młodzieżowe i mniej przykładałem się do studiowania, ale dość wcześnie się ożeniłem, więc zacząłem być bardziej solidny. Miałem indywidualną organizację studiów, co trochę pomagało. Od trzeciego roku wszystko miałem bez problemu pozaliczane, czasami nawet byłem zwalniany z egzaminów. Studia na UWM skończyłem bez większych problemów.
Co sprawiło, że po tylu latach postanowiłeś znów się uczyć?
To jest dobre pytanie, bo nigdy nie sądziłem, że będę pisał „jakiś doktorat”. W ogóle nie było tego w sferze moich celów. Życie jednak toczy się w taki sposób, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co nas czeka za pięć czy dziesięć lat i gdzie dokładnie będziemy. Zakończyłem karierę sportową i moją pierwszą pracą była właśnie praca na AWFiS, a dopiero po roku, zacząłem pracować w liceum i w grupach młodzieżowych Trefla. Kiedy zacząłem pracować na uczelni, po pewnym czasie rektor mówi do mnie: „Słuchaj, chłopie, wszystko fajnie, ale ty musisz doktorat zrobić”. A druga sprawa jest taka, że akurat na AWFiS podniesienie kwalifikacji, czyli uzyskanie stopnia doktora, wiąże się z wyższymi zarobkami. To też była przy okazji pewna motywacja ekonomiczna.
Jaki był temat twojej pracy doktorskiej?
“Wpływ treningu kontrastowego na skoczność siatkarzy”.

Dla kogoś, kto nie zajmuje się sportem zawodowo, brzmi jak czarna magia.
Myślę, że po dziesięciu minutach rozmowy, a nawet mniej, mógłbym to tak streścić, że każdy by zrozumiał, na czym to ma polegać. Jaki jest ten wpływ i jakie są tego potencjalne korzyści. Natomiast ja starałem się bardziej sprawdzić, czy one rzeczywiście występują i to odpowiednio opisać. Sam proces pisania pracy wymagał wprowadzenia bardzo wielu nowych rzeczy do mojego życia i codziennego funkcjonowania. Trzeba było przede wszystkim wygospodarować czas, żeby regularnie pisać. Może się wydawać, że to banalne, ale jeśli ktoś pracuje na dwóch etatach, to już nie jest takie proste. Wszystko trzeba było dosyć dobrze zaplanować: od znalezienia czasu w kalendarzu na pisanie, poprzez przeglądanie i analizowanie artykułów naukowych, wyłuskiwanie z nich potrzebnych informacji, aż po odpowiednie powoływanie się na te źródła. To wszystko trzeba było zrobić prawidłowo, żeby przejść cały proces. Tych wymogów jest naprawdę sporo. Wszystko musi być zrobione w odpowiedni sposób, żeby ostatecznie mogło dojść do obrony. Są też oczywiście systemy antyplagiatowe i cała procedura związana z przygotowaniem pracy. To dosyć skomplikowany i długi proces. Na pewno trzeba być wytrwałym, bo często było tak, że to, co napisałem na początku, musiałem później przerabiać kilka razy. Pierwsze zdania, akapity czy nawet rozdziały w dużym stopniu ulegały zmianom. Kiedy następowała już ocena promotora i składanie całej pracy, wyglądała ona zdecydowanie lepiej, niż moje pierwsze próby. W trakcie procesu pisania pracy uczyłem się też bycia naukowcem, czyli projektować badania, ale również formułować zdania w bardziej analityczny sposób, który spełnia wymogi pracy doktorskiej, a nie przypomina po prostu artykułu z ciekawostkami.

Czego 12-krotny medalista TAURON Ligi i wicemistrz świata może się jeszcze nauczyć o siatkówce na studiach?
Wiesz, ja uważam, tym bardziej po moich ostatnich doświadczeniach, że człowiek tak naprawdę uczy się całe życie. W mojej pracy na AWFiS prowadzę ze studentami zajęcia ze specjalizacji trenerskiej, więc przygotowując się do nich, też odkrywam kolejne warstwy bycia trenerem i poznawania siatkówki. Jeżeli chodzi natomiast o samą pracę doktorską, to dotyczyła ona bardziej przygotowania motorycznego zawodników do osiągania istotnych zmian wyników podczas skoków pionowych. Nie była więc stricte związana z siatkówką, tylko bardziej z przygotowaniem motorycznym zawodników. A skoro już o tym rozmawiamy, to moim kolejnym celem jest podniesienie kwalifikacji trenerskich. Z tak zwanej drugiej klasy trenerskiej, czyli obecnie PRK 5, do PRK 6, a więc pierwszej klasy trenerskiej. Nie osiadam na laurach. Dalej będę coś robił, tylko tym razem będę podnosił kwalifikacje w trochę innym obszarze.
Duży był stres przy obronie pracy?
Tak, bo praca już po napisaniu podlega ocenie recenzentów. Wszystkie recenzje były pozytywne, aczkolwiek naturalną sprawą jest, że zawierały również uwagi krytyczne, które miały służyć podniesieniu jakości pracy, ale też zwrócenia uwagi na kolejne aspekty, pozwoleniu mi spojrzeć na moją pracę oczami innych, doświadczonych naukowców, profesorów. Odpowiadając na uwagi, znowu musiałem przeszukiwać literaturę i rzetelnie się do nich ustosunkowywać przy okazji ucząc się kolejnych rzeczy, które przydadzą mi się w dalszej pracy. Odpowiedzi od recenzentów dostałem jeszcze przed wakacjami, pod koniec czerwca, i spodziewałem się, że obrona odbędzie się mniej więcej w połowie albo pod koniec września. Tymczasem termin został wyznaczony na 3 września, czyli dwa–trzy tygodnie wcześniej, niż zakładałem. I z tego bardzo się cieszyłem. Ta ostatnia prosta była bardzo intensywna. Musiałem przygotować prezentację i przede wszystkim tak się przygotować, żeby w ciągu 15 minut jak najsprawniej i jak najbardziej sensownie przedstawić najważniejsze rzeczy. A nie jestem przyzwyczajony do występowania przed profesorami i ekspertami w dziedzinie, w której pisałem pracę. Zawsze jest taki strach, nawet u mnie, powiedzmy “dosyć doświadczonego człowieka w średnim wieku”, żeby się nie ośmieszyć. Bałem się też, żeby stres mnie nie zamroził. Ale po dwóch slajdach już mnie puściło i wszystko poszło dobrze. Mogę to porównać trochę do boiska: czasami człowiek stresuje się przed pierwszym gwizdkiem, ale po dwóch akcjach czy po pierwszej zagrywce ten stres już puszcza, bo trzeba grać. Tutaj było podobnie.

A czy twoja żona Kasia, zawodowa nauczycielka, nie jest zazdrosna, że teraz stopniem akademickim jesteś najwyżej w domu rodzinnym?
(śmiech) Nie, nie. Wiem, że żartujesz, ale ja w ogóle nie uważam, że ten tytuł jakoś zmienia mój status. Była to potrzebna mi rzecz w codziennej pracy, zrobiłem to i będę starał się nie osiąść na laurach. Jestem nie tylko na etacie dydaktycznym, ale również naukowym. To wiąże się z prowadzeniem badań i pisaniem artykułów. Chcę kontynuować tę moją “karierę naukowca”. Nie chciałbym, żeby było tak, że zrobiłem doktorat i koniec, tylko chcę to dalej rozwijać, bo może coś ciekawego jeszcze z tego wyniknie.
A może to trójmiejski klimat sprzyja nauce? Mariusz Wlazły przecież też rozpoczął kolejne studia właśnie po transferze do Trefla.
(śmiech) Myślę, że to nie zależy od powietrza, tylko bardziej od determinacji osób, które podejmują takie decyzje.
Jak się pracuje z dzisiejszymi studentami?
Nie mam aż takiego dużego porównania, bo pracuję dopiero sześć lat. Mogę to odnieść to ostatniej dekady czy czasów, kiedy ja byłem jeszcze studentem. I na pewno dzisiaj wygląda to zupełnie inaczej. Pamiętam, że my biegaliśmy kserować notatki, książki, a teraz wszystko jest albo zdigitalizowane, albo przesyłane na internetowych platformach, często nawet ze zdjęciami. Studenci oczywiście korzystają też z AI przy tworzeniu różnych rzeczy, więc to trochę więcej pracy dla wykładowcy. Wymaga to ode mnie przede wszystkim odpowiedniego przygotowania i sprawdzenia, czy rzeczywiście wiedzą, co mi przynoszą. Jeżeli jest to prezentacja, zadanie czy jakiś skrypt, muszę się w to wczytać. Chodzi o to, żeby dobrze ocenić, czy nawet jeśli ktoś korzystał ze sztucznej inteligencji, to rozumieją, co tam jest, a później na tej podstawie przeprowadzić na przykład trening czy lekcję WF. Jeśli tak, to jest to w miarę w porządku. Chodzi o to, żeby nie było sytuacji, że studenci coś mi przynoszą, a sami nie wiedzą dokładnie, co się w tym materiale znajduje.

A czy w ogóle studenci kojarzą kim jesteś? Dzisiejsza młodzież może nie pamiętać już twoich dawnych sukcesów.
Moją ambicją nie jest edukowanie wszystkich na mój temat, ale na temat siatkówki, więc mam do tego duży dystans. Możliwe, że cała moja kariera była mi potrzebna również po to, żebym teraz mógł dobrze przekazywać tę wiedzę. Nie traktuję jej jako jakiegoś efektu końcowego mojego życia, tylko jako pewien etap. Wiem, jak grałem, wiem, co zrobiłem i co osiągnąłem, ale nie mam potrzeby na co dzień opowiadać wszystkim bez końca o swojej karierze. Jeżeli ktoś mnie zapyta, czy to zawodnik, czy student, to oczywiście chętnie opowiem, powspominam.
Czy grając w siatkówkę spodziewałeś się, że zostaniesz kiedyś nauczycielem lub trenerem? I czy to twój sposób na życie aż do emerytury?
Jeżeli chodzi o emeryturę, to już mówiłem, że ciężko zaplanować swoje życie i przewidzieć, co będę robił w następnej dekadzie. Możliwe, że tak będzie, możliwe, że nie.
O tym, że mogę kontynuować moją przygodę z siatkówką w roli trenera zacząłem myśleć podczas współpracy z Andreą Anastasim. Zacząłem zapisywać sobie jego treningi, które dla nas przygotowywał na wypadek gdyby się miały kiedyś przydać. Andrea zobaczył, że skrzętnie notuję, i powiedział: „słuchaj, dodam cię do naszej grupy. Będziesz po prostu widział wszystkie materiały w jednym pliku w chmurze”. Dla mnie było to genialne rozwiązanie. I rzeczywiście dalej robiłem swoje notatki, bo to, że on udostępni mi swoje, nie znaczy, że za pięć lat będę dokładnie pamiętał, co w danym momencie miał na myśli. Natomiast moje własne komentarze z tamtego czasu są dla mnie bardzo cenne. Zobaczyłem też, jak Andrea dobrze czuje się w roli trenera. To jest jego styl życia: uśmiecha się, dobrze się bawi trenując nas i swobodnie się czuje. Takie podejście bardzo mi odpowiada. Andrea doskonale mi pokazał, że to może być fantastyczna przygoda. W Olsztynie zrekrutowałem się na pedagogikę również dlatego, że stosunkowo łatwo było połączyć studiowanie na tym kierunku z codziennymi treningami i aktywnym życiem sportowca. Studiowałem dziennie, miałem indywidualną organizację studiów i wszystko udało mi się ukończyć w terminie. Zabawne jest też to, że zapisując się na studia pedagogiczne, nigdy nie sądziłem, że mi się przydadzą i że będę nauczycielem w szkole. A tutaj, jak mówię, może z perspektywy czasu wszystko miało się tak ułożyć, a może po prostu tak miało być. Wszystkie puzzle wskoczyły na swoje miejsce i wszystko się przydało.

A czy twój syn Michał, który też jest siatkarzem, studiuje?
Teraz jest trochę trudniej połączyć aktywne życie sportowca, który trenuje w TAURON Lidze, ze studiami. Wszystkie takie próby, nawet chłopaków, którzy po naszej akademii starali się podjąć studia dzienne, kończyły się tym, że nie zaliczali roku. Michał dlatego zapisał się na studia w Opolu. Są tam specjalne programy ułożone pod sportowców i na szczęście uwzględniają one to, że sport jest tylko częścią ich życia.
Młodzi sportowcy nie zawsze myślą o edukacji, a po karierze muszą przecież wejść na rynek pracy i mieć jak najlepsze wykształcenie. Dlatego bardzo się cieszę, że mogą skorzystać z oferty przygotowanej dla sportowców i połączyć trenowanie na najwyższym poziomie z edukacją.
Skoro jesteśmy przy Michale… Jak widzisz jego rolę w Exact Systems Norwid Częstochowa, gdzie zagra w sezonie 2026/2027?
Mam nadzieję, że dostanie swoje szanse. Widzimy, jak ta drużyna jest zbudowana. Wydaje się, że ten jeden młody polski przyjmujący powinien dostawać dużo szans w każdym meczu. Oczywiście jest tam Kuba Kiedos, który też jest wielkim talentem i ma duże szanse na fantastyczną karierę, ale wierzę głęboko, że Michała możliwości również są bardzo duże. Z pewnością dostanie swoje szanse w tym sezonie i jestem pewien, że drużyna będzie z niego zadowolona. Mam nadzieję, że jego dobra gra przyczyni się do tego, żeby zespół będzie jak najwyżej w tabeli i jak najdalej od strefy spadkowej.
Trwają też mistrzostwa Europy, a Polacy wyszli z grupy do fazy pucharowej z pierwszego miejsca. Brak medalu biało-czerwonych będzie niespodzianką?
Pewnie tak, ale myślę, że wypadki przy pracy się zdarzają. Nie chciałbym jakoś nadmiernie pompować balonika, ale oczywiście potencjał naszej drużyny jest ogromny. Mam jednak przeczucie, że wrócimy z medalem, najlepiej z jak najcenniejszego kruszcu.